|
1. Na początku 2008 roku przeżyłem w Danii nieprzyjemną przygodę. Jeden z kopenhaskich tygodników kulturalnych poprosił mnie o wywiad o Marcu’68 roku. W trakcie rozmowy powiedziałem, że uważam za zło to, iż pewne duńskie partie (i obsługujące je media) wywołują niechęć do mieszkających w Danii muzułmanów. I uważam za zło, że „białe wojska”, a wśród nich Polacy i Duńczycy, najechały Irak i Afganistan, chociaż ich mieszkańcy nie uczynili nam nic złego. Moim zdaniem, dodałem, właśnie taki jest aktualny morał Marca 68, który był pokojowym protestem przeciwko przemocy. Redaktor nie chciał tego zamieścić. W ciągu kilku następnych dni telefonicznie i za pomocą maili próbowałem go do tego przekonać. W końcu zgodził się, ale gdy artykuł został wydrukowany, znalazłem w nim całą rozmowę… oprócz tej uwagi. A przecież już dawno nikt nie wierzy, że śmierć dzieci, kobiet i mężczyzn lub śmierć naszych żołnierzy zaowocuje budową demokracji w tych krajach. Przeciwnie, przez wiele dekad oba państwa będą lizały rany: okaże się, że w każdym domu ktoś został zabity, zraniony, zgwałcony, ktoś zwariował (według ocen psychologów ponad połowa Afgańczyków, a wśród nich szczególnie dzieci, cierpi na choroby umysłowe w wyniku trwających od 30 lat brutalnych przewrotów i wojen), ktoś inny uciekł… Ukażą się także powieści, wiersze i filmy opowiadające o okrutnych białych, którzy pewni swojej racji i wyższości napadli na ich kraj, aby pomścić atak na USA. Czy rzeczywiście o to nam, Europejczykom, chodzi? Niedawno kopenhaska stacja telewizyjna pokazała film dokumentarny o duńskiej jednostce, umieszczonej w bazie Armadillo w Afganistanie. Zapamiętałem scenę, gdy do obozu przychodzi afgańska wieśniaczka, aby poskarżyć się, że rakiety Duńczyków, chociaż wystrzelone w stronę talibów, całkowicie zniszczyły jej dom, zabiły babcię i wnuczkę. Duńscy oficerowie wyjmują pieniądze i dyskutują, ile kosztować powinno zabójstwo starej kobiety i małej dziewczynki. Nikt, oczywiście, nie pyta, czy obce armie mają prawo mordować starców i dzieci.To ostatnie zdanie jest ważne. Bo wojna, chociaż rzekomo prowadzona „w obronie demokracji”, w istocie ogranicza także demokrację kraju agresora. Powstaje sytuacja swoistego terroru psychologicznego, która po pierwsze radykalnie ogranicza reakcje obywateli, wymusza milczenie większości. Zaś aktywne myślenie polityczne nielicznych redukuje do dwóch tylko postaw: za i przeciw wojnie, aby natychmiast zrugać przeciwników za to, że „stają po stronie wroga”, że „przeciwdziałają interesom państwa”. Wojna zatem, jak widać, zabija realnych ludzi na froncie i – zarazem – zabija wolność naszego myślenia, zabija demokrację, popycha nas ku przedsionkowi totalitaryzmu.
