|
Na włoską wyspę Lampedusę warto jechać z trzech powodów: rezerwatu Baia dei Conigli, do którego co roku żółwie morskie Karetta przybywają złożyć jaja, możliwości spotkania żyjącego na wolności delfina i afrykańskiego klimatu – wyspa jest najdalej na południe wysuniętym punktem Europy. Przepiękne plaże, turkusowa woda, kontakt z dziewiczą naturą. Jeden z konspektów turystycznych retorycznie pyta: czy to nie raj? Jak podaje ten sam folder, sama wyspa cieszy się zresztą coraz większym powodzeniem wśród turystów włoskich i zagranicznych. W raju nawet łuny pożarów wydają sie romantyczne.
Nie jestem do końca przekonany, co autor miał na myśli, pisząc o turystach zagranicznych. Jak podaje jednak włoski minister spraw wewnętrznych w ostatnim roku na wyspę przybyło ponad 31 tys. tych, których nazywa się tu gośćmi. Są to tak zwani boat people, którzy, najczęściej ze względów ekonomicznych i powodowani strachem przed wojną, postanawiają prymitywnymi środkami transportu pokonać przeszło 120 kilometrową drogę przez morze. W samym roku 2008 uratowano blisko 20 tysięcy osób, przy czym według oficjalnych danych ponad 700 zginęło w samych próbach dotarcia na wyspę. Nie wiadomo, ile ofiar pozostało nieuwzględnionych w statystykach. Oferta wspomnianego biura podróży nie wspomina bowiem o innej atrakcji, znacznie bardziej zachęcającej do przybycia niż jaja żółwi: możliwości pobytu w UE. Dla niektórych rzeczywiście jest to raj. Jest to już jednak inna grupa turystów. Podczas gdy obywatele państw zachodnich mogą podziwiać widoki w rezerwacie Baia dei Conigli, imigranci zwiedzać będą inny rezerwat: obóz dla uchodźców. Nie sądzę, aby ten drugi umieszczony był w prospekcie jakiegokolwiek biura podróży.
Mieszkańców w obozie w Lampedusie jeszcze w styczniu br. było około dwóch tysięcy, przy czym sam obóz zaplanowany jest na jedynie 850. W początku 2009 roku interweniowało już UNHCR, które podkreślało, że imigranci zmuszeni są spać pod gołym niebem pod plastikowymi przykryciami. Często dochodzi tu do ucieczek, nie wspominając o próbach samobójczych. Kłopoty ma miejscowa policja, która nie raz ma problemy z odróżnieniem imigrantów od miejscowych. Ci ostatni coraz częściej składają skargi na funkcjonariuszy, bo na nich również spadają gumowe pałki służb porządkowych.
Włoski rząd z kolei wypowiedział wojnę nielegalnym imigrantom. Sam Berlusconi ogłaszał niedawno „zero tolerancji” dla imigrantów. Głośna była sprawa porozumienia pomiędzy rządem Berlusconiego a Libią z 2004 roku, na mocy którego zobowiązała się ona przyjąć osoby deportowane z Lampedusy. Zważywszy na fakt, iż wielu emigruje z Libii z powodów politycznych, deportacja oznaczała dla nich więzienie.
Sytuacja na wyspie uległa pogorszeniu, gdy rząd Berlusconiego postanowił przyspieszyć procedury deportacyjne oraz zawiesił transport imigrantów do ośrodków w głębi Włoch. Zmieniono też nazwę obozu: zamiast „Centrum dla imigrantów” (CPT) gości wita napis „Centrum identyfikacji i wydalenia” (CIE). Jeszcze w styczniu br. doszło tu wiec do protestów i masowej ucieczki z obozu. Sam zaś obóz zdążył się w międzyczasie przeistoczyć, jeżeli nie był nim zawsze, w wiezienie. Zmniejszono co prawda liczbę przebywających w nim osób. Zwiększono zarazem jednak liczbę strażników. Ośmiuset pięćdziesięciu imigrantów pilnowanych jest przez ponad tysiąc uzbrojonych funkcjonariuszy.
11 lutego, na wieść o deportacji grupy Tunezyjczyków, ponad 300 imigrantów rozpoczęło strajk głodowy. Sześć dni później doszło ponownie do buntu. Nie mogąc się jednak przedrzeć przez kordon sił porządkowych, 19 lutego zamknięci w obozie imigranci podpalili budynki mieszkalne. Spłonęła większa część obiektu. Zamieszki stłumiono, ucierpiało jednak około 60 osób, w tym ponad 20 funkcjonariuszy policji. Burmistrz Lampedusy podał się do dymisji, obwiniając za całą sytuacją rząd, który z kolei twierdzi, że bunt „wynikał z pewnych logicznych przesłanek” i „winni poniosą konsekwencje”. Policja natomiast analizuje nagrania wideo w poszukiwaniu osób odpowiedzialnych za podpalenie.
Podczas, gdy policja analizuje nagrania wideo, a włoski rząd karze winnych, na naszych oczach rodzi się nowa uniwersalna wspólnota, w której „nie ma już Afrykańczyka ani Europejczyka”. Bunty na wyspie są paradygmatyczne dla całej Europy. Protestują tak Tunezyjczycy, jak i Libańczycy. Rośnie solidarność imigrantów. Obóz znosi partykularyzmy, przy czym, czy takim samym obozem nie są zachodnioeuropejskie getta imigrantów? W listopadzie 2005 roku płonęły już francuskie przedmieścia. Rok później imigranci masowo wsparli protesty studentów i związków zawodowych przeciw ustawie „O pierwszej umowie o pracę” (CPE). Rodzi się nowy proletariat, nie-klasa, w sensie w jakim opisywał ją Marks w Manifeście komunistycznym, całkowicie wykluczona poza system społeczny. Rodzi się nowy podmiot rewolucji. Jaka w tym rola europejskiej lewicy? Lewica będzie albo z imigrantami, albo przeciwko nim. Nie może stać z boku. Z tej perspektywy: „wszyscy jesteśmy boat people”.
Póki co bowiem Europa jest na wakacjach. Wypoczywa. Po drugiej stronie wyspy na śnieżnobiałych plażach może się raczyć widokiem delfinów i żółwi morskich Karetta. Obyśmy nie przegapili nadejścia mesjasza. Być może tym razem będzie on koloru czarnego.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...