Chciałabym zacząć od zdania, które w teatrze nikogo nie zdziwi:
wyobraźnia to potęga. Większość wojen, jeśli nie wszystkie, ma swoje
korzenie w wyobraźni. Seryjni mordercy działają z polecenia chorej
wyobraźni. Nakazem sadystycznej wyobraźni kierują się tłumy,
bezczeszcząc ciała martwych wrogów albo pastwiąc się nad ich
symbolicznymi wizerunkami - pomnikami czy kukłami. Także Zagłada Żydów
została podjęta z przyczyn, które tkwią w wyobraźni - w fantazmacie
niebezpieczeństwa żydowskiego. A jednak trzeźwi politycy zaczynają się
liczyć z siłą wyobraźni dopiero gdy zobaczą, jak plugawią ją populiści.
Dlaczego są tacy nierozsądni? Trzeźwość ich zaślepia.
Slavoj Žižek ma rację, gdy w książce „Wzniosły obiekt ideologii” mówi:
społeczeństwa nie ma. W miejscu, w którym go szukamy, znajdujemy same
sprzeczności. Krzysztof Koseła badał polski patriotyzm i poczucie
wspólnoty. Ustalił, że jest on nieco podobny do rosyjskiego. Stanowi
kombinację postaw, którą można sprowadzić do zdania: ważne, że jestem
Polakiem, to jest moja wspólnota, ale inni Polacy działają mi na nerwy.
Grupa będąca swoim własnym wrogiem, rozpadająca się zaraz po
wyodrębnieniu, jest nieprawdziwa jak twierdzenie, które obala się
„przez użycie”.
Pisał Wyspiański w „Weselu”:
„Społem” to jest malowanka,
„Społem” to jest duma panka,
„Społem” to jest chłopskie „w pysk”…
Choć społeczeństwa nie ma - powiada Žižek - jedyną realnością na tym
świecie jest realność fantazmatów społecznych. Oznacza to, że choć
społeczeństwa nie ma, w miejscu, w którym go szukamy, znajduje się
dryfująca wspólnota wyobrażeń - fantom na tyle silny, że wywołuje
nadzwyczaj realne skutki. Upadają przez nią rządy i idee.
W Iranie o sile tego fantomu przekonali się obserwatorzy białej
rewolucji Pahlawiego, która przyniosła krajowi modernizację i światowe
uznanie, ale w kraju przegrała z powodu zgorszenia, jakie budziły
roznegliżowane dziewczyny w dyskotekach. W Ameryce o sile
fantomatycznych wyobrażeń przekonali się Demokraci przegrywający z
Republikanami w najbiedniejszych stanach Środkowego Zachodu. Thomas
Frank, autor książki „What's the Matter with Kansas?”, tak
scharakteryzował mieszkańców tej krainy: zabierzcie im pracę, a
natychmiast zagłosują przeciw prawu do aborcji. Roztrwońcie ich
fundusze, a skierują swój gniew przeciwko homoseksualistom.
Pytanie, na które chcę dziś odpowiedzieć, brzmi: w czym przejawia się
siła fantomatycznych wyobrażeń w Polsce, która po piętnastoleciu rządów
demokratycznych wybrała totalizujący styl władzy braci Kaczyńskich? Czy
ów wybór wyniknął z czyichś błędów i jakie są perspektywy naprawy?
Chamy i Żydzi
Žižek twierdzi, że jednostka zostaje pełnoprawnym członkiem
społeczności nie wtedy, gdy nauczy się w szkole obiektywnej historii
grupy, „ale dopiero wtedy, kiedy przyswoi sobie widma, które tę
tradycję podtrzymują, nieśmiertelne duchy, które nawiedzają żyjących i
nie dają im spokoju, sekretną historię traumatycznych fantazji,
przekazywaną z pokolenia na pokolenie pomimo luk i nieścisłości”.
Polska wspólnota fantazmatyczna trzyma się na dychotomii Pany/Chamy,
której korzenie tkwią w bratobójczym mordzie 1846 r. Nie jest ważne, że
rabacja galicyjska pochłonęła ledwie tysiąc ofiar. Ważne, że w samym
sercu polskiej tożsamości ustanowiła ona aktywny do dziś kompleks
bratobójczy. W Roku Wyspiańskiego nie od rzeczy będzie przypomnieć:
Pan Młody: „Mego dziadka piłą rżnęli…
Myśmy wszystko zapomnieli”.
