|
1. Wśród wielu artykułów o niedawnej zbrodni w Oslo szczególnie interesujący jest tekst norweskiego pisarza Jo Nesbø, opublikowany 27 lipca w „New York Timesie” i „Guardianie”. W Polsce można go znaleźć w „Gazecie Wyborczej” pod tytułem Mojego kraju już nie ma. Norweski pisarz twierdzi tam, że jego kraj w wyniku zbrodni popełnionej 22 lipca „stracił niewinność”. Przedtem Norwegowie, a wśród nich autor eseju, „nie czuli lęku przed drugim człowiekiem”, a ich życie było „nieskalane chorobami cywilizacji”. Ilustruje to przekonanie opisem czerwcowej wycieczki rowerowej w towarzystwie Jensa Stoltenberga, norweskiego premiera, który tak godnie zachował się w obliczu lipcowego terroru. Ich ochrona także jechała na rowerach. W pewnej chwili z samochodu, który zatrzymał się przed czerwonym światłem, wychylił się zupełnie obcy mężczyzna i zawołał: hej, Jens, mój syn chciałby cię poznać. Premier przywitał się z chłopczykiem. Właśnie „to uważaliśmy za normalne”, pisze norweski pisarz. Ale ta idylliczna scena już się nie powtórzy, bowiem 22 lipca norweski morderca z zimną krwią zamordował swoich „braci i siostry”. Jak pisze Nesbø: „nie ma już żadnej drogi powrotu do tego, co było”.
Jego tekst nie odbiega zatem od powszechnego żalu Norwegów nad utraconą sielanką. Coś innego mnie w nim zainteresowało – fakt, że napisał go uznany autor kryminałów, przez wielu uważany za „geniusza norweskiej powieści kryminalnej”, twórca bardzo popularnego także w Danii cyklu powieściowego o norweskim policjancie Harrym Hole’u. Mamy bowiem do czynienia z prawdziwym paradoksem: autor kryminałów nie wierzy w zło, choć sam je opisuje!
Dopiero teraz, po wstrząsającej zbrodni powie: tak, zło jest wśród nas. Do czego zatem służyły Norwegom (i Szwedom, i Duńczykom) jego kryminały? Prawdpodobnie jedynie do przyjemnej lektury, gwarantującej dobry sen. Wszak były to jedynie powieści, czyli fikcja… Zresztą nawet w tekście pisanym już po ujawnieniu zbrodni Nesbø ani razu nie wymienia nazwiska złoczyńcy, jakby nadal on, autor kryminałów, nie chciał skalać się dotknięciem zła. Konsekwentnie nazywa zbrodnię „zamachem z 22 lipca”. Jakby wciąż, mimo wszystko, można było oddzielić zło od dobra i ocalić „czysty” obszar norweskiego życia i literatury… Jakby nieświadomie chciał ponownie wskrzesić norweską idyllę.
Paradoks, który uosabia Nesbø, dzieliło z nim wielu Norwegów, może nawet większość społeczeństwa. Także elity polityczne, policja i wywiad, które były przekonane, że żaden Norweg, choćby głosił skrajne poglądy, nie zaatakuje swoich „braci i sióstr”. To przecież stwierdził opublikowany kilka miesięcy temu raport norweskiego wywiadu: „w roku 2011 Norwegii nie grozi niebezpieczeństwo ze strony prawicowych ekstremistów”. To paradoksalne przekonanie, że Norwegia jest odmienna od innych krajów, że tutaj zło jest nieobecne, z pewnością ułatwiło przygotowanie i realizację zbrodniczego planu Breivika.
2. Norwegia, powiada dalej Nesbø, aż do lat 70. XX wieku składała się z ludzi „o takim samym pochodzeniu etnicznym i wywodzących się z tej samej kultury”. Później zaczęli napływać „obcy”, a wśród nich muzułmanie. W latach 80. byłem kilka razy w Norwegii na kongresach slawistycznych. Tak jak w Danii zanikała wtedy w Oslo alternatywna kultura hippisów, którzy wcześniej drażnili mieszczuchów długimi włosami, dziurami w dżinsach i antykapitalistycznymi sloganami. Coraz silniejszy stawał się nacisk, aby „ludzie przypominali siebie”. Lata 80. i 90. cechuje postępująca w całej Skandynawii centralizacja władzy państwowej, tworzenie narodowych kanonów literackich, muzycznych i dzieł sztuki, starannie odróżniających to, co „własne”, od tego, co obce. Rządzące partie polityczne próbują stworzyć jedną, narodową odpowiedź na wyzwania przychodzące z zewnątrz: ze strony Wspólnoty a później Unii Europejskiej, od emigrantów napływających z egzotycznych krajów a przede wszystkim ze strony nowych, nieznanych idei, które nie są już „norweskie” ani nawet „skandynawskie”, ale „globalne”… Skłoniło to wielu „podobnie wyglądajacych i myślących” ludzi do odrzucenia wszystkiego, co „wyglądało inaczej”. Tradycja, czyli to, co od dawna znane, stała się nieledwie dogmatem. To, co nowe obudziło strach. W potocznym odbiorze muzułmanin oznaczał zło.
