|
W niezliczonych komentarzach, opisach i wyjaśnieniach dotyczących postaci Jana Pawła II dominują dwa wątki. Jeden, kościelny lub też Kościołowi bliski, koncentruje się, co naturalne, na kwestiach religijnych czy teologicznych. Drugi, który mienić się chce jako racjonalny, opisuje problematykę społeczną lub polityczną i pyta, jaką rolę odegrał JPII w konstytuowaniu się „Solidarności”, a dalej jaki wpływ miał na losy świata i globalną politykę. W tym nurcie pojawiły się kilka lat temu, już po śmierci papieża, badania próbujące dociec, jaki wpływ wywarł papież na Polaków, w kontekście ich codziennego życia, społecznej moralności i postaw religijnych. Jednocześnie jednak zauważyć można głęboką niechęć wobec zadania pytania, zdawałoby się najprostszego: co sprawiło, jakie warunki musiały zaistnieć, jakie mechanizmy zostały uruchomione, że Karol Wojtyła stał się Janem Pawłem II? Postacią wielką, bohaterem, symbolem wszystkiego, co w Polskości ponoć najlepsze. Nawet socjologowie, co dziwi najbardziej, ograniczają się do niejasnych stwierdzeń o roli wielkiej jednostki w historii czy nierozwiązanej tajemnicy charyzmy Jana Pawła II. Pora już przyjrzeć się tej charyzmie dokładniej i spróbować przybliżyć się do odpowiedzi na pytanie zasadnicze: jak zostaje się, w sensie socjologicznym, świętym i jakie są tego konsekwencje społeczne? Zostań naszym symbolem!
W odpowiedzi na to pytanie niezwykle pomocna jest teoria amerykańskiego socjologa Randalla Collinsa. Dokonał on interesującego wyjaśnienia społecznego konstruowania – jak się to określa w klasycznej socjologii – „obiektów świętych”, czyli tych wszystkich symboli, osób, przedmiotów, które otaczane są kultem. „Obiekt święty” konstytuuje się społecznie zawsze w sytuacjach rytuału; konieczne jest do tego zaistnienie kilku elementów: fizycznej współobecności grupy osób, bariery wobec outsiderów, wzajemnego skupienie uwagi oraz wspólnego nastroju emocjonalnego. Dwa ostatnie elementy wzajemnie się wzmacniają. W jaki sposób? Poprzez wspólny rytm. Stąd częste podczas rytuałów zbiorowe śpiewy, tańce lub kolektywne skandowanie haseł. Mechanizm jest identyczny bez względu na to, czy mówimy o mszy, koncercie rockowym, meczu piłkarskim czy wiecu politycznym. Grupa, poruszona wspólnym rytmem, zintegrowana wspólnymi emocjami, które wyrażane są na twarzach uczestników rytuału (dlatego tak ważna jest obecność fizyczna) odczuwa trudną do wyrażenia siłę – opisywaną w antropologii jako mana - czyli moc bycia w grupie, a następnie solidarność grupową. Emocja ta nie daje się nazwać, ale można ją – a nawet trzeba – symbolicznie oznaczyć. W ten sposób tworzy się, integrujący grupę, „święty symbol”, niezależnie od tego czym lub kim jest. To na niego grupa ceduje swoje emocje. Szybko staje się on reprezentacją grupy, jej konkretyzacją. Symbol istnieje przez grupę, a grupa przez symbol. Jako że wszystko dzieje się na poziomie emocji, ludzie nie rozpoznają faktu, że moc symbolu nie płynie z jego wewnętrznych cech, ale ze skupionych w nim zbiorowych emocji. W ten sposób powstaje mit charyzmatycznej osoby, a także „słuszny gniew” grupy, kiedy ktoś próbuje w jakiekolwiek sposób symbol zbezcześcić. Zamach na symbol jest bowiem atakiem na samą grupę. Seks i papieskie kremówki Jan Paweł II spełnia wszystkie wymogi „świętego obiektu”. Jeżeli prześledzi się całą społeczną historię jego pontyfikatu aż do śmierci, a nawet (zwłaszcza!) po śmierci bez trudu odnajdziemy sytuacje rytualnego wytwarzania świętości. Począwszy od pierwszej, pamiętnej pielgrzymki do Polski w 1979 roku: miliony osób skupionych we wspólnym nastroju i wspólnym rytmie już wtedy sakralizowały „swojego papieża”. Rytm ów, warto zauważyć, był umiejętnie nadawany przez samego Jana Pawła II (co w ogóle jest cechą dobrych przywódców – nie tyle co się mówi, ale jak się mówi do tłumu). Setki razy powtarzana potem sentencja „Niech stąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi” jest silnie zrytmizowana (i powtórzona kilka razy). Tego typu rytmiczny zabieg intensyfikuje wspólny nastrój grupy, a w konsekwencji zbiorowe emocje podnoszą się i skupiają w świętym obiekcie, wzmacniając niepostrzeżenie jego „świętość”. W ten sposób faktycznie tworzy się charyzma, nie jest ona jednak faktem ściśle psychologicznym, albowiem jej bezpośrednim źródłem są zbiorowe emocje tłumu. Lidera grupy, który jest rytualnie sakralizowany, przepełnia pewność siebie, stały entuzjazm (jako wynik scedowanych na niego kolektywnych emocji); bije z niego energia, którą błędnie określa się mianem wrodzonej charyzmy. Czy w taki razie charyzmę można utracić? Owszem, dzieje się tak zawsze wtedy, kiedy rytuały ustają, a tłum ostatecznie się rozprasza (casus Lecha Wałęsy). Sama jednostka, będąca kiedyś uwielbianym liderem, zazwyczaj odczuwa wówczas spadek energii, a nawet chęci do życia (Napoleon zesłany na Wyspę Świętej Heleny). Istotnym jest, że świętość obiektu czy osoby musi być rytualnie odnawiana. I tak się rzeczywiście z Janem Pawłem II działo. Chodzi tu nie tylko o kolejne pielgrzymki, ale i niezliczone msze, na których wywieszone były zdjęcia papieża – tam też odbywało się jego rytualne uświęcania (modląc się za jego zdrowie itd). Podobnie w sferze ściśle prywatnej; powszechne było przecież wieszanie w polskich domach, obok krzyża fotografii Jana Pawła. Rysuje się pytanie o motywacje uczestników kultu JP II. Inaczej mówiąc, co mają z tego ludzie, którzy rytualnie sakralizują symbol grupy? Collins twierdzi, że człowiek jest poszukiwaczem energii emocjonalnej. Może ją otrzymać dzięki rytuałowi. Daje mu on chęć do życia, a nawet nadaje mu sens (udane rytuały bywają postrzegane jako najważniejsze momenty w życiu). Spotkanie ze znajomymi, miłość, seks, koncert, seminarium naukowe – to wszystko rytuały, ściśle rzecz biorąc rytuały interakcyjne, z których jednostka czerpie energię emocjonalną. Są rytuały o wysokim stopniu tej energii, ale i takie, gdzie energii brakuje. W rezultacie można ustalić pewną hierarchię – punkty centralne w przestrzeni społecznej, skupiające za sprawą gęstości rytualnej społeczną uwagę oraz peryferie. Jednostki rzecz jasna chcą dostać się do owego gorącego miejsca. Jeżeli nie mogą być w samym centrum, pragną przynajmniej jakiegoś zastępczego kontaktu ze świętym obiektem. Moc obiektu świętego, jego mana, może zostać rozszerzona na inne obiekty, ludzi czy miejsca. Wyznawcy zaś, chcąc uszczknąć dla siebie część mana, będą chcieli mieć do nich bezpośredni dostęp. W tym miejscu pojawia się przypadek nieszczęsnych wadowickich kremówek, które są dobrym przykładem, opisanej przez Jamesa Frazera, magii przenośnej („rzeczy, które kiedyś pozostawały w styczności ze sobą działają na siebie nawet wtedy, gdy kontakt fizyczny przestał istnieć”). Na podobnej zasadzie funkcjonuje kult relikwi, ale także, w pewnym stopniu, polityka Kościoła katolickiego: mianowanie Stanisława Dziwisza na stanowisko metropolity krakowskiego wynikało, jak można sądzić, z długotrwałego przebywania w towarzystwie papieża. JPII na rynku energii emocjonalnej Pierwsze momenty społecznego uświęcania JPII, czyli w końcu lat 70. i początku 80. (zwłaszcza zaś pierwsza pielgrzymka) odbywały się, w sprzyjających, by tak rzec, okolicznościach, jeśli chodzi o efektywność rytuału. Istotne były dwa czynniki. Po pierwsze, rosnąca delegitymizacja władzy, co generowało konflikt między „nami” a „nimi” i co zawsze, jak pokazuje Collins, wzmacnia efektywność świętego obiektu, który symbolizuje nas, czyli „siły dobra” zagrożone przez „siły zła”. Po drugie, szczególny czas cynizmu końca lat 70., rozwianych nadziei na gierkowski, konsumpcyjny dobrobyt (i jemu właściwe rytuały). Collins pokazuje, mówiąc w wielkim uproszczeniu, że historia jest falowaniem między