|
Od strajku w Stoczni Gdańskiej minęło zaledwie trzydzieści lat. Ocena
tamtych wydarzeń wciąż jest przedmiotem politycznego sporu. Tym bardziej,
że duża część ich uczestników pozostaje aktywnymi postaciami życia
publicznego.
O skali emocji, jakie towarzyszą ocenie społecznych
protestów sprzed trzech dekad i ich konsekwencji, może świadczyć
dyskusja, którą na łamach dolnośląskiej „Gazety Wyborczej” wywołał Jarosław Klebaniuk,
psycholog społeczny z Uniwersytetu Wrocławskiego. Jego tezy mówiące, że
strajki w Sierpniu miały przede wszystkim ekonomiczne przesłanki, a
zrodzona w 1980 roku wspólnota przetrwała dość krótko, wywołały ostry
sprzeciw dawnych działaczy opozycji. Według Józefa Piniora to właśnie Sierpień ’80 ufundował dzisiejszą wspólnotę obywatelską, która szczególnie mocno ujawniła się na początku lat 90.
Najobszerniej z tezami psychologa polemizuje Mirosław Maciorowski,
wicenaczelny lokalnego dodatku „Gazety”. Stwierdza, że Klebaniuk nie
podpiera się żadnymi wynikami badań, więc nie jest naukowcem, tylko
„lewicowcem” - i wygaduje bzdury. Dla Maciorowskiego dowodem na
przetrwanie wspólnoty
zrodzonej w Sierpniu ’80 są wyniki wyborów do Sejmu kontraktowego oraz
powstanie społeczeństwa obywatelskiego w III RP. Problem jednak w tym,
że frekwencja wyborcza 4 czerwca 1989 roku wyniosła zaledwie 62 proc. i
była zaskakująco niska jak na tak przełomowe wydarzenie.
Wyniki czerwcowych wyborów świadczyły po prostu o delegitymizacji obozu
władzy. Słabość społeczeństwa obywatelskiego (rozumianego szerzej niż
sprofesjonalizowane organizacje pozarządowe) jest przez
wielu badaczy uważana za jedną z charakterystycznych cech polskiej
transformacji.
Opinie Klebaniuka potwierdzają też relacje dawnych działaczy
„Solidarności”, np. Karola Modzelewskiego. Ten wybitny przedstawiciel
opozycji demokratycznej, pomysłodawca nazwy związku i jego pierwszy
rzecznik prasowy tak w 2009 roku na łamach „Przeglądu” opisywał
atmosferę końca lat 80.: „Tysiąc, może dwa tysiące czynnych aktywistów w
podziemiu? Jakieś kanapy inteligenckie skupione wokół Wałęsy, garść
historycznych przywódców „Solidarności”? Jak przyszły dwie fale
strajków, to się okazało, że te strajki robią bardzo młodzi ludzie,
którzy nie mają wiele wspólnego ani z „Solidarnością” z lat 1980-1981,
ponieważ wtedy chodzili do szkoły, ani z „Solidarnością” podziemną, bo
do niej nie należeli”.
Dlaczego więc robotnicy w 1988 roku nawiązywali do „Solidarności”? „Bo
mit przeżył. Ruch masowy został zmiażdżony [przez represje stanu
wojennego – przyp. M.S.], struktury podziemne były wątlutkie i nie
miały już zakorzenienia w środowisku masowym, w fabrykach, ale mit
przeżył. I strajkujący, żeby kraj ich zrozumiał i poparł, musieli wołać
nie tylko o podwyżkę, ale i o „solidarność” dla wszystkich.
Depozytariuszami tego mitu byli Wałęsa i skupieni wokół niego działacze
dawnej „Solidarności”. Czyli, siłą rzeczy, rozbitkowie w wojskowych
mundurach musieli się dogadać z rozbitkami w historycznej szacie
solidarnościowych przywódców. I tak doszło do Okrągłego Stołu” – stwierdza Modzelewski.
Warto też tu przywołać wyniki badań Klausa Bachmanna, który odwołuje się do sondaży opinii publicznej przeprowadzonych w
Polsce w latach 80. Jasno z nich wynika, że dla większości Polaków postulaty materialne były istotniejsze niż polityczne, a niechęc do angażowania się w sprawy publiczne bardzo silna. Ciekawe, czy w związku z tym Maciorowski również Bachamanna uzna za
„lewicowca”, który wygłasza „nienaukowe” opinie?
Sierpień ’80 jest mitem, który można interpretować na różne sposoby. Dla
konserwatysty pierwsza „Solidarność” była patriotycznym i niepodległościowym zrywem. Dla liberała przede wszystkim
obywatelskim ruchem na rzecz praw człowieka. Dla ludzi lewicy
natomiast – masowym ruchem pracowniczym. Wszystkie te trzy narracje są uprawnione. Na tym właśnie polegał fenomen Sierpnia ’80.
Dla
mnie najważniejsza jest ta trzecia opowieść o
„Solidarności”, mówiąca o samoorganizacji pracowników. Wyrasta ona z
przyjętego na pierwszym zjeździe związku programu „Samorządna Rzeczpospolita” (konsekwentnie przemilczanego przy okazji kolejnych
rocznic), który był wielkim manifestem wolnościowego, demokratycznego i
oddolnego socjalizmu. Przyjęty w grudniu 1989 roku kierunek przemian
gospodarczych z tzw. terapią szokową na pewno nie wyrastał z aspiracji i
dążeń robotników strajkujących dekadę wcześniej. Prof. Modzelewski już
po zmianie ustrojowej powiedział: „Za kapitalizm nie siedziałbym nie
tylko 8,5 roku, ale nawet miesiąca, tygodnia. Nie warto”.
Wybierając
jedną z opowieści – niepodległościową, liberalną lub lewicową – o
Sierpniu ’80, wybieramy także ocenę tego, co wydarzyło się później. To
może nas dzielić. I nie ma w tym nic złego. Powinno nas jednak łączyć
przekonanie, że wydarzenia sprzed trzydziestu lat były ważną i pozytywną
kartą naszej historii.
Jest to pełna wersja tekstu, który ukazał się we wrocławskim dodatku do „Gazety Wyborczej” z 4-5 września 2010 roku.
Na podobny temat
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...