Ilu z nas wie, że 22 lipca, obserwując wybuch bomby w centrum Oslo albo nawet słysząc o nim, znajdujący się na ulicy Norwegowie zaczęli atakować muzułmanów, a raczej tych wszystkich, których skóra miała ciemny odcień – jeszcze zanim stwierdzono, kto był winny tej zbrodni. Przeczytałem o tym 31 lipca w norweskiej gazecie VG (Verdens Gang). Opowiada ona, jak opanowani zazwyczaj Norwegowie ze wściekłością krzyczeli „mordercy!” i „terrorystyczne świnie!” nie tylko na muzułmanów ale i na Hindusów… Zresztą, co się dziwić, skoro w tym samym czasie podejmą to oskarżenie rozmaici eksperci telewizyjni w wielu krajach, Polski nie wyłączając. Breivik nie był zatem zaprzeczeniem lub wrogiem dominującej postawy, chociaż tak sądzimy, uznając go za jedynego sprawcę zła. W istocie zabijając swoich reprezentował on – i to jest drugi paradoks – tak powszechną wśród Norwegów niechęć do „obcych”. Chciał bowiem doprowadzić do końca narodową „samoobronę przed wielokulturalizmem”. Uznał, że ani rządzący socjaldemokraci, ani armia nie potrafią zrealizować tego zadania, i nie są w stanie oczyścić kraju z „wrogich elementów”. Nazwał ich zatem zdrajcami i sam postanowił podjąć się tego zadania. I zaczął od likwidacji „zdrajców”.
3. Czy demokracja naprawdę wymaga nieograniczonej wolności słowa, jak głoszą przywołani w manifeście Breivika duńscy nacjonaliści, obrońcy słynnych karykatur Mahometa? Zazwyczaj demokracje przedstawiają siebie jako systemy zbudowane na wymianie argumentów i na kończących ten dialog parlamentarnych lub lokalnych wyborach, które jednym partiom dają władzę, a inne kierują ku ławom opozycji. Nadal tak myślimy, mimo że obecne demokracje Zachodu – a jest wśród nich i Norwegia – są czynnie zaangażowane w odległe wojny. To także paradoksalna sytuacja: w krajowych dyskusjach chwalimy działania militarne „naszych chłopców” i zabijanie przez nich „naszych wrogów” gdzieś tam daleko od nas, a jednocześnie potępiamy używanie broni wewnątrz kraju, twierdząc, że „u nas” nie ma wrogów, bo zamieszkują go „nasi bracia i siostry”, tak bardzo podobni do nas i tak samo myślący, z którymi zawsze możemy się dogadać. Właśnie ten paradoks został odrzucony przez norweskiego mordercę. Swoim przegadanym, w wielu miejscach infantylnie agresywnym manifestem udowodnił, że słowo i obraz wcale nie są antynomią czynu. Że nie da się utrzymać naiwnego przekonania współczesnych polityków, iż w demokracji można mówić, co ślina na język przyniesie, bowiem „od słowa do czynu daleko”. U Breivika słowo splata się z czynem, co zresztą nie powinno dziwić.
Już dawno temu Roman Jakobson wydzielił polecenia i rozkazy (czyli wokatywy) jako specyficzne części mowy. Wiemy także, iż słowo polityczne jest silnie performatywne, co często za Austinem określa się jako słowo-czyn (speech act). Zatem wezwanie do prześladowania obcych, obrażanie ich za pomocą słów i karykatur jest, po prostu, działaniem. Nieodwracalnym czynem, który czasami przynosi śmierć. Prawicowi, nacjonalistyczni politycy i publicyści Zachodu wciąż nie chcą tego zrozumieć.
***
O, wzdychają Norwegowie (i Duńczycy) na wielu forach internetowych: lepiej byłoby, gdyby Breivik nosił inne, nie tak bardzo norweskie nazwisko! O, gdyby to był ktoś z zewnątrz… A przynajmniej gdyby nie działał on tak racjonalnie i logicznie, popełniając straszną zbrodnię. Wówczas można by go było uznać za odosobniony wypadek szaleństwa, który już nigdy się nie powtórzy. Specjalna komisja lekarska ma orzec do końca roku, czy Breivik był poczytalny w chwili zbrodni, a zatem, czy można go sądzić, czy raczej należy zamknąć w zakładzie psychiatrycznym. Jak wypadnie ocena? Nie tylko z książek Michela Foucaulta wiemy, że fenomen i ocena szaleństwa są ściśle związane z kulturą i polityką. Jak stan psychiczny Breivika ocenią zatrudnieni przez państwo eksperci?
Czy Norwegowie będą mieli dość odwagi, by otworzyć drzwi sądu tak szeroko, aby wszyscy mieszkańcy tego kraju a także my, odlegli choć równie przerażeni obserwatorzy tej zbrodni, mogli dowiedzieć się, czy zło jest częścią Norwegii? I jak zło łączy się z demokracją? Czy wystarczy im odwagi, aby zaakceptować odrzucane dotąd zdanie, że także demokratyczna Norwegia ma swoją czarną, brzydką stronę?
Uważnie obserwujmy, czy nie zwycięży z czasem pokusa, aby zamknąć sprawę stwierdzeniem, że był to odosobniony i tak nietypowy w Norwegii wypadek obłędu. Pozwoliłoby to ocalić sielankowy obraz kraju. Umożliwiłoby to powolny powrót do dawnych przekonań o idylliczności i bezgrzeszności jego mieszkańców. I może za kilka miesięcy znowu powiemy sobie: mieszkając w skandynawskiej demokracji jesteśmy całkowicie bezpieczni, przebywamy bowiem daleko od świata zła, zaś książki mówiące o zbrodniach to zwykłe kryminały, które są przecież literacką fikcją?
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...