2. W twarzach mojego wnuka i wnuczki widzę także oczy dzieci Afganistanu. Widzę również oczy ich zatroskanych dziadków. Dlaczego mam zapomnieć o nich i cieszyć się z kul i bomb, zabijających ludzi? 3. Próbowałem mówić i pisać o tym w Polsce. 19 października 2009 roku, w czasie dyskusji w Nowym Teatrze nad (A)pollonią Warlikowskiego, tak zacząłem moją wypowiedź: „Chcę opowiedzieć, dlaczego (A)pollonia, o której rozmawiamy, gdy na świecie toczą się kolejne wojny, jest warta naszej uwagi. Zapewne dlatego, że także wy uczestniczycie w tych krwawych wojnach, ale udajecie, że nie dzieje się nic niezwykłego, że nic nie powinno wytrącić was z równowagi, odebrać apetytu, zakłócić snu. Jesteście przekonani, że nikt z was za to nie odpowiada. Nikt z was nie jest winny.” W trakcie dyskusji opowiedziałem o mojej przygodzie z duńskim tygodnikiem, podkreślając, że podobnie reagują Duńczycy. Odniosłem wrażenie, że temat niezbyt interesuje słuchaczy. Posłałem zatem tekst mojego wystąpienia do Przeglądu Politycznego, pisma z którym jestem związany od połowy lat 90. Redaktor naczelny, Wojciech Duda, odmówił opublikowania wystąpienia, twierdząc, że zapis debaty jest na linku Nowego Teatru i każdy może go obejrzeć, nie ma zatem powodu, aby pojawił się w druku. Na szczęście Czas Kultury był innego zdania, zamieścił tekst w nr 2 z 2010 roku i chwała mu za to. Za kolejnym pobytem w Polsce dowiedziałem się, przypadkowo zresztą, że red. Duda jest jednocześnie zaufanym urzędnikiem w kancelarii premiera, a nawet, jak stwierdził mój rozmówca, jego osobistym spindoktorem. „Oni strasznie boją się tematu wojny, dodał, boją się odpowiedzialności”.
Pod koniec 2010 roku ponownie poruszyłem temat wojny w zamówionym przez Dudę omówieniu Historii myśli politycznej Leo Straussa i Josepha Cropseya. Napisałem tam: „W krajach, które znam najlepiej, w Danii i w Polsce, zabijanie ludzi podczas ‘wojny z terroryzmem’ stało się czymś powszechnie aprobowanym. W Danii w wyniku porozumienia między koalicją rządzącą i opozycją prawie nie istnieje dyskusja na ten temat, mimo coraz większych strat wśród żołnierzy wysyłanych na daleki front. W Polsce nawet owego „prawie” nie widać: rząd, kościół katolicki i jego kapelani wojskowi, żegnający znakiem krzyża walczących żołnierzy a także opozycja uważają zabijanie za coś oczywistego. Jakby to było prawo natury (dotyczące, rzecz jasna, innych i daleko od nas mieszkających). Czy rzeczywiście zabijanie zgodne jest z prawem natury? Czy dawni i nowi filozofowie polityczni też aprobowali wojny tak jawnie i otwarcie jak my?”
Duda odrzucił omówienie, tłumacząc w mailu, że „właściwie interesuje go coś innego i o czym innym”, itp. itd. Zrozumiałem wówczas, że mój przypadkowy rozmówca miał rację. Odpowiedziałem zatem Dudzie (cytuję w całości): „Wojtku, nie potrzebujesz rzeczy owijać w bawełnę: razi cię krytyka rządu w moim tekście o Straussie. Dajesz mi masę rad. Ja dam ci tylko jedną radę: nie można być zaufanym urzędnikiem premiera i jednocześnie redaktorem «krytycznego», jak go nazywasz w internetowej prezentacji, pisma. W demokracji krytyka oznacza bowiem przede wszystkim krytykę rządu. Zatem powinieneś nazwać «Przegląd Polityczny» organem rządowym. Wtedy wszystko będzie jasne.” Tak zakończyła się ponad 15-letnia współpraca z pismem, które przez długi czas szanowałem za obiektywizm i odwagę.Oczywiście, czasami, chociaż zbyt rzadko, pojawiają się w polskich gazetach informacje o wojnach, w których biorą udział Polacy. Ale nie czytałem dotąd artykułu, który zadałby dwa, złączone ze sobą pytania:
1. czy ta wojna jest słuszna?
oraz
2. jak wygląda sprawa odpowiedzialności polskich polityków za nią – od tych, którzy posłali pierwsze oddziały, aż po Kaczyńskich, Tuska i Komorowskiego?
*Bronisław Świderski – pisarz, eseista, tłumacz. Od 1970 roku mieszka w Danii. Przez lata był pracownikiem naukowym kopenhaskiego Centrum Badawczego Sørena Kierkegaarda. Opublikował m.in. powieści Autobiografie, Słowa obcego, Asystent śmierci. Powieść o karykaturach Mahometa, o miłości i nienawiści w Europie, a także książkę Gdańsk i Ateny, opisującą doświadczenie „Solidarności”.
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...