Dziad: „Na czołach jakby znaczone,
plamy czarne i (…) czerwone”.
Gospodarz: „Temperament gra, zwycięża;
tylko im przystawić oręża,
zapalni jak sucha słoma,
tylko im zabłysnąć nożem,
a zapomną o imieniu Bożem -
taki rok czterdziesty szósty (…)
do dziś chwalą sobie te zapusty”.
Ale galicyjska para Chamy/Pany to dopiero główka śrubki tkwiącej w polskiej wyobraźni.
To, co się z nią stało po II wojnie światowej, jest zupełnie
nieprawdopodobne. Wskutek zbiegu kilku okoliczności empiryczna
dychotomia Pany/Chamy przeobraziła się w fantazmatyczną dychotomię
Chamy/Żydzi. Historyk przyszłości, oswojony z Žižkiem tak, jak
dzisiejsi IPN-owscy historycy oswojeni są z Feliksem Konecznym, zapewne
wyjaśni szczegółowo, jak nastąpiło to niepojęte przekształcenie. Wydaje
się, że wśród okoliczności, które o nim rozstrzygnęły, jako
najważniejsze możemy wymienić trzy:
*** wpływ volkistowskich idei na wyobrażenie o „narodzie” jako tworze wyrastającym nie z „pańskiej”, ale z „chamskiej” krwi;
*** okupacja hitlerowska, która zniszczyła dawnych Żydów,
*** i okupacja sowiecka, która zniszczyła dawnych „Panów”, a zarazem przyniosła panów nowych - „żydokomunę”.
W okolicach Sandomierza, gdzie w zeszłym roku prowadziłam badania ze
studentami Uniwersytetu Warszawskiego i Collegium Civitas, rabowanie i
zabijanie Żydów po wojnie bywało objaśniane właśnie jako pozbywanie się
„panów”, a opowieściom o rozgrabianiu majątków żydowskich towarzyszyły
wzmianki o grabieniu dworskiego. Na pytanie, jak sobie tłumaczono
zabijanie Żydów, którzy wrócili do wsi po wojnie, odpowiedź brzmiała:
„To tłumaczono tym, że nastąpiła zmiana ustroju, bo to przyszła Rosja,
po raz drugi przyszła Rosja, Armia Radziecka przyszła, przyszedł
socjalizm i system radziecki przyszedł, no i po prostu usunięto
wszystkich panów, usunięto, czyli to ich, to jak ich wymordowali, to
znaczy, że usunęli panów. No bo to przecież oni w zakres, w zakres
szlachty wchodzili. Zresztą tak mówiąc szczerze, to szlachta. Żydzi to
szlachta, bo to wszyscy byli bogaci”.
Sojusz dworsko-żydowski stał się monetą obiegową dokładnie w chwili
swego zaniku. Czy to przejście „Panów” w „Żydów” byłoby możliwe
gdziekolwiek poza Polską - owym, jak go określił Konstanty Jeleński,
„krajem chłopów i żołnierzy”?
Choć w 1956 r. dychotomia Chamy/Żydzi objawiła się zaledwie w postaci
napięcia pomiędzy partyjnymi grupami Natolińczyków i Puławian,
dostarczyła ona kategorii dla zdefiniowania konfliktów szerszych,
rzeczywistych, choć w sensie nazw, jakimi je opatrzono, gruntownie
zafałszowanych. Szerokie kręgi Polaków uznały je jednak za własne.
Taka lista krążyła…
Kategoria Chamy/Żydzi to urojenie, którego poręczność została w
powojennej Polsce wielokrotnie dowiedziona, najlepiej w roku 1968. To,
że w jej obrębie ani Cham może nie być chamem, ani Żyd - Żydem, nigdy
nie miało większego znaczenia. Klasyfikacje nie muszą być prawdziwe, by
działały. Wystarczy, że są zrozumiałe.
