|
„W wojsku może być nasrane, byle było nasrane równo”, mawiał mój
znajomy, oficer wojskowy. Słuchając prezentacji
raportu komisji Millera i czytając
medialne doniesienia na ten temat, przypominałam sobie tę „złotą myśl” kilkakrotnie.
Lata zaniedbań, niewyciągania wniosków z wcześniejszych katastrof, braki w wyszkoleniu, piloci bez uprawnień, za to z poczuciem „elitarności” – jak to ujął Maciej Lasek, niedostatecznie przygotowana załoga, z niedostateczną wiedzą na temat sprzętu, na którym lecą. Tych „niedostateczności” wymienia się kilka. Gdyby raport Millera był świadectwem szkolnym, a każda „niedostateczność” oceną niedostateczną, delikwent, któremu takie świadectwo wystawiono, nie zdałby do następnej klasy. A wojsko i rząd jakoś zdają.
Wyobrażam sobie, że siły zbrojne to struktura, w której dość jasno określona jest hierarchia odpowiedzialności. Wszyscy uczyliśmy się na PO (przysposobienie obronne) rozpoznawać stopnie wojskowe. Wyobrażam sobie, że w takiej zhierarchizowanej strukturze ktoś wydaje rozkazy, ktoś je wykonuje, ktoś to sprawdza. Że przestrzeganie wdrażania procedur jest tu prostsze niż w strukturach, w których nie do końca wiadomo, kto za co odpowiada. Ale może jest tak, że hierarchia hierarchią, rozkazy rozkazami, na papierze wszystko się zgadza, a papiery nijak się mają do rzeczywistości, którą opisują. Pilotowi kończą się uprawnienia dotyczące tzw. minimum lądowania, powinien odbyć odpowiednie szkolenie w określonych warunkach, ale nie odbywa, tylko wpisuje sobie w papiery, że odbył. Kiedy? Jak? A jak akurat leciał do Brukseli, to warunki były takie, jakie powinny być na szkoleniu - więc po co odbywać szkolenie? W papierach się zgadza. W realu raczej nie bardzo, bo okazuje się, że „pogoda w Brukseli była wtedy lepsza”. Z wierzchu cacy, w środku straszy chaos.
Zatroskany minister obrony narodowej Bogdan Klich ze strapioną miną podaje się do dymisji. „Bo tak trzeba” – tłumaczy. Dodaje, że jest „emocjonalnie związany” z wojskiem i dlatego nie może brać udziału w jego naprawianiu. Pamiętam, jak trzy lata temu, po katastrofie CASY i ogłoszeniu raportu w tamtej sprawie, minister Klich mówił o „dużej skali nonszalancji w polskich siłach powietrznych”. Czy wyciągnął wtedy jakieś wnioski? Czy dziś skala nonszalancji osiągnęła już apogeum i można tylko ze smutkiem odejść?
Wzrusza mnie emocjonalna więź ministra z resortem, którym kieruje. Przywiązanie do pracy nie powinno być jednak powodem do dymisji. Powinno być w rządzie raczej normą. Jeśli premier Tusk przyjmie dymisję wszystkich ministrów czujących związek ze swoimi ministerstwami, trzeba będzie rozwiązać rząd. No chyba że w tym rządzie nikt takiego związku nie czuje. Bardziej jednak niż o emocjach chciałabym usłyszeć choć słowo o odpowiedzialności. Nie prawnej, a politycznej. Chciałbym, żeby oficerskie powiedzonko było głupim żartem, a nie – mało wyrafinowanym, ale jednak – opisem rzeczywistości.
Które z rządzących w ostatnich latach partii gotowe są wziąć na siebie polityczną odpowiedzialność za niedostatki w wyszkoleniu, zaniedbania, za niekonsekwencję, niewyciąganie wniosków? Bogdan Klich podaje się do dymisji, ale nie rezygnuje ze startu w wyborach do Senatu. Ze społeczeństwem, które chce reprezentować, nie łączy go pewnie emocjonalna więź.
Na podobny temat
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...