|
Prezydent powiedział, co powiedział, a ja nie wierzę własnym uszom, choć powinnam się wreszcie przyzwyczaić. Zaraz sobie to wszystko, tak zwięźle i metaforycznie przez prezydenta ujęte, wyobraziłam, dlatego felieton Tomasza Piątka, który też to sobie wyobraził, wydał mi się bardzo trafny. Może tylko z używanymi przez Piątka retorycznymi animalizacjami byłabym ostrożniejsza – ten chwyt bardzo źle się kojarzy, zwłaszcza że ludzko-zwierzęca materia w wypowiedzi prezydenta już i tak została bezlitośnie zmieszana. Moja wyobraźnia, dźgnięta prezydencką metaforą, jakoś nie podsunęła mi obrazu chałupy w dżungli. Zobaczyłam natomiast, jak porzucam pracę i wracam do bezpiecznej jaskini, żeby rozpalić ognisko. Kiedy myśliwy wróci z polowania, trzeba przecież upiec zdobycz. A zdobycz w tym przypadku stanowi jakiś Afgańczyk czy Irakijczyk. Bo to przecież polowanie na ludzi.
Wszystko to ujrzałam w jednej chwili ze szczegółami. I wtedy zrozumiałam, że to, jak prezydent widzi role płciowe, to jeszcze nic. Że jego patriarchalny stosunek do kobiet traci na znaczeniu wobec faktu, że używając myśliwskiej metafory do opisania wojny, najwyraźniej nie wie, co właściwie mówi. Gdyby wiedział, nie byłby chyba tak z siebie zadowolony. A może byłby? W końcu ten kojący głos, którym wypowiedziane zostały słowa o wolności, bezpieczeństwie i polowaniu, rozlegał się nieraz jednocześnie z hukiem wystrzału.
I właśnie jak wystrzał – na tle rozpowszechnionej eufemistycznej gadki o misjach stabilizacyjnych i wprowadzaniu demokracji – zabrzmiała w moich uszach ta metafora. W końcu ktoś powiedział prawdę. Że my tam za pośrednictwem naszych żołnierzy polujemy, a nie stabilizujemy i wprowadzamy demokrację. Polujemy. Szczujemy. Strzelamy. Leje się krew. Zabijamy. Dobrze i okrutnie się przy tym bawimy i performujemy swoją tożsamość, czy co tam się jeszcze robi, polując. Powiedział prawdę i nie powiedział – myślałam dalej – bo dla Komorowskiego słowa mają inne znaczenie niż dla mnie. Polowanie nie oznacza dla niego jatki dokonywanej w pokrętnie i wstrętnie wykładanych celach, czasem nawet rzekomo dla dobra tych, na których się poluje. Mówimy innymi językami, choć z pozoru brzmią one tak samo, a więc i nasza wyobraźnia jest inna.
Chyba że nie – przestraszyłam się. I ta możliwość, jak wszystkie ujęcia niebinarne, wydaje się niestety bardziej prawdopodobna. Wysublimowany język męskiej powinności i męskiej przygody oraz język jatki byłyby więc tym samym językiem tej samej wyobraźni. Różnica miałaby charakter etyczny i w metaforze wojny jako polowania skrywałyby ją, zresztą nieudolnie, wybiegi stylistycznie dyktowane przez przebiegłe, ale nie znające litości superego kultury, w której, jak pisał Lem, „gdy już wszystko można zrobić, nie wszystko można jeszcze powiedzieć”. Nie można szczycić się wojną jako wojną. Można szczycić się polowaniem. I można szczycić się wojną jako polowaniem.
To kultura panów życia i śmierci, a Lemowi chodziło o hitlerowskie eufemizmy ludobójstwa, więc gnomiczna wypowiedź Komorowskiego w tym kontekście brzmi wyjątkowo paskudnie, zwłaszcza że krew ludzką chciał i uważał, że mu wolno, zakryć krwią zwierzęcą (przepraszam, farbą). Chciał, ale tylko obie zmieszał. Potwierdził, że od przemocy wobec zwierząt do przemocy wobec ludzi tylko krok. Retoryczny, wyobraźniowy, realny. A pomostem bywa animalizacja. Dla władzy gatunek poddanego ma niewielkie znaczenie. Władza kojącym tonem, z zadowoleniem mówi o jatce. Zatem z całą powagą: „Piou, piou, hek, hek, hek!!!”.
Eliza Szybowicz (1977) - krytyczka literacka, publikuje m.in. w „Dwutygodniku”, „Pograniczach” i „Kresach”. Członkini zespołu KP.
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...