Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze. Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Tbilisi, niedzielny wieczór. Razem z przyjaciółmi przygotowujemy kolację. Mieszkanie mieści się na dwunastym piętrze sowieckiego bloku; aby wjechać windą na górę, musisz wrzucić 10 tetri do specjalnej skrzynki, zjazd na dół jest za darmo. Nagle wpada nasz przyjaciel Toko, widocznie poruszony. Na nasze pytania „co się stało?” opowiada poniższą historię.
Jednym z problemów, z którymi borykają się studenci Uniwersytetu im. Iwani Jakawiszwilego w Tbilisi, jest brak literatury w języku gruzińskim. Większość książek jest po rosyjsku, a znaczna część aktualnych publikacji dostępna jest tylko w języku angielskim. Studenci są zmuszeni do tłumaczenia na własną rękę. Robią to ci, którzy mają najlepsze umiejętności językowe, a następnie udostępniają pozostałym. Jednocześnie poziom nauczania angielskiego na każdym etapie edukacji jest bardzo słaby. Na korepetycje większości społeczeństwa nie stać. – To jest absurdalne, że podstawą naszej nauki są książki tłumaczone przez studentów. Angielskiego mamy na uniwersytecie tylko dwa semestry, a poziom jest jeszcze gorszy niż w szkole. Trudno nazwać to nauką – stwierdza Toko.
Od dłuższego czasu grupa studentów, głównie z wydziału Nauk Społecznych i Politycznych, zgłaszała tę kwestię rektorowi i samorządowi studenckiemu, ale nikt nie wykazał nią większego zainteresowania. Studenci zdecydowali się więc zorganizować specjalne spotkanie 15 kwietnia. Pokazano na nim krótki film dokumentalny opisujący problem. Po jego projekcji rozpoczęła się burzliwa dyskusja, zakończona kłótnią między reprezentantami samorządu studenckiego a pozostałymi studentami. – Jeden z przedstawicieli samorządu powiedział, że dawanie pieniędzy na tłumaczenie książek nie jest priorytetem w ich działalności – wyjaśnia Toko. Samorząd odebrał projekcję jako atak; z drugiej strony padły oskarżenia, że nie jest w stanie przeprowadzić wielkich zmian oraz że tak naprawdę nie działa w interesie społeczności studenckiej.
Samorząd poza krytyką
Podczas dyskusji kilku studentów zostało pod jakimś pretekstem wywołanych na korytarz. Czterech pobili ludzie związani z samorządem studenckim, inne osoby były zastraszane na Facebooku. Świadkami wydarzenia była ochrona uniwersytetu, jednak nie podjęła żadnych kroków, aby obronić napadniętych studentów. – Samorząd zaprzecza, że to byli jego ludzie, ale świadkowie to widzieli. Zostało to również nagrane kamerami w telefonach – tłumaczy Toko.
Następnego dnia dwóch kolejnych studentów zostało pobitych na tyłach jednego z uniwersyteckich budynków. Również w tym przypadku ochrona pozostała bierna. Władze uniwersytetu twierdzą, że ci ochroniarze zostali wyrzuceni; nie zostały natomiast wyciągnięte żadne konsekwencje wobec studentów – agresorów.
Okazało się, że po projekcji samorząd sporządził listę studentów, którzy krytycznie wypowiadali się pod jego adresem, i na tej podstawie dokonano ataków. Ta irracjonalna, agresywna reakcja była zastanawiająca, zapytałam więc znajomych o jej przyczyny. David, jeden ze studentów umieszczonych na liście samorządu: – Samorząd ma wielką władzę i wielkie pieniądze. Na jego działalność mają wpływ „ludzie z góry”. Na pytanie, kim są ludzie z góry, słyszę: – Nad samorządem jest państwo… To jest ich narzędzie, za pomocą którego kontroluje studentów. Na przykład samorząd organizuje wiele pseudopatriotycznych imprez. W tym roku zorganizowali przemarsz przeciwko Rosji. Samorząd studencki razem z ochroną uniwersytetu chodził po salach, przerywając zajęcia i gromadząc wszystkich na demonstracji. Nawet profesorowie nie mogli przeciw temu zaprotestować.