W wieku XX do owej kulturowej kompetencji Polaków mógł odwołać się
każdy pętak - i z okazji tej gorliwie korzystał. „Żydowską śrubką”
kręcono przy okazji wszystkich ważniejszych wydarzeń: w roku 1918,
1920, kilkakrotnie w latach 30., w każdym roku wojny (robili to Niemcy,
Rosjanie i Polacy), a po jej zakończeniu - w roku 1945, 1946, 1947,
1956, 1968 itd. Trafiało to w cały naród, ale rozgrywający cierpliwie
tłumaczyli narodowi, że załatwiają samych tylko Żydów. Dziś pod
Sandomierzem naród znów usłyszał, że się za nich zabierają: „Oni teraz
zaczynają tych Żydów wydawać. W telewizji przecież mówił, że [oni są]
żydowskiego pochodzenia”.
Pod Sandomierzem od pewnego czasu krąży „lista Żydów”. Przed ostatnimi
wyborami prezydenckimi kolportowano ją po wsiach, np. do Zawichostu
ktoś przysłał ją „z Rzeszowa”. Posłuchajmy paru wypowiedzi
zarejestrowanych podczas wspomnianych już badań:
*** „Skąd pan słyszał, że w rządzie są Żydzi?
- No, taj każdy tu [wie], tu jakaś lista przyszła nawet, z Rzeszowa czy skądś.
- Ale od kogo?
- To nie wiem, od kogo, no ktoś tam opisywał przed wyborami, które są
tam Żydami, no to było na liście bardzo dużo, to pochodzenie żydowskie”.
*** „Tu mówią tak u nas, że na urzędzie w Warszawie to jest, że to tam co dziesiąty Żyd, dopiero Polak, a tak, to same Żydzi”.
*** „Dawniej to Żydom nie wolno się było pojedynkować, a teraz podniósł
Żyd głowę, pani, i chce być prezydentem, pani! I pierwsze skrzypce w
Sejmie i wszędzie, pani. I żeby zgnębić inne narody”.
*** „A teraz, jak pani myśli - dużo Żydów jest w Polsce?
- Na pewno dużo. W samym rządzie, proszę pani. Co się widzi?
Niezabitowska z Żyda pochodzi, teraz ta Waltz - Żydówka. Przecież
Kwaśniewski gdzieś tu był, to w krymce chodził! A teraz, co się tak
jąka, i jest redaktorem, i pamiętam, nagrywali go, w krymce wyszedł, i
też Żyd jest! Co niby był w więzieniu, jak »Solidarność « była.
Gieremek rodem Żyd. Chował się u zakonników w Zawichoście. To, to mi
mówił facet z wykształceniem, bo ja to bym nie wiedziała. Właściwie to
ja słyszałam, że jak w Radomiu był strajk, co miała »Solidarność «
wejść i mieli z rządu przyjechać, to wystawili tablicę za bramą ci
robotnicy - w rządzie 42 Żydów pracowało! Na najgórniejszym szczeblu.
- A co zrobić, żeby oni nie byli u władzy?
- Chyba się nie da zrobić nic. Bo zapanowali”.
*** Rozmówca lat 22, członek Młodzieży Wszechpolskiej: „Mówiłaś, że nie
ma Żydów tak jakby, w Polsce. Czytając pewną prasę, nie wiem. Polska
jest jednym z najczęściej chyba obleganych krajów przez Żydów, tak
uważam. Były wymienione Stany Zjednoczone, Anglia i właśnie Polska”.
*** „Oni współpracowali z zaborcami. No przecież z Tatarami to oni
współpracowali, no te najazdy na kraj nasz, to był gnębiony! (…)
dotąd ich do nas się pcha [tyle]. I zewsząd ich wyrzucają, no ale
przecież u nas jest klimat umiarkowany, gleba dobra, nie ma tych
huraganów i to… i oni się do nas pchali i pchają!”.
*** „Jakby Hitler wybił wszystkich Żydów, toby był teraz spokój. Spokój by był (…). Bo Żydy ino nam przeszkadzają.
- A co robią?
- Co robią? A cyganią! Nie widzicie, co wyrabiają Żydy? (…) Teraz jest, jak to mówią w Radiu Maryja, że się nie mogą pogodzić w Sejmie. Żyd chce tak…
- …a kto jest Żydem?
- A ten… No, jak on się nazywa… Rokita! Też Żyd. Rokita jest Żyd. No tak, Żyd”.
*** „A jest we władzy dużo Żydów w tej chwili?
- No podobnież Kaczyńscy… Mazowiecki… Kilku, kilku…
- A skąd wiadomo, że oni są Żydami?
