NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Szczuka: Mop dla Jerozolimy Drukuj
Kazimiera Szczuka   
04.05.2010
Żadni z nas Żydzi! – mawiała moja matka. Trwająca od trzech pokoleń asymilacja wyprać z nas miała całe żydostwo. Dziadkowie odeszli od tradycji, matka wyszła za ojca Polaka. Coś niecoś jako dzieci słyszałyśmy o ukrywaniu się. Coś niecoś o emigracji cioci. I tyle. Skoro rodzinie mamy udało się uciec z warszawskiego getta, przeżyć w ukryciu, wyjść potem na światło dzienne, nie zmienić nazwiska i nie wyjechać z Polski to – widocznie – byli Żydami jedynie o tyle o ile. Może byli to Żydzi nieprawdziwi, przypadkiem wplątani w żydowską katastrofę?

W roku 1987 mama przeżyła szok. Moja starsza o rok siostra, nazywana przeze mnie Manix, niespełna wtedy dwudziestoletnia, postanowiła wyjechać do Izraela. Nie mieliśmy tam żadnej rodziny, żadnych znajomych. Żadnych nie snuliśmy o tym miejscu marzeń, a co tam komu się śniło, trzymał dla siebie. Ale Manix była nieugięta. Nie miała w zwyczaju pytać kogokolwiek o zgodę. Pojechała i została. Żydówką, bo kim miała być? Manix stała się Miriam. W świetle przepisów nadawała się do tego znakomicie, a wolą jej było nadrobienie trzech pokoleń zaległości w dziedzinie języka i kultury. Owszem, religii też, rzuciła się od razu na najgłębszą wodę i oddała nauce wiary przodków. Z gorliwej pobożności ochłonęła na widok nieodzownych w tej sytuacji kandydatów do jej ręki. Zdała więc czym prędzej na Uniwersytet Hebrajski w Jerozolimie i zamieszkała w akademiku na Mount Scopus. Po roku czy dwóch dobił do niej mój ówczesny narzeczony. Miał w kraju, w odróżnieniu od nas, i dziadka, i babcię, i ciotkę, a nawet – o dziwo! – ojca. Ja, zawsze jak pies podążająca wszędzie za siostrą i jak kameleon próbująca się do niej upodobnić, przybyłam tam po jakimś czasie, około roku 1989. Zwłaszcza że narzeczony ponoć miał wobec mnie poważne zamiary.

Pierwszy był mój zachwyt nad kaskadami kwitnącego kwiecia, bielą świętego miasta i bogactwem najpyszniejszych owoców. Zaraz potem pojawił się wszechobecny w tym pięknym miejscu dylemat. Za co żyć? Jak zarobić na bilet na autobus? Na pomarańcze? Na tosty z margaryną? Siostra była regularną studentką, narzeczony obibokiem. Ja zostałam czymś pomiędzy.
Po pierwsze i najważniejsze - sprzątanie mieszkań. Wtedy, dwadzieścia z górą lat temu sprzątanie płatne za godziny było bardzo intratnym zajęciem. Zarabiałam średnio 12 szekli za godzinę, a kilo mandarynek kosztowało półtora szekla. W tym czasie ludzie w Polsce zarabiali po sto dolarów, czyli dwieście szekli miesięcznie. Kontakty pochodziły i od rozległej rodziny narzeczonego i od koleżanek siostry. Rankami, kiedy narzeczony spał, opuszczałam malutkie mieszkanie na ulicy Binjamin Metudela w Rehavii, opłacane przez jego ojca, wsiadałam w autobus i jechałam sprzątać. Jerozolima o poranku pachniała nocnym chłodem i podnoszącym się powoli upałem. Po drodze przy Kikar Paris  widywałam prawie codziennie demonstracje uliczne. To byli członkowie Szalom Achszaw, głównie kobiety. Chodzili w kółko z transparentami, na których flamastrem napisali „Stop War!”, „Peace Now!” albo po prostu „PEACE”. Podobali mi się, chętnie bym z nimi pomaszerowała. W Polsce najwspanialsze chwile, jakie udało mi się przeżyć to były strajki 1980 roku i demonstracje uliczne, kończące się pałowaniem i gazem łzawiącym. Tu było inaczej. Na grupkę demonstrantów nikt po prostu nie zwracał uwagi. 

