|
W ostatnim czasie przez łamy „Gazety Wyborczej” przetoczyła się dyskusja o nowym systemie emerytalnym. W ramach akcji „Staropolscy”, pojawiło się wiele głosów dotyczących funkcjonowania system emerytalnego w Polsce, jego organizacji oraz wysokości emerytur i warunków potrzebnych do ich otrzymania.
Liberalny populizm
Cała akcja wydaje się jednak mocno spóźniona. Dyskusje dotyczące zasadniczej reformy emerytalnej pojawiały się już od początku okresu transformacji. Ekonomiści przekonywali, że odziedziczony po PRL system emerytalny powodował „wysokie koszty pracy”, a wydatki na emerytury stanowiły zbyt wysoki procent w wydatkach budżetu państwa. Problemem był niski wiek przechodzenia na emeryturę. To miało sprawiać, że system emerytalny był niestabilny. W tym samym czasie wątki dotyczące zapobiegania ubóstwu w wieku podeszłym zepchnięto na drugi plan i właśnie według tej hierarchii toczyła się debata, od połowy lat 90 zdominowana przez ekspertów związanych z Bankiem Światowym i, generalnie, neoliberalnym podejściem do spraw społecznych.
Efektem tego była zmiana systemu emerytalnego z 1999 roku. Miała ona zdjąć z państwa dużą część odpowiedzialności za finansowanie emerytur i przeniesienie problemu do sfery prywatnej. Redystrybucyjna rola państwa zmalała i przestało być ono gwarantem wysokości emerytury. Zmieniły się zasadniczo relacje pomiędzy obywatelami, państwem i rynkiem. W przypadku osób uczestniczących w nowym systemie, cała kariera zawodowa stała się punktem wyjścia do obliczenia wysokości emerytury, a znaczna część składek (drugi filar oparty o działalność otwartych funduszy emerytalnych, czyli prywatnych firm), a co za tym idzie i wysokości emerytur, podlega wahaniom rynku.
Rozwiązania zawarte w „reformie” emerytalnej były przejawem liberalnego populizmu: wiary w samoistną „zaradność” jednostek i niezawodność rynku. Poprzez połączenie wysokości świadczeń z przebiegiem kariery zawodowej zakładano, że Polacy dłużej pozostaną na rynku pracy zamiast szybko przechodzić na emeryturę. Założono, że będą więcej pracować i zarabiać, by mieć wyższe świadczenia. Wreszcie, założono prymat rynku nad państwem jeśli chodzi o efektywność i koszt obsługi programów polityki społecznej.
Niestety, jak wskazują doświadczenia ostatnich dziesięciu lat, Polacy nie są tak „zaradni” jak przewidywano. Nie zareagowali na zachęty: nie pozostawali dłużej na rynku pracy lub w ogóle na niego nie weszli. Niewielki odsetek (raptem ok. 5%) pracujących odkłada na przyszłość w dobrowolnych i preferencyjnych programach emerytalnych (trzeci filar) przy czym jednak poziom tych oszczędności nie wpłynie znacząco na poziom życia na emeryturze. Jak pokazują wyniki badań opinii publicznej przeprowadzonych przez CBOS, Polakom trudno jest wygospodarować część zarobków na dodatkową składkę, ponieważ ich dochody wystarczają zazwyczaj jedynie na pokrycie bieżących kosztów życia. Z drugiej strony dopiero wieloletnie oszczędności - np. osób rozpoczynających odkładanie na indywidualnych kontach w wieku np. 25 lat mają szansę poprawić ostateczny poziom świadczenia. Tymczasem, jak pokazują statystyki Komisji Nadzoru Finansowego, młode osoby znajdują się w stanowią najmniej liczną grup wiekowej oszczędzających w trzecim filarze. W tym kontekście proponowana ostatnio przez panią Minister Fedak możliwość wyboru momentu przejścia na emeryturę wydają się wyjątkowo nietrafiona. Polacy wybiorą wcześniejszą emeryturę, a co za tym idzie – niską. Wynika to po części z wciąż niepewnej sytuacji na rynku pracy, również w przypadku osób w wieku zbliżającym się do emerytalnego. Poza tym, praca zarobkowa osób starszych jest wciąż z trudem społecznie akceptowana zarówno przez pracodawców (uważających ich za „drogich” pracowników), młodsze pokolenie (wśród których pokutuje mit „starszych zabierających miejsca pracy”), jak i często samych zainteresowanych (zmęczonych karierą zawodową rozpoczętą w kryzysowych latach okresu PRL). Do tego działalność samych otwartych funduszy emerytalnych okazała się kosztowna i wrażliwa na zmiany rynków kapitałowych.
Wysokie koszta
Wprowadzenie samych zmian w życie odbyło się zbyt szybko. Przejawem tego były sławne problemy z niegotowym systemem informatycznym ZUS, przez co musiał on zaciągać komercyjne kredyty. Ponadto, od początku zmiana systemu groziła wzrostem deficytu budżetowego. Każda „reforma” emerytalna zakładająca prywatyzację (przekazanie składek do drugiego prywatnego filara) tworzy deficyt w starym, już istniejącym systemie. Przez kilkadziesiąt lat istnieją równolegle dwa systemy, finansowane z jednej tylko składki. W Polsce zdecydowano sfinansować ten deficyt m. in. z przychodów z prywatyzacji państwowych przedsiębiorstw. To okazało się jednak zbyt optymistyczne - dochody z prywatyzacji były dalece niewystarczające.