- Nie wiem. Ja mam listę gdzieś taką żydowską, no to sporo…
- A skąd pani ma tę listę? Skąd się takie bierze?
- Ano taka krążyła zaraz…
- Ale to byli ludzie związani z polityką? Politycy byli na tej liście, czy kto?
- Tak, tak, tak. Księża… Och, Jezu Matko, przecież mama naszego papieża Wojtyły to była Żydówką”.
*** „Wojtyła to… no… synem Żydówki, tak? No to ja byłam w Krakowie
na pielgrzymce i znałam dwóch takich panów profesorów, co mi synów
uczyli. I mieli spotkanie z Lolkiem mieć na Wawelu. I przyszli ci
koledzy, ale jak on na Błoniach tak ładnie sobie powiedział…
- Jak?
- »Naród wybrany « - bardzo sobie chwalił Żydów, bardzo to, i litował się… to koledzy go zostawili! (…)
- Myśli pani, że on tak lubił Żydów, bo też jest Żydem, tak?
- No tak, taaak… No przecież zobaczcie, dziewczynki - ilu biskupów, a Żydzi…
- Kto na przykład?
- No wszyscy, no a Glemp to nie Żyd? Jakie stanowiska? I teraz
popatrzcie: tyle biskupów w Polsce Żydów, w Watykanie Niemiec… i czy
my nie sprzedani jesteśmy?
- A jak z tym walczyć?
- A jaka może być walka? Teraz przyszły Kaczory… przepadło”.
Czy znacie Państwo taką Polskę? Dziś mści się ona właśnie za to, że przez lata nie chciano jej znać.
Kiedy liberalna inteligencja, chrześcijańska i nie, odwracała się od
niej z obrzydzeniem, ona okopywała się coraz głębiej wokół narzuconej
jej „chamskiej” (czyli „nieżydowskiej”) identyfikacji. Już tylko
kwestią czasu było pojawienie się ojca Rydzyka i ustanowienie „dumy
moherowej”. To był nasz Czarny Ląd, czy raczej „ciemny lud”, przed
którym się wzdragaliśmy na wiele lat przedtem, zanim Jacek Kurski
uczynił to określenie synonimem prawicowej pogardy.
Powstanie i zmierzch społeczeństwa
Od kilku dekad, przy umiarkowanym aplauzie elit, dychotomię Chamy/Żydzi
usiłowali dekonstruować publicyści - wśród nich Jerzy Jedlicki, którego
zacytuję na końcu, oraz Adam Michnik.
Pierwszy tekst Michnika, o którym chciałabym tu powiedzieć, pochodzi ze
zbioru „Marzec 1968” wydanego przez Towarzystwo Kursów Naukowych w 1981
r. Autor tak podsumowuje w nim marcowe doświadczenie: „Lekcja z tego
wszystkiego jest moim zdaniem taka, zwłaszcza dla kontestującej
inteligencji: jeśli w kraju podbitym, wyzutym z suwerenności, podejmuje
się problematykę wolnościową, to trzeba mieć pełną świadomość, że
istnieje sfera wrażliwości potocznej, tzn. sfera uczuć narodowych.
Twierdzę, że gdyby wtedy [w marcu] środowiska młodej opozycji miały
duchową odwagę zapytać głośno, dlaczego w »Encyklopedii « - wtedy,
kiedy był ten dziki wrzask, że nie ma w niej jakiegoś miasteczka, gdzie
rozstrzelano 15 osób, i ten wielki skandal o hasło »obozy
koncentracyjne « - dlaczego nie ma w niej hasła »Katyń «, i zapytać
tak, by głos jej został usłyszany, to może nigdy nie byłoby tego lęku,
że popularność i wiarygodność w społeczeństwie może zdobyć ktoś, kto na
15 minut przebierze się w ułańskie czako”.
