|
Coś złego zaczęło się dziać z polską dyplomacją. Tak fatalnej passy nie miała ona, od kiedy skończyły się rządy PiS.
Zrzucenie na Erikę Steinbach dyplomatycznej bomby atomowej pod postacią rozsierdzonego ministra Bartoszewskiego przypomniało mi najgorsze chwile PiS-owskiej dyplomacji.
Chwilowe ustępstwo uzyskaliśmy za cenę utraty sympatii wielu umiarkowanych, życzliwych nam Niemców. A co gorsze, zużyliśmy dużą część moralnego kapitału, który dzięki pięknej biografii posiadał Władysław Bartoszewski. I to zużyliśmy go w sprawie, która nie ma dla Polski wielkiego znaczenia. Bo nie ma powodu sądzić, że w Związku Wypędzonych, a nawet wśród członków rady, do której pani Steinbach chwilowo nie weszła, właśnie ona była nam najbardziej niechętna. Mieliśmy więc typowo PiS-owską „twardą obronę” polskich interesów, która za granicą bardziej szkodzi prawdziwym polskim interesom niż im służy, za to w kraju zdobywa łatwy poklask ksenofobicznej części elektoratu.
W Stanach Zjednoczonych minister Sikorski musiał mocno zdziwić panią Clinton. Zamiast na miejscu Polski w nowej architekturze świata, formach globalnej solidarności w obliczu kryzysu - o której mówią dziś dyplomaci liczących się krajów - skoncentrował się na możliwości zakupu rakiet przeciwlotniczych. Amerykanie równie dobrze jak my wiedzą przecież, że stać nas najwyżej na jedną czy dwie baterie, które w najlepszy razie pozwolą nieco zwiększyć bezpieczeństwo Warszawy, a dla bezpieczeństwa Polski mają marginalne znaczenie.
Znów chodziło więc raczej o pozorny sukces zaspokajający potrzeby przerażonej światem części polskiego elektoratu niż o nasze bezpieczeństwo i realne interesy, które od dwóch baterii rakiet zależą w stopniu znikomym i bez porównania mniejszym niż od nowego światowego porządku politycznego i ekonomicznego.
W Hamburgu i Brukseli premier Tusk zrobił, co potrafił, by zablokować dążenie sporej części państw do wypracowania nowych form euro-solidarności w obliczu kryzysu. To Polska najmocniej zabiegała o odrzucenie apelu Węgier o pieniądze dla Europy Wschodniej, usilnie zabiegała o odrzucenie propozycji unijnego Południa, by obligacje rządowe zastąpić euroobligacjami i unicestwiła starania naszych wyszehradzkich partnerów o poluzowanie kryteriów przystąpienia do euro.
Nawet jeżeli te propozycje miały niewielkie szanse (a tak chyba było), to skutkiem ich energicznego blokowania przez Tuska była rezygnacja z namysłu nad solidarnością w obliczu kryzysu. Może w jakimś stopniu pomogło to Polsce odróżnić się w oczach rynków od krajów gorzej przechodzących kryzys, ale też pokazało rynkom, ze Unia nie jest zdolna wspólnie przeciwstawić się ich dzikim fluktuacjom, że każdy musi się bronić na własną rękę. Nie ma powodu więc rezygnować z kolejnych spekulacyjnych ataków na słabsze ogniwa Unii, do których należymy. Części wyborców zapewne podoba się polityka ostentacyjnego egoizmu, ale na dłuższą metę jest ona dla nas zgubna.
Wreszcie sama zapowiedź wysłania Anny Fotygi do ONZ jest dla naszych partnerów czytelnym sygnałem, że Polska nie ma zamiaru odrywać istotnej roli w zaczynającej się globalnej rozgrywce dyplomatycznej, której istotna część toczy się w Nowym Jorku. Prezydent i elektorat PiS mogą się z tej nominacji cieszyć, ale Polskę będzie ona drogo kosztowała. Jak inni reagują na końską dyplomację min. Fotygi i co ona potrafi dla Polski uzyskać, mogliśmy się już przecież przekonać.
Bez względu na to, czy wszystkie te małe katastrofy zostały spowodowane staraniami ministra Sikorskiego o posadę w NATO, czy były obliczone na efekty w polityce wewnętrznej, na usta ciśnie się parafraza słynnego bon motu Aleksandra Kwaśniewskiego: „Donaldzie Tusku i Radosławie Sikorski - nie idźcie dalej tą drogą”.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej”.
Na podobny temat
|
Pani Agnieszko, wyrazy współczucia, ...
A te pieniądze, samochody, firmy i wo...