|
W najnowszym numerze „Krytyki Politycznej” (nr 14) można znaleźć obszerny esej pióra Elizy Szybowicz Comme il faut 2. O prozie i Paszporcie Jacka Dehnela , w którym – jak wskazuje podtytuł – autorka analizuje i interpretuje dwie sprawy: po pierwsze zatem twórczość prozatorską Dehnela, po drugie – fenomen jej recepcji.
Tekst odnalazł również zainteresowany autor. Wrażeniami z lektury podzielił się w obszernej odpowiedzi, jaką można znaleźć na portalu www.nieszuflada.pl. W gruncie rzeczy najistotniejsza jest w niej stosowana retoryka, a nie zawartość merytoryczna. Główny błąd, który popełnia Jacek Dehnel – to niezrozumienie reguł interpretacji. Wskazała na to już jedna z internautek. Mylenie „tekstu” i „rzeczywistości” – zwłaszcza w kontekście tak bardzo biografizującej twórczości. By nie plątać się w abstrakcje, posłużmy się przykładem - gdy Eliza Szybowicz pisze: „Jacuś urodził się ze stałym dochodem, w prawach”, to odnosi się do bohatera powieści pt. Lala, który w ten sposób jest tam nazywany (Jacuś). Nic nie mają więc do rzeczy zapewnienia Jacka Dehnela, że utrzymuje się ze stypendiów i nagród, a edukację pobierał na publicznym uniwersytecie.
Interpretatorka analizuje (a robi to świetnie) wewnętrzną logikę powieści. Zauważa zatem, że dzielna babcia Lala zawsze stoi po właściwej stronie, ale nigdy się jej z tego tytułu nic nie dzieje. Gdy logika prawdopodobieństwa szwankuje, w powieści stosuje się rozwiązania magiczne – w postaci np. bogini Fortuny, która Lalę ratuje z opresji. Jak reaguje na tę konstatację Dehnel? Z całą naiwnością łamie reguły interpretacji: oskarża Szybowicz o to, że chciałaby, aby jego babcia oberwała kastetem. Otóż nie, dam głowę, że nie chciałaby. Podsumujmy: Lala, Jacuś, kuzynek Zdziszek, Mechowa – to bohaterowie powieści Jacka Dehnela pt. Lala i jako tacy są analizowani.
Jednak gdy Szybowicz uważa za okrutne „pointowanie telewizyjnego programu kulturalnego wetknięciem płyty z muzyką awangardową w brudne ręce bezdomnego, nocującego na dworcu” to z cała pewnością ma na myśli autora, a dokładniej – jego wizerunek publiczny. Jest to kwestia kluczowa, wyakcentowana już w pierwszym akapicie eseju („Jacek Dehnel posiada parantele, koligacje, stosunki i znajomości. […] Jacek Dehnel jest bezpośrednim spadkobiercą kultury europejskiej”.) Niewątpliwe bowiem głównym celem eseju Szybowicz jest również interpretacja powodów powszechnego aplauzu jaki spotkał Lalę, czyli – by użyć sformułowania eseistki – dlaczego „wielkie nic w powieści Dehnela jednogłośnie okrzyknięto czymś”.
Zachowanie tej prostej reguły mogłoby nieco usprawnić komunikację, choć na porozumienie raczej bym nie liczył. Choć przecież cuda się zdarzają. A jeśli nie cuda – to może z pomocą przybędzie bogini Fortuna?
Na wypadek jej absencji - słów kilka o regułach przyzwoitości. Pomijam fakt, że Dehnelowi nie przeszkadza, że oponentka jest dość bezceremonialnie obrażana przez jego fanów z nieszuflady („towarzyszka Szybowicz” to jedno z łagodniejszych określeń, które wywołuje dalsze, łatwe do przewidzenia konotacje). Pomijam nawet niewiarygodnie mentorski ton wypowiedzi Dehnela. Na kilka chwytów retorycznych chciałbym jednak zwrócić uwagę.
Dehnel w swej (można odnieść wrażenie – starannie przemyślanej, a jednocześnie emocjonalnej) polemice nieustannie posługuje się formułą „Pani Szybowicz”. Ale tylko w tym wypadku. O innym (pobocznym) bohaterze polemiki nie mówi się „P. Śliwiński”, lecz prof. Śliwiński. Niby nic – a jednak gdzieś to już słyszeliśmy. Słowo „pani” w tej konfiguracji występuje w funkcji epitetu. Jest to skądinąd część dyskursu radiomaryjnego: gdy chce się tam zaznaczyć dyskwalifikujący dystans wobec danej osoby, stosuje się taką właśnie strategię (patrz różnica pomiędzy „pan Gross powiedział” a „prof. dr hab. X” zauważył). W ten sposób słuchacz szybko może odgadnąć kto jest dobry, a kto zły. Dehnel postępuje dokładnie w ten sam sposób. Fakt ten jednak zupełnie blednie, gdy dowiadujemy się, że w eseju Elizy Szybowicz, klasowej resentymentalistki „Duch Melanii Kierczyńskiej powstał z grobu i domaga się słusznych ideologicznie utworów literackich”. To już chyba cios poniżej pasa, mało elegancki, zwłaszcza w wykonaniu kogoś kto lubi nosić cylinder.
W polemice Dehnela przewija się nieustannie wątek dowodzący, że jego interpretatorka jest głupia, niedouczona, nierzetelna i przysypiająca na kursie poetyki na pierwszym roku filologii polskiej. Mało to wyrafinowane – ale w ferworze dyskusji być może uzasadnione. Gorzej – gdy autor zaczyna odwoływać się łapczywie do wyższych instancji, a przy okazji – denucjacji. Dowiadujemy się zatem, że Eliza Szybowicz jest doktorantką prof. Piotra Śliwińskiego. Po pierwsze to nieprawda, po drugie – fakt czy i czyją Szybowicz jest doktorantką nie ma żadnego znaczenia. Może oprócz tego elementu denucjacji – bo co powinien zrobić prof. Piotr Śliwiński z doktorantką, która ma kłopoty „z rozróżnianiem gatunków literackich godnymi gimnazjalisty”?
Niewątpliwie esej Elizy Szybowicz – nonkonformistyczny, wnikliwy, czuły na szczegół, bogaty w konteksty i, przyznajmy, kąśliwy – to potencjalne zarzewie bardzo ważnych dyskusji. O modernizmie, uniwersalności, współczesnej literaturze i łatwych sposobach jej odbioru. Dyskutujmy zatem. Dbajmy przy tym o reguły - choćby interpretacji i przyzwoitości - bo tylko wtedy dyskusja może mieć sens.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...