To, o czym mówił wtedy Michnik (i co powtarzał także w innych
kontekstach historycznych), urzeczywistniło się następnie w
solidarności inteligentów i robotników zbudowanej przez Komitet Obrony
Robotników. Ten moment dedykuję wszystkim materialistom i realistom, a
także pragmatykom: w społeczeństwie, którego nie było - tak jak nie ma
go nigdy, dopóki na mocy moralnej decyzji samo się ono nie ustanowi -
pomoc, która była w pierwszym rzędzie aktem symbolicznym, wywołała niezwykle skutki realne:
ustanowiła społeczeństwo. Dwie odrębne, w pewnym sensie wykluczające
się wspólnoty wyobrażeń zharmonizowały się ze sobą, co miało wpływ nie
na rok, i nie dwa, ale na więcej niż dekadę polskiej historii.
Konsekwencje tego zdarzenia na długo unicestwiły zagrożenie płynące z
majstrowania przy opozycji Chamy/Żydzi. Przez pewien czas „listy Żydów”
były w Polsce bez szans.
Gdy społeczeństwo zanikło, zagrożenie jednak powróciło.
W pracy doktorskiej „NSZZ »Solidarność « w wybranych ośrodkach. Analiza
lokalnej dynamiki ruchu w latach 1980-1981” Adam Leszczyński przytacza
wstrząsającą wypowiedź robotnicy z Olsztyna, uczestniczki Sierpnia,
która po dwudziestu kilku latach od tamtych wydarzeń mówi: „Ja to tak
panu powiem, jak to odczuwam (…) po raz kolejny ci uczeni, ci
intelektualiści, ci profesorowie, uczeni, jeszcze raz wystawili dupę na
robotników, ja bym to tak powiedziała. Bo to nie szedł Mazowiecki, nie
szedł Geremek w tych protestach, manifestacjach, to szli szarzy ludzie,
pracownicy, robociarze tacy jak my, od łopaty, to nas lano wodą,
armatkami i pałami pałowano na tych demonstracjach, a oni, ta cała
wierchuszka, nawet ta solidarnościowa, dopuściła do tego, że dali po
grzbiecie, oberwał robotnik i nic z tego nie ma. (…) Ile ludzi
zginęło na demonstracjach, ile ludzi zakopano, ile ludzi zapałowano, a
o ilu się nie wie, i na co to wszystko przyszło? Na nic. Wszystko
zostało zmarnowane. (…) Wtedy krzyczeliśmy, śpiewaliśmy: lepiej na
stojąco umierać, niż na klęczkach żyć; teraz całkiem nas przygnietli.
Ja to tak odczuwam. (…) Nie chciałabym wrócić do tej komuny, ale w
życiu nie chcę też tego, co się teraz dzieje, bo ja z myślą o tym, że
będzie się lepiej [traktowało] pracownika, że będzie miał lepszy
zarobek pracownik, lepiej szanować będą, bo wiadomo: nie każdy może
zarabiać jednakowo, musi być dyrektor i ten co sprząta, czy jak, ale że
nie będzie takiej różnicy, a różnice są jak noc i dzień”.
Słowa te są świadectwem klęski symbolicznej polskiej transformacji. Nie
jest prawdą, że nie było środków, aby jej zapobiec. Katastrofom
symbolicznym zapobiega się w pierwszym rzędzie środkami symbolicznymi.
W eseju „Chamy i anioły” (1999) Michnik przytacza słowa Stefana
Żeromskiego, opisujące podobne zdarzenie u progu odrodzonej
Rzeczypospolitej. W jego kontekście symboliczna klęska Sierpnia '81
wpisuje się w pewną historyczną regularność. W szkicu pisanym po wojnie
roku 1920 Żeromski zastanawia się, jak doszło do tego, że sowieccy
komisarze „znaleźli posłuch u naszego ludu”. Przy odrobinie
przenikliwości wyczytamy tu także o tym, jakimi drogami i wskutek
czyich błędów osiemdziesiąt lat później do tych samych ludzi dotarło
Prawo i Sprawiedliwość:
„Trzeba to wyznać otwarcie i bez osłony, że lenistwo ducha Polski,
cudem z martwych wskrzeszonej, ściągnęło na tego ducha batog
bolszewicki. Polska żyła w lenistwie ducha, oplątana przez wszelkie
gałgaństwo, paskarstwo, łapownictwo, dorobkiewiczostwo kosztem ogółu,
przez jałowy biurokratyzm, dążenie do kariery i nieodpowiedzialnej
władzy. Wszystka wzniosłość, poczęta w duchu za dni niewoli, zamarła w
tym pierwszym dniu wolności. Walka o władzę, istniejąca niewątpliwie
wszędzie na świecie jako wyraz siły potęg społecznych, partii, obozów i
stronnictw, w Polsce przybrała kształty monstrualne. Nie ludzie zdolni,
zasłużeni, mądrzy, których mamy dużo w kraju, docierali do steru
władzy, lecz mężowie partii i obozów najzdolniejsi czy najsprytniejsi w
partii lub obozie. Jak po spuszczeniu wód stawu, ujrzeliśmy obmierzłe
rojowisko gadów i płazów. Gdy to dostrzec mógł każdy na widowni
publicznej, w głębiach pozostało to samo, co było za dni niewoli (…)
ogromna armia ludzi bezrolnych i bezdomnych. (…) Jeżeli ten nawóz
społeczny, który my deptaliśmy, tak samo jak nasi poprzednicy we władzy
nad nim - Moskale i Niemcy - ujął karabin i pospołu z panami, z
mieszczaństwem, z inteligencją, z gospodarzami na roli i robotnikiem
fabrycznym wyruszył na wroga, w boju krwią ociekał i zwycięstwo pospołu
z innymi wywalczył, ten jego uczynek chyba nas wszystkich obowiązuje.