Wielu analityków polityki społecznej podnosiło te argumenty, sugerując, że przeciętny poziom emerytur się obniży a sama „reforma” może doprowadzić do destabilizacji finansów publicznych.
Zmiany postulowane w dyskusji „Gazety Wyborczej” w dużej mierze powielają fundamentalny błąd autorów zmian z 1999 roku, zakładający samoistność procesów społecznych i gospodarczych. Chodzi tu głównie o postulat ograniczenia konsumpcji na rzecz oszczędzania na indywidualnych kontach emerytalnych (które mają przynosić zyski) czy nawoływanie do dłuższego pozostawania na rynku pracy bez wsparcia instytucjonalnego i systemu zachęt ze strony państwa. Błędne założenia mieszają się w debacie z sensacyjnymi doniesieniami opartymi na jednym raporcie Banku Światowego, według którego krajom europejskim grozi załamanie systemów emerytalnych. Niemniej jednak inne źródła tej samej organizacji (np. raport „From Red to Grey” lub publikacja „Adequacy of Retirement”) wskazują, że Polska nie znajduje się wśród najbardziej zagrożonych kryzysem emerytalnym krajów.
O całościowe podejście do polityki społecznej
Konieczne jest więc całościowe podejście do reformy polityki społecznej. Wydłużeniu wieku emerytalnego powinno towarzyszyć rozbudowanie sieci usług opiekuńczych. I nie tylko dla rodzin z małymi dziećmi, ale również dla osób starszych. Skoro mamy dłużej pracować, to kto zaopiekuje się pokoleniem dzisiejszych 40-50 – latków? Tutaj dochodzimy do problemu zasadniczego. O potrzebie rozwinięcia sieci żłóbków i przedszkoli oraz o problemie osób starszych (choć mniej) mówi się już od jakiegoś czasu. Rzadko jednak podnosi się kwestię finansowania tych usług. Tymczasem Polska ma najniższy w Unii Europejskiej odsetek małych dzieci uczęszczających do przedszkoli. Jednocześnie, jako niemalże jedyny kraj w Unii Europejskiej, Polska nie posiada systemu centralnych dotacji celowych na prowadzenie takich placówek! Samorządy lokalne nie mają obowiązku prowadzenia ani przedszkoli ani żłobków! Podobnie jak, w przypadku założeń „reformy” emerytalnej, decentralizacji odpowiedzialności za finansowanie tych placówek towarzyszyło utopijne przekonanie o wszechskuteczności inicjatywy oddolnej. Tymczasem żłobki i przedszkola były masowo zamykane przez samorządy – najczęściej pod pretekstem ograniczeń finansowych.
Bez przeznaczenia dotacji z budżetu centralnego na prowadzenie przedszkoli trudno będzie o podniesieniu dostępności usług opiekuńczych. I to powinien być punkt wyjścia dla dalszej dyskusji. Inną możliwością jest oczywiście wykorzystanie funduszy strukturalnych na rozruszanie przynajmniej alternatywnych form wychowania przedszkolnego (prowadzonego przez MEN w latach 2005-2008). Ale to oznacza wydatki. Albo poprzez przeznaczenie celowej dotacji na prowadzenie przedszkoli i żłobków, albo przez finansowy wkład w projekty unijne. Nakłady na żłobki i przedszkola nie tylko umożliwią rodzicom pracę, lecz zwrócą się w postaci podniesienia jakości kapitału ludzkiego.
Jeśli poważnie traktujemy problem reformy emerytalnej, aktywizacji zawodowej kobiet i godzenia obowiązków rodzinnych i zawodowych, trzeba rozmawiać od razu o konkretach, a nie ogólnie zarysowywać problem. Jeśli rząd chce rzeczywiście przeciwdziałać społecznemu rozwarstwieniu, musi podjąć choć część działań, o których pisaliśmy powyżej, ze szczególnym uwzględnieniem sieci placówek opiekuńczych. Może to się okazać niewygodne, ponieważ rozwijanie już teraz systemu opieki nad osobami starszymi i zmiana finansowania usług społecznych pociąga za sobą konieczność aktywnej polityki państwa i wydatki z budżetu. Likwidacji przywilejów i wydłużaniu weku emerytalnego towarzyszyć muszą jednoczesne działania w tej dziedzinie i nie zawsze oznacza to oszczędzanie. Aktywna i odpowiedzialna rola państwa oznacza nie tylko regulacje sfery społecznej, lecz rzeczywiste zaangażowanie w ochronę obywateli przed niedoskonałościami rynku.
*Dr Dorota Szelewa – pracuje w Bremen International Graduate School of Social Sciences w Niemczech, specjalistka od polityki społecznej.
** Michał Polakowski – doktorant w Maastricht Graduate School of Governance, Universiteit Maastricht, Holandia.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...