|
AL
|
|
20.09.2004 |
Trwające od wielu tygodni masakry w Sudanie pokazują jasno i wyraźnie
fałsz zawarty w pojęciu „wspólnota międzynarodowa”. Jeżeli istnieje
jakaś wspólnota między rządami, to opiera się ona na zgodzie, że
interweniować w Sudanie nie należy - nawet jeśli w obliczu dowodów,
których już nie da się dłużej ignorować, dyplomaci zostali zmuszeni do
użycia słowa „ludobójstwo”. To pewien postęp. Kiedy trwały masakry w
Rwandzie - o których mocarstwa Zachodu świetnie wiedziały -
amerykańskim dyplomatom wprost zabroniono używania tego terminu.
Czystki etniczne w Sudanie stawiają też w nowym świetle motywy
amerykańskiej interwencji w Iraku. Podczas dyplomatycznych przygotowań
do wojny z Saddamem administracja Busha oraz jej intelektualne
zaplecze głosiły nadejście ery moralności w stosunkach
międzynarodowych. Nawet jeśli Saddam nie pomagał zamachowcom z 11
września ani nie ma broni masowego rażenia - brzmiał argument użyty
m.in. przez premiera Wielkiej Brytanii Blaira - jest Saddam
odpowiedzialny za ludobójstwo, czyli masakry Kurdów i Szyitów w latach
80. i 90. Świat będzie lepszy bez niego, a więc nasza wojna jest
moralna. W Polsce potraktowano ten argument poważnie. Niestety,
amerykański zapał do naprawiania świata skończył się na obaleniu
dyktatora rządzącego państwem z trzecimi co do wielkości zasobami
ropy naftowej na świecie. Na ludobójców rządzących Sudanem już go nie
wystarcza, chociaż w Darfurze co tydzień ginie więcej ludzi niż w
zamachu 11 września.
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...