Nie ochłap łaski, nie nagroda za przelaną krew mu się należy, lecz
oddanie wszystkiego, co jest w jego ojczyźnie. Należy podźwignąć się z
lenistwa ducha. (…) Musimy teraz czynami naszymi przekonać świat,
zmusić go do uznania prawdy, iż idee, w imię których umierali nasi
żołnierze w walkach z armią czerwoną, stały stokroć wyżej od praw
ukutych w ciasnym zespole oligarchów Moskwy, które nam ona chciała
narzucić. (…) Pokonawszy bolszewizm na polu bitwy, należy go pokonać
w sednie jego idei. Na miejsce bolszewizmu należy postawić zasady
wyższe odeń, sprawiedliwsze, mądrzejsze i doskonalsze. Trzeba ruszyć z
posad Polskę starą, strupieszałą, gnijącą w jadach, którymi ją nasycili
najeźdźcy”.
Ludzi, o których upominał się Żeromski, nigdy nie uhonorowano. Rzecz
skończyła się tak, jak kończą się, zdaje się, wszystkie polskie
frustracje - półdyktaturą.
Dyktator wzywa na polowanie
Gdy kraj zamieszkują ludzie, których wyobrażenia nie dryfują w żadnym
wspólnym kierunku, cel ich uzgadniania odchodzi w zapomnienie, a idea
wspólnoty zostaje ośmieszona, nie powstają warunki do wolności, ale do
rozwoju dyktatury.
To wszystko wiemy dopiero od niedawna, czy raczej zaczynamy się dopiero
domyślać: że błędem było atakować samą ideę granicy, zamiast atakować
zły użytek z granicy. Że błędem było atakować represję, zamiast ją
przemieścić. I że błędem było postulować, jak Adorno, zniesienie
wzorców, zamiast mozolnie korygować autorytarny wzorzec.
Wypowiedziawszy im wszystkim wojnę, skazaliśmy się na niekończący się
backlash [reakcję] ze strony sierot po granicy, represji, wzorcu i
wspólnocie.
Dyktatura żyje z sierot po wspólnocie. Jest jak monstrualny widmowy bliźniak wspólnoty, której nie było, kiedy była potrzebna.
Dyktatura powstaje, by przemieścić energię odrzuconych, kierując ją w
kanały zemsty. Dyktator przedstawia dyktaturę jako sposób na ocalenie
narodu. Do pewnego stopnia jest ona istotnie takim ocaleniem, ale
chroni przede wszystkim dyktatora i jego ambicje. Naród chroni ona de
facto przed samym narodem, czego zabrania każde mądre prawo.
Dyktator zasłania pustkę społeczeństwa rozbitego i zatomizowanego,
przekształcając je w masę ścigającą. Aby taka masa powstała (wiemy to
od Eliasa Canettiego), potrzeba naprawdę niewiele: wystarczy podać do
wiadomości cel polowania. Zawsze znajdzie się w grupie pewna ilość
nadpobudliwych basałyków, których wizja polowania uszczęśliwi.
