|
Trzeba było, żeby premier Donald Tusk odwołał planowaną w Bytomiu wizytę, by ogólnopolskie media na chwilę zauważyły kłopoty tego miasta. Wcześniej zaś na skutek szkód górniczych musiały zacząć zawalać się budynki mieszkalne – jakby dotychczasowe problemy bytomian nie były dość spektakularne.
„Bobrek-Centrum” to ostatnia czynna kopalnia w Bytomiu. Jedyna, która pozostała po tzw. restrukturyzacji górnictwa realizowanej przez wszystkie rządy po 1989 r. Wraz z licznymi współpracującymi z nią firmami kopalnia jest największym pracodawcą w mieście. Związki zawodowe szacują, że jej likwidacja dotknęłaby ok. 40 tys. mieszkańców. Jeszcze dekadę temu w Bytomiu funkcjonowało siedem kopalń i dwie huty, a w roku 1987 mieszkało w nim 239 tys. mieszkańców. Dziś podobno pozostało ich 167 tys., choć rzeczywista liczba bytomian jest zapewne niższa. Wyjeżdżają zarówno emeryci (by tu pracować, często przyjeżdżali z najdalszych zakątków Polski), jak i młodzi ludzie. Kto stąd wyjechał na studia, raczej nie wraca.
Jakość życia tych, którzy zostali, jest coraz niższa. W mieście funkcjonuje jeden publiczny żłobek, tramwaje jeżdżą z prędkością średnio sprawnego rowerzysty, a pociągi nie jeżdżą praktycznie wcale. Po likwidacji kopalń i dramatycznym wzroście bezrobocia Bytom został pozostawiony sam sobie. Wydobywanie węgla pod samym miastem doprowadziło do regularnego wysiedlania mieszkańców z budynków w dzielnicy Karb. Trwa to już od ponad trzech tygodni; najbardziej pesymistyczne prognozy mówią o konieczności ewakuacji stamtąd sześciuset bytomian.
Na zawał
Ponad głowami poszkodowanych osób rozpoczęła się walka o to, kogo obarczyć odpowiedzialnością za zaistniały stan rzeczy. Od problemu ręce umywali kolejni decydenci. Prezydent miasta Piotr Koj obwinia władze kopalni i ministra gospodarki, pomijając rolę swojego partyjnego kolegi, premiera Tuska. Minister gospodarki i kopalnia obwiniają miasto. Problem jest jednak znacznie bardziej złożony, by możliwe było przypisanie komuś wyłącznej winy.
Przyczyny zapadania się miasta trzeba szukać w początkach PRL. Tuż po wojnie ówczesne władze, chcąc podkręcić produkcję węgla, wydały zgodę na jego wydobywanie pod zabudowaniami mieszkalnymi. Co ciekawe, już w III RP nie zaprzestano tej fatalnej praktyki i kierując się jedynie rachunkiem ekonomicznym, wciąż eksploatowano złoża pod miastem. Co gorsze, by zminimalizować koszty prowadzenia działalności pod Karbiem, przyjęto technikę zwaną „fedrowaniem na zawał”, która polega na tym, że chodniki górnicze, gdzie zaprzestano wydobycia, pozostawia się samym sobie, licząc na ich samoczynne zasypanie przez skały. Droższa, ale bezpieczniejsza dla miejskiej zabudowy jest technika podsadzkowa – nieczynne chodniki zalewa się mazią powstałą m.in. z wody i piasku.
Nonszalancja ministra
Szkód wynikających z prowadzenia działalności górniczej nie są w stanie zrekompensować gminom opłaty eksploatacyjne. To swoisty podatek płacony przez przedsiębiorstwa górnicze; gminy górnicze mają sześćdziesięcioprocentowy udział we wpływach z tej opłaty. Wicepremier Pawlak podczas swojej wizyty stwierdził, że środki te powinny być przeznaczane na bieżące działania związane ze szkodliwymi efektami pracy zakładów górniczych. Ponadto zasugerował, że za stan mieszkań w zagrożonych budynkach odpowiedzialne są wyłącznie władze miasta, a nie Kompania Węglowa. „Na wsi, jak się rozpada drewniana stodoła, to buduje się murowaną, a nie czeka na katastrofę” – powiedział mieszkańcom Karbia. To kolejny przykład nonszalancji w podejściu do problemu. Środki z opłat eksploatacyjnych są zbyt małe; szczególnie w obliczu katastrofy budowlanej o takich rozmiarach. Bytom w tak trudnej sytuacji nie może pozostać bez pomocy rządowej.
A miejsca pracy?
Innym aspektem problemu jest obawa górników o swoje miejsca pracy. Górnicze związki zawodowe zaniepokoiły się niektórymi fragmentami listu prezydenta miasta do ministra gospodarki. Zdaniem związkowców pojawia się w nim sugestia, że możliwe jest zamknięcie kopalni. Wydały w tej sprawie oświadczenie, w którym starają się uzmysłowić rozmiar społecznej katastrofy, jaką byłoby zamknięcie tego zakładu pracy.
Irytacja pracowników kopalni jest całkiem zrozumiała. To na górnikach skupia się społeczne niezadowolenie – mają już łatkę awanturników i „roszczeniowców”, a teraz muszą jeszcze się zmagać z wizerunkiem burzycieli domów. Co więcej, prezydent nie chciał dopuścić do udziału związkowców w konferencji prasowej poświęconej walącemu się Karbiowi, pozbawiając w ten sposób głosu stronę pracowniczą.
Bytom przez dekady żył z węgla. Wydobycie dawało utrzymanie tysiącom rodzin. Wokół „fedrunku” wykształciła się specyficzna kultura, powoli niestety zatracana. Rabunkowa gospodarka – o której nie decydowali ani zwykli górnicy, ani nawet pracownicy nadzoru – po raz pierwszy tak wyraźnie doprowadziła do konieczności przymusowej ewakuacji. Żadna ze stron odpowiedzialnych za los poszkodowanych nie wykazała się chęcią rzeczywistej pomocy, dla każdej z nich poszkodowani zdają się balastem. Wzajemne przerzucanie winy nic nie da – trudno wyobrazić sobie Bytom bez kopalni „Bobrek-Centrum”; trudno też zrozumieć bezmyślne zachowanie władz przedsiębiorstw górniczych i kolejnych rządów, zgadzających się na wydobywanie węgla pod miastem ryzykowną metodą.
Na podobny temat
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...