Co ciekawe, żaden ze studentów nie zgłosił aktu pobicia na policję. Toko wytłumaczył to w ten sposób: – W Gruzji zazwyczaj ludzie nie dzwonią na policję. To kwestia kultury. Jeśli jesteś mężczyzną i zostaniesz pobity, a potem zgłosisz to na policję, masz problemy z rodziną, z sąsiadami z bloku. To jest wstyd. Oznacza, że jako mężczyzna nie jesteś w stanie sam się obronić.
Z powodu narastającej przemocy grupa dziesięciu studentów zdecydowała, że muszą szybko podjąć jakąś akcję. Ustalili, że 18 kwietnia organizują demonstrację. Wiadomość rozesłano do przyjaciół, głównie przez Facebooka.
Protest
18 kwietnia kilka minut przed godziną 15 pojawiłam się przed wejściem do jednego z uniwersyteckich budynków. Zgromadziło się tam już sporo osób. Studenci trzymali transparenty z napisami „Krytyka nie jest brakiem dobrych manier”( – Zawsze, gdy krytykujemy samorząd studencki, mówią nam, że jesteśmy nieuprzejmi – tłumaczy Toko) oraz „Jesteś studentem? To się zamknij”(w nawiązaniu do jednego z haseł Paryża’68: „Jesteś młody? To się zamknij”). Spora grupa uczestników nałożyła maski na usta symbolizujące brak wolności słowa. Mała grupa międzynarodowych wolontariuszy trzymała transparenty z napisem „Solidarity with Georgian students” oraz „Books not bombs”.
Organizatorzy zaapelowali o zaprzestanie przemocy oraz ukaranie winnych pobić. Stwierdzili również, że nie wierzą już w dobrą wolę samorządu studenckiego i nie dają im dalszej legitymacji do działania w ich imieniu. Trzyosobowa delegacja udała się do biura samorządu studenckiego, aby zaprosić ich do dyskusji. Nie zgodzili się. Nie było również żadnej reakcji ze strony władz uniwersytetu.
Demonstracja zgromadziła około 150 osób, w tym studentów z innych uczelni: Akademii Sztuk Pięknych, Uniwersytetu im. Ilii Czawczawadze oraz Akademii Medycznej. Przebiegła w pokojowej atmosferze. Nie było policji. Giorgi, student Akademii Sztuk Pięknych: – Nie mamy żadnego wsparcia od uniwersytetu, od żadnych państwowych instytucji, ponieważ ich to wszystko gówno obchodzi. Dlatego tak ważne jest to, że spotkaliśmy się tu wszyscy razem i że możemy zacząć zmieniać naszą rzeczywistość. Jesteśmy tutaj, aby pokazać, że są ludzie, którzy myślą inaczej. Nino, studentka geografii społecznej: – Przyszłam na tę demonstrację, ponieważ w ostatnich dniach miały miejsce akty przemocy wobec studentów – moich przyjaciół. Jako studentka żyjąca w wolnym kraju uważam, że to jest niesprawiedliwe, gdyż każdy ma prawo do własnej opinii. Na początku ta sprawa nie miała w ogóle wydźwięku politycznego, grupa studentów chciała przetłumaczyć książki na język gruziński, ale samorząd studencki się z tym nie zgadzał. Użyli przemocy i wywołali wielką aferę. Mamy swoje pomysły, jak polepszyć edukację na uniwersytecie. Jeśli się z nimi nie zgadzają, nie oznacza to, że muszą użyć pięści przeciwko nam.
Jedyną osobą z uniwersytetu, która udziela wsparcia i oficjalnie krytykuje wydarzenia ostatnich dni, jest profesor Lela Gaprindaszwili: – Biorę udział w tym proteście, ponieważ każdy obywatel Gruzji powinien walczyć z przemocą, w szczególności gdy ma ona miejsce na uniwersytecie. Na pytanie, czemu jest jedyną profesorką, która czynnie bierze udział w proteście, odpowiada: – Nie wiem. Może powinnaś zapytać o to innych profesorów.
Niestety, żaden inny przedstawiciel kadry uniwersyteckiej nie wyraził zgody na wywiad. Również samorząd studencki nie chciał ze mną rozmawiać.
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...