Polowanie przygotowuje się, wystawiając cel. Służy temu nowy język
opisu, zwielokrotniony przez wszystkie głośniki. Ma on „stworzyć
rzeczywistość własną, która z empirią będzie miała wspólne tylko
niektóre punkty orientacyjne, np. nazwiska i daty (…) słuchacz i widz
w w tym politycznym teatrze musi zostać przekonany, że wszystko, co
dotychczas widział i słyszał, było tylko pozorem. Wróg zmienia maski!
Dopiero teraz nastąpi zdarcie masek, zdarcie szat, wielkie
»rozobłoczenie «, obnażenie prawdy. (…) Za każdym inspiratorem stoi
inny, groźniejszy inspirator, który pociąga za sznurki. I tak cały
świat okazuje się wielkim teatrem marionetek. (…) Agent widzi w
polityce tylko agentów - i głupi, naiwny tłum” (Jerzy Jedlicki:
„Organizowanie nienawiści”, w „Marzec 1968”).
Gdy dyktatura przekona już ludzi, że są takim głupim, naiwnym tłumem,
rozpoczyna się właściwa część polowania. Opisu sobie i Państwu
oszczędzę, i przejdę od razu do konkluzji.
Cała nadzieja w tym, że dyktatura działa jak maszyna parowa:
wykorzystuje różnicę temperatur kotła i skraplacza. Wytwarza wielką
ilość pracy, ale jednocześnie pochłania i niszczy energię społeczną.
Aby utrzymać masę w stanie pościgu, trzeba dostarczać ciągle nowych
dowodów winy i produkować ciągle nowe ofiary. Ma to swoją cenę: im
ważniejsza ofiara, tym większy jest strach masy towarzyszący egzekucji.
Od tego strachu masa się rozpada. Może się ona utrzymać jedynie wtedy,
gdy następuje cała seria takich wydarzeń, jedno po drugim, a to nie
może trwać w nieskończoność.
Dyktatura kończy się, gdy ludzie uczą się rozpoznawać, do czego są
używani - kto jest kotłem, kto skraplaczem. I że para w gwizdek to nie
wszystko, czego im w życiu potrzeba.
Z pewną przesadą można powiedzieć, że w życiu demokratycznego
społeczeństwa dyktatura nastaje na życzenie. Wyrasta ona z grzechów
przeciwko społecznej solidarności i z małości elit zapatrzonych we
własny apetyt, zawistnych, pogardzających sobą nawzajem, niezdolnych do
działania moralnego. Mówi filozof: „Tajemnicę wielkiego stanowi możność
posiadania nad sobą większego od siebie. Mały czegoś takiego nie
potrafi, jakkolwiek to właśnie jego (…) dzieli największy dystans od
wielkiego. Lecz mały chce przecież tylko samego siebie, to znaczy chce być mały. (…) Wszystko, z czym nie może się równać, pomniejsza, czyni podejrzanym, a w ten sposób równym sobie” (Martin Heidegger).
Czas życia dyktatury można przedłużyć albo skrócić. Skraca go każde
sensowne oddziaływanie na przyczyny, które powołały ją do życia. Namysł
nad tym, co może dziś znaczyć wspólnota i zdanie: „Jedni drugich
ciężary noście” (List do Galatów 6,2), jest dziś ważniejszy niż
kiedykolwiek. Mówi się czasem, że każde pokolenie ma do wypełnienia
jakieś zadanie. Niewykluczone, że przemyślenie związku pomiędzy
wspólnotą a wolnością jest zadaniem mojego pokolenia.
—
Odczyt Joanny Tokarskiej-Bakir* wygłoszony 28 stycznia 2007 roku w ramach cyklu „Linie podziału. Co nas dzieli? Co nas łączy? Po której stronie jesteśmy?” organizowanego przez TR Warszawa i „Krytykę Polityczną”. Tekst został opublikowany również w „Gazecie Wyborczej” z 17 marca 2007.
*Prof. Joanna Tokarska-Bakir - antropolożka kultury, wykłada w
Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW i kieruje Katedrą
Antropologii Kulturowej Collegium Civitas. Autorka kilku książek,
m.in.: „Obraz osobliwy. Hermeneutyczna lektura źródeł etnograficznych:
wielkie opowieści” (2000), „Rzeczy mgliste: eseje i studia” (2004).
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...