NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Świderski: Trzy paradoksy Breivika Drukuj
Bronisław Świderski   
02.08.2011

1. Wśród wielu artykułów o niedawnej zbrodni w Oslo szczególnie interesujący jest tekst norweskiego pisarza Jo Nesbø, opublikowany 27 lipca w „New York Timesie” i „Guardianie”. W Polsce można go znaleźć w „Gazecie Wyborczej” pod tytułem Mojego kraju już nie ma. Norweski pisarz twierdzi tam, że jego kraj w wyniku zbrodni popełnionej 22 lipca „stracił niewinność”. Przedtem Norwegowie, a wśród nich autor eseju, „nie czuli lęku przed drugim człowiekiem”, a ich życie było „nieskalane chorobami cywilizacji”. Ilustruje to przekonanie opisem czerwcowej wycieczki rowerowej w towarzystwie Jensa Stoltenberga, norweskiego premiera, który tak godnie zachował się w obliczu lipcowego terroru. Ich ochrona także jechała na rowerach. W pewnej chwili z samochodu, który zatrzymał się przed czerwonym światłem, wychylił się zupełnie obcy mężczyzna i zawołał: hej, Jens, mój syn chciałby cię poznać. Premier przywitał się z chłopczykiem. Właśnie „to uważaliśmy za normalne”, pisze norweski pisarz. Ale ta idylliczna scena już się nie powtórzy, bowiem 22 lipca norweski morderca z zimną krwią zamordował swoich „braci i siostry”. Jak pisze Nesbø: „nie ma już żadnej drogi powrotu do tego, co było”.


Jego tekst nie odbiega zatem od powszechnego żalu Norwegów nad utraconą sielanką. Coś innego mnie w nim zainteresowało – fakt, że napisał go uznany autor kryminałów, przez wielu uważany za „geniusza norweskiej powieści kryminalnej”, twórca bardzo popularnego także w Danii cyklu powieściowego o norweskim policjancie Harrym Hole’u. Mamy bowiem do czynienia z prawdziwym paradoksem: autor kryminałów nie wierzy w zło, choć sam je opisuje!


Dopiero teraz, po wstrząsającej zbrodni powie: tak, zło jest wśród nas. Do czego zatem służyły Norwegom (i Szwedom, i Duńczykom) jego kryminały? Prawdpodobnie jedynie do przyjemnej lektury, gwarantującej dobry sen. Wszak były to jedynie powieści, czyli fikcja… Zresztą nawet w tekście pisanym już po ujawnieniu zbrodni Nesbø ani razu nie wymienia nazwiska złoczyńcy, jakby nadal on, autor kryminałów, nie chciał skalać się dotknięciem zła. Konsekwentnie  nazywa zbrodnię „zamachem z 22 lipca”. Jakby wciąż, mimo wszystko, można było oddzielić zło od dobra i ocalić „czysty” obszar norweskiego życia i literatury… Jakby nieświadomie chciał ponownie wskrzesić norweską idyllę. 


Paradoks, który uosabia Nesbø, dzieliło z nim wielu Norwegów, może nawet większość społeczeństwa. Także elity polityczne, policja i wywiad, które były przekonane, że żaden Norweg, choćby głosił skrajne poglądy, nie zaatakuje swoich „braci i sióstr”. To przecież stwierdził opublikowany kilka miesięcy temu raport norweskiego wywiadu: „w roku 2011 Norwegii nie grozi niebezpieczeństwo ze strony prawicowych ekstremistów”. To paradoksalne przekonanie, że Norwegia jest odmienna od