|
Zadara: Jak nie dotarłem do Kolorowej Niepodległej |
|
|
Michał Zadara
|
|
12.11.2011 |
11 listopada 2011 roku wybrałem się z moim jedenastomiesięcznym synem na spacer. Naszym celem była Kolorowa Niepodległa, która odbywała się na ulicy Marszałkowskiej w Warszawie. Organizatorzy pisali, że jest to impreza dla tych, którzy chcą się spotkać przy muzyce i świętować niepodległość Polski tolerancyjnej, otwartej i różnorodnej. Jako że bardzo jestem przywiązany do właśnie takiego, jagiellońskiego modelu polskości, wybrałem tę imprezę jako cel naszego popołudniowego spaceru.
Na rogu Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich było zupełnie pusto. Policja zablokowała ruch i pieszych było bardzo mało. Piękny, słoneczny dzień listopadowy. Im bardziej się jednak zbliżaliśmy do placu Konstytucji, tym więcej spotykaliśmy młodych mężczyzn w czarnym wojskowym ubraniu, z flagami Polski na grubych drewnianych kijach. Niektórzy mieli same kije, bez flag, i trzymali je jak maczugi.
Na wysokości ulicy Wspólnej po drugiej stronie ulicy pojawił się oddział organizacji paramilitarnej - szli w dwuszeregu, równym krokiem, wszyscy w czarnych kurtkach, niektórzy z polskimi flagami. Skandowany okrzyk bojowy „Bóg, Honor, Ojczyzna” odbijał się echem od budynków na Marszałkowskiej. Było jasne, że ci chłopcy nie przybyli tutaj, by godnie demonstrować swój patriotyzm. Oni szli walczyć.
Pełen lęku skręciłem w prawo, na zachód, i wróciliśmy w ten piękny jesienny dzień do domu, martwiąc się cały czas o tych, którzy dotarli do Kolorowej Niepodległej, bo jasne było, że ci w czarnych mundurach chcieli krwi.
Czytaj też:
Marek Beylin: Bawimy się, a nie bijemy
Róża Thun: Kolorowa Niepodległa to było radosne, niecodzienne wydarzenie
Stanisław Obirek: Byłem częścią Kolorowej Niepodległej
Na podobny temat
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...