Rzeczywistość stała się ostatnio towarem deficytowym. Wszyscy łakniemy
bezpośredniego kontaktu z nią. Chcemy ją dostrzegać, dotykać, poczuć,
że w ogóle jest. Pomagają nam w tym artyści, dziennikarze, politycy, reżyserzy, aktorzy i parę innych osób, którym winni
jesteśmy wielką wdzięczność.
Rzeczywistość stała się ostatnio towarem deficytowym. Kiedyś ludzie chcieli zmieniać rzeczywistość, wywierać na nią wpływ. Potem trochę powściągnęli swoje rozbuchane żądze i zaczęli postulować obnażanie, czy delikatniej: odkrywanie rzeczywistości, która z natury swojej nie jest taka, jak się nam wydaje. W końcu już nawet to życzenie stało się trochę zbyt wielkie, gdyż rzeczywistość stawała się coraz bardziej ukryta, tak że w pewnym momencie zupełnie przestało już być wiadomo, co się z nią stało i gdzie się w ogóle podziała. Dziś wszyscy łakniemy bezpośredniego kontaktu z nią. Chcemy ją dostrzegać, dotykać, poczuć, że w ogóle jest. Pomagają nam w tym głównie artyści i dziennikarze, ale także politycy, reżyserzy, aktorzy i parę innych osób, którym winni jesteśmy wielką wdzięczność.
W Zamku Ujazdowskim, ekstremalnie młody jak na nasze warunki, malarz Kamil Dąbrowski, prezentował obrazy, na których uwiecznił (jak zwykło się mawiać) posta i życie największego gwiazdora Rzeczypospolitej, Michała Wiśniewskiego. W związku z tym, pojawiły się wyrzuty i wyrzuty wobec wyrzutów. Z jednej strony, że jak to: że “obrazy o Wiśniewskim w ZUJ-u?!”, z drugiej, że tego typu reakcje dowodzą naruszenia “jakiegoś środowiskowego tabu”.
Tabu to ważne słowo. Jak twierdzi, cytowany przez “Gazetę Wyborczą”, artysta “projekt ten bardzo mocno dotknął rzeczywistości. Podobnie było z “papieżem” Cattelmena w Zachęcie” (tak, tak! nie wiem czy to faux pas popełnił sam artysta czy autorka artykułu). Obie prace łączyć ma dosłowność, z jaką zostały odebrane. “Dla nas to jest najważniejsze – ta elektryczność, która wytwarza się na styku sztuki i rzeczywistości” - mówi dalej Dąbrowski; przy czym nie wiadomo, w czyim właściwie imieniu się wypowiada. Czy mówiąc “nas” ma tu na myśli siebie i Cattelana? siebie i Michała Wiśniewskiego? czy może nas to znaczy wszystkich obywateli tego tu i teraz, dla którego ten rodzaj sztuki ma być reprezentatywny i – a jakże! - odkrywać rzeczywistość?
“Zwróciłem uwagę, że mogą uzyskiwać pewne informacje” - brzmiała odpowiedź Bronisława Wildsteina na pytanie, co zmienił w “tej rzeczywistości”, rozdając znajomym dziennikarzom wiadomą listę. Widzimy więc, że on również chce “zwrócić uwagę” na pewne aspekty rzeczywistości, z których normalnie nie zdawalibyśmy sobie sprawy. Wynosząc listę z IPN naruszył przy tym “pewne procedury” (nie wiadomo co prawda dokładnie jakie, ale jednak). W imię odkrywania rzeczywistości, upublicznił to, co jest własnością publiczną, ujawnił to, co nie było niejawne, a więc złamał “środowiskowe tabu”, o czym świadczą reakcje oburzenia.
Na czym więc polega problem tego, co zrobił Wildstein? Wydaje się, że ważniejsze, niż to, co ujawnił świadomie, jest coś innego, co ujawniło się jakby przez przypadek, przez tamto pierwsze ujawnienie, i co zdaje się dzięki temu mieć jeszcze większą wartość (być może dotąd było to niewiadome nawet dla samego Instytutu!). O ile bowiem wiadomo mniej więcej, czym Instytut Pamięci się zajmuje, to nie wiadomo, na czym, właściwie polega to zajmowania się. No bo: są “pewne procedury”; a pan Bronisław je złamał. Ale po co procedury, skoro chodzi o informacje najzupełniej publiczne, do których każdy ma dostęp? i dlaczego w związku z tym upublicznieniem wybuchło takie zamieszanie?