okresami gorącymi, silnie nacechowanymi rytualnie, naznaczonymi społecznym fermentem i następującymi po nich okresami zmęczeniem rytuałem, co wyraża się w codziennym pragmatyzmie, a nawet cynizmie. Szybko jednak głód rytuału i płynących z niego emocji rośnie. Tak też działo się w końcu lat 70. Po 1989 roku Jan Paweł II wszedł w nowy ład jako triumfator z nimbem osoby, która walnie przyczyniła się do upadku komunistycznego systemu. Jest w tym oczywiście odwrócenie porządku przyczynowego, bo w rzeczywistości, to nie „wielkie jednostki” doprowadzają do fundamentalnych przekształceń strukturalnych, lecz zmiany strukturalne rodzą możliwość pojawienia się „charyzmatycznych” liderów, w których błędnie widzi się przyczyny zmian. W rzeczywistości więc „charyzmatyczni” liderzy są wymienni; jeżeli sprzyjające warunki trwają, dość szybko mogą ich zastąpić inni liderzy reprezentujący podobne cechy społeczne. Jednak wiedza o tych procesach nie jest powszechna, znacznie łatwiej zrozumieć konkretną, osobową, przyczynę zmian niż abstrakcyjne i rozciągnięte w czasie przekształcenia strukturalne. Przy okazji takiej konkretyzacji lider obdarzany jest nieludzkimi wręcz cechami, w które często sam wierzy. Nie wiadomo jakie były przekonania Jana Pawła II w tym względzie, bez wątpienia jednak jego charyzma po 1989, jeżeli nie wzrosła to przynajmniej została utrzymana. Stało się tak mimo że po upadku państwowego socjalizmu otwarł się prawdziwy rynek energii emocjonalnej, obszar, w którym rywalizujące ze sobą instytucje walczą o monopol na działalność rytualną. Rynek ten – jak każdy inny – nie jest wolny, wręcz przeciwnie, bywa silnie politycznie kształtowany. Kościół katolicki wynegocjował dogodne miejsce między państwem (którego rytuały właściwie przejął) a rynkiem i popkulturą, z której, zwłaszcza JP II, wydatnie czerpał. Sekret popularności papieża szczególnie wśród młodych, śpiewających „Barkę” i czuwających przed papieskim oknem w Krakowie tkwi w szczególnym kontekście. Francuski socjolog, Jean-Claude Kaufman, twierdzi, że kapitalistyczny świat brutalnej konkurencji rynkowej byłby nie do zniesienia, gdyby nie cykliczna identyfikacja ze wspólnotą. Jest ona jednak zawsze selektywna; Kaufmann pisze: „Otwarcie na innego człowieka, współczucie i solidarność są o tyle większe, o ile są widoczne […] w specjalnych «oknach», a jednostka nie jest ani całkowicie, ani nieustannie zaangażowana”. Spotkania z papieżem były więc rytualnym „oknem” (papieskim oknem?) - i tylko tym. Tłumaczy to dlaczego ludzie młodzi, jak lamentują niektórzy komentatorzy, nie stosują w życiu zasad drogich Janowi Pawłowi II, a chętnie uczestniczą w rytuałach wokół tej postaci (np. podczas żałoby po śmierci papieża). Motywacją jest energia emocjonalna wypływająca z uczestnictwa w grupowym rytuale. Poczuć się, na chwilę, częścią szerszej zbiorowości, czegoś większego od siebie. Naładować baterie emocjonalne, a potem wrócić do kapitalistycznej gry o CV. Oto główna motywacja. Przy okazji oddać część energii w symbol, który po raz kolejny się uświęci. Nie będzie więc wielką przesadą kiedy powiemy, iż JP II stał się dla młodych (ale nie tylko) Polaków totemem. Porównanie jest o tyle zasadne, że totemizm był kultem egalitarnych grup (plemion pozbawionych ścisłej hierarchii), czyli dokładnie takich, jakie tworzyła publiczność na spotkaniach z papieżem. Papież klasowy czy ponadklasowy? Janów Pawłów II, jako świętych obiektów, było co najmniej kilku. Z pewnością był JP II ludowy oraz, mający wobec niego pretensje do wyższości, JP II intelektualistów. Intelektualiści, także kościelni lub okołokościelni, patrzący na rytuały ludu z dystansu swych wież z kości słoniowej nie chcą zaakceptować faktu, że sami również uczestniczą w rytuałach. Podczas swoich niezliczonych dysput, konferencji i seminariów poświęconych pamięci i dorobkowi JP II, czy w drugim, zapośredniczonym