W mieszkaniach, które sprzątałam, kwitło życie rodzinne. Dzieci były w szkole albo w przedszkolu, do mnie należało zbieranie zabawek, odkurzanie małych biureczek, słanie łóżek. W kuchni na ogół sprzątałam po kolacji i po śniadaniu, jakieś kieliszki po winie, talerzyki pomazane nutellą, stawiałam przewrócone foteliki dziecięce, zbierałam kredki. Wszystko to napawało mnie bezbrzeżnym smutkiem. Czułam, że gmeram w materii istnienia, sama nie istniejąc. Czułam, niemal fizycznie, tragedię przemijania rozsmarowaną po stole dziecięcymi rączkami. Środkiem znieczulającym była jedynie egzotyka. W koszernych domach nie dopuszczano mnie do kuchni. U staruszków dawało się czasem porozumieć po polsku albo po rosyjsku. Gdzie indziej – angielski.
Najważniejszym, królewskim narzędziem sprzątaczki była szczotka ze szmatą; mop albo po izraelsku „spondża”. Kamienne podłogi, rzecz mi zupełnie wcześniej nieznana, wymagały nieustannego spondżowania ze względu na kurz, piasek, upał. Wylewanie wody na podłogę sprawiało mi wiele radości. Lubiłam sobie pochlapać. Tylko tak można osiągnąć prawdziwą czystość! U jednej pani domu, spodziewającej się drugiego dziecka, najwyraźniej zmęczonej tym wszystkim Amerykanki bez przerwy chodzącej do banku i przynoszącej stamtąd długie wstęgi wydruków, udało mi się wdrapać na lodówkę i odszorować zasyfiałe okienko kuchenne. Ależ byłyśmy dumne, kiedy mąż pani wrócił z pracy i pochwalił niebiańską jasność, jaka zapanowała! Ale i tak mnie wkrótce wyrzucili. Może wyjechali, może ona uciekła, a może – z czym trudno byłoby mi żyć – źle sprzątałam? Wyjątkowo miłą chlebodawczynią była religijna dama w nieokreślonym dla mnie wieku. Cały czas pracowała ze mną ramię w ramię. Odkurzała, trzepała, zbierała. Wymieniała imiona, wiek i płeć tysięcy wnucząt z porozstawianych wszędzie fotografii. Tłumaczyła mi elementarne zasady koszeru. Ja w zamian opowiadałam jej, co wiedziałam o getcie warszawskim.
Najmilsze jednak było mycie schodów u Michała i Szoszi. Przed szabatem, kiedy miasto powoli zamierało, zanim odjechał ostatni autobus z Ramat Eskhol do Rehavii, spokojnie polewałam sobie trzy pięterka wodą z kubełka. Oczywiście, wszystko poprzedzałam zamiataniem na sucho, bo po co robić błoto? Zgarniałam, płukałam, potem to samo jeszcze raz. Mydliny powoli bladły, woda robiła się przejrzysta. Sama spondża, żadnego cholernego zbierania zabawek. Przyjaciele, którzy załatwili mi tę robotę, czekali na mnie w mieszkaniu z prawdziwą ucztą. Burekasy, pistacje, winogrona. Paliliśmy z Michałem papierosy na balkonie. Jak każda socjalistyczna sprzątaczka, rujnowałam się na złote marlboro.

Co jakiś czas zapraszała nas do siebie zamożna rodzina narzeczonego. Do cioci Estery można było wpaść nawet bez zaproszenia. Mieszkała niedaleko. Kosztem pewnego poniżenia, a niekiedy na skraju awantury można było – w sytuacjach podbramkowych – zmusić Esterę i jej ówczesnego męża do otworzenia lodówki. Wymagało to czasu i samozaparcia, ale w końcu się poddawali. Proponowali kanapki z pastrami, sznycle z kurczaka, wątróbkę. Colę. Jednej rzeczy nie wolno było tknąć – shake’a Maji, młodszej od nas co najmniej o dziesięć lat żwawej, pękatej małej zazdrośnicy. Maja natychmiast przybiegała bronić lodówki. Wyciągała swojego shake’a, potrząsała nim wojowniczo i rzucając nam zabójcze spojrzenia, wlewała w siebie zawartość buteleczki. Ewidentnie była w zmowie z ojcem. Nie znosili kuzyna obiboka i jego krowiastej dziewczyny. Ale musieli nas tolerować, bo była szansa, że osiedlimy się w kraju. A o to im wszystkim chodziło.

Narzeczony miał jeszcze inną rodzinę. Czarującą, elegancką, szczodrą. Przepadali za moją siostrą, która płynnie mówiła po hebrajska i w rok odrobiła lekcje za dziadków, mamę i siebie. Ja z nimi czułam się jeszcze podlej niż u cioci Esterki. Wiedziałam, że nigdy nie sprostam ich ideałom. Że matka miała rację. Że żadna ze mnie Żydówka.

Tekst ukazał się w dzienniku „Haaretz”.
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 05.05.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.94680 Seconds