Zdaje się, że po prostu pracownicy Instytutu Pamięci obawiali się, że jako ludzie, którzy na co dzień nie mamy kontaktu z rzeczywistością teczek, nie poradzimy sobie z tak skomplikowaną wiedzą; że ta złowroga rzeczywistość jest na dodatek różnorodna; że nie sposób poradzić sobie ze społecznym odruchem Pawłowa, który słowo “teczka” bądź “akta” każe rozumieć “agent” i odpowiednio reagować. Tymczasem okazuje się, że radzimy sobie z tym zaskakująco dobrze! Lista Wildsteina pobiła nawet seks pod względem popularności w Internecie. Wszyscy chcemy sprawdzić, czy mamy teczkę, a jeśli okazuje się, że nie, to aż nawet jakoś tak głupio… Dlatego chcemy opublikowania wszystkich informacji! Wszyscy chcemy poznać tę część rzeczywistości.
Nasuwa się tu wspomnienie wielkiego filmu “Pasja” Mela Gibsona. “Zobacz, jak było naprawdę!” - krzyczały do nas plakaty. I rzeczywiście: mogliśmy zobaczyć, jak naprawdę Jezus żył na ziemi, jak naprawdę rozmawiał z ludźmi i jak potem, znów naprawdę, umarł na krzyżu i jak naprawdę cierpiał. Cóż w tej sytuacji począć z dwoma tysiącami lat historii i wertowania Pisma?
Także Sokratejska maksyma: “Wiem, że nic nie wiem” nabiera dziś nowego znaczenia.
Sądząc po rozmiarach zainteresowania, z jakim spotkały się powyższe wydarzenia, a także wiele innych (a jest ich znacznie więcej, chociażby komisje śledcze, które też przecież dążą do tego, żeby umożliwić nam dowiedzenie się, jak to jest naprawdę z tym Kulczykiem i Eureko; proces Doroty Nieznalskiej, która także chciała zwrócić nam uwagę na to, że mężczyźni naprawdę poświęcają swoje ciało na siłowni w ofierze jakimś męskim bóstwom; dalej: rozmowy w toku, reality shows, etc., etc. - wszystkie te przedsięwzięcia: po to, byśmy dowiedzieli się czegoś o rzeczywistości, mogli poobcować z nią choć przez kilkadziesiąt minut dziennie)… no więc, sądząc po tym zainteresowaniu, trudno nie zauważyć, że jesteśmy naprawdę zgłodniali rzeczywistości i że jest ona naprawdę na wagę złota.
Dobrze więc, że są malarze, dziennikarze, politycy, aktorzy. Ci, którzy kiedyś zajmowali się maskowaniem rzeczywistości, jej udziwnianiem i przeinaczaniem, dziś umożliwiają nam bezpośredni kontakt z nią: taką, jaka jest naprawdę. To dzięki nim możemy pozbyć się tego nieprzyjemnego przekonania, że rzeczywistość sama w sobie jest nudna, banalna, powtarzalna. Naprawdę: z wystawy w galerii, z telewizora, z gazety - zawsze możemy dowiedzieć się czegoś nowego o rzeczywistości. O rzeczywistości można – naprawdę! - powiedzieć wszystko: że jest gwiazdorska i kiczowata i że jest elektryzujący Michał Wiśniewski za którym szaleją miliony; że jest tajemnicza i kryminalna i że zupełnie jest to dla nas nie do pojęcia, że byli kiedyś ludzie, którzy mogli zrobić komuś na złość i nazwać go agentem (a przecież tak było!), że jest dramatyczna, brutalna i pełna przemocy… Wszystko można powiedzieć o rzeczywistości, ale na pewno nie to, żeby była nudna!
I za to dziękuję: Kamilowi Dąbrowskiemu, Bronisławowi Wildsteinowi, Melowi Gobsonowi i wielu innym, których wszystkich nazwisk nie zdołam tutaj przytoczyć.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...