medialnie obiegu symboli także sakralizują papieża. Jednak rytuały te nie są tak silnie emocjonalne i odbywają się w rozproszonych, zmieniających się relacjach, wygenerowany podczas nich święty obiekt nie jest więc tak zreifikowany jak JPII ludu. Zasada jest tu prosta: gęstość społeczna sprzyja wytwarzaniu konkretnych symboli, społeczne rozproszenie generuje symbole bardziej abstrakcyjne (dlatego klasy niższe, pozostające w stałych, ograniczonych relacjach reprezentują symbolizacje bardzo konkretne i sztywne i taką też mentalność; klasy średnie i wyższe, z racji rozlicznych interakcji w które wchodzą, generują symbole bardziej abstrakcyjne, czasem wręcz zrelatywizowane). Pomimo tych odmienności intelektualiści bez żadnej wątpliwości także uczestniczą w dziele sakralizacji JPII, bezrefleksyjnie wzmacniając rytualny „słuszny gniew” wobec każdej formy podważenia świętości świętego obiektu (dlatego tak trudno Jana Pawła II krytykować). Przy okazji, niejako zapominając o różnicach w społecznych warunkach wytwarzania symbolu, mogą potwierdzić swój dystans wobec ludu i ugruntować swoją inteligencko-pasterską pozycję wobec niego. JPII stał się więc jednocześnie kontekstem integracji i podziału, uniwersalnym zwornikiem i zasobem symbolicznym pozwalającym na realizację kolejnych walk społecznych, szczególnie na starej jak świat linii elita/masa. Po części było to możliwe dzięki polifoniczności dyskursu papieskiego, wielopoziomowości jego przekazu. Socjologia wskazuje, że taka umiejętność jest cechą osób awansujących społecznie, w mniejszym zakresie tych, którzy reprodukują pozycję rodziców. Awansujący są zaznajomieni z różnym poziomem języka i znaczeń, dlatego potrafią sprawnie komunikować się z każdym. Było to, jak się zdaje, właśnie udziałem Karola Wojtyły. ***
Przypadek charyzmy Jana Pawła II znakomicie pokazuje siłę rytuału. Zwykło się sądzić, że JPII był pierwszym papieżem globalizacji, umiejętnie wykorzystującym możliwości mediów. Po części jest to prawda, trzeba jednak pamiętać, że właściwą bazą dla medialnych spektakli papieskich pielgrzymek były fizyczne spotkania ludzi, rytualnie sakralizujących osobą papieża. Poprzez media można doświadczyć części energii emocjonalnej grupy, jednak nic nie zastąpi bezpośredniej obecności (dlatego ludzie chodzą na koncerty czy mecze piłkarskie pomimo, że mogą spektakle te oglądać w telewizji). Oznacza to, że wbrew szumnym zapowiedziom społeczeństwa medialnego, symulacji i symulakrów, to co realne nadal dzieje się w realu, w kontekście faktycznych zgromadzeń ludzi. Charyzma JPII unaocznia również potencjał konfliktowy rytuału. Sakralizacja obiektu nie jest tylko prostym odbiciem emocji grupy, a więc czymś co grupę integruje. W procesie tym uwikłane są relacje władzy. Sam święty obiekt, jako reprezentant grupy ma za sobą jej autorytet, moc przemawiania do grupy w imieniu grupy, wyłączając się tym samym z pola krytyki. Paradoksalnie więc grupa sama, za pośrednictwem świętego obiektu, narzuca sobie określony porządek, normy i sposoby zachowania. Należy jednak pamiętać, że społeczeństwo to nie jednolity organizm, ale zespół rywalizujących ze sobą zbiorowości. Wygrywa zaś ta, która zdoła wzbudzić rytuały o większej intensywności, a tym samym wygenerować symbole o większej mocy niż grupa przeciwna. JPII jest przykładem udanej, rytualnej mobilizacji Kościoła i katolicyzmu, a w samym jego łonie, przynajmniej w Polsce, zwycięstwa opcji, która dzięki rytualnym zabiegom zdołała narzucić swój porządek symboliczny. Wydaje się, że w tym właśnie tkwi źródło ostatecznej porażki Kościoła „intelektualnego” zwanego niegdyś otwartym i zwycięstwo frakcji, dla której konkretyzacją świętego obiektu jest krew Jana Pawła II. *dr Tomasz Warczok - socjolog, członek śląskiego Klubu Krytyki Politycznej
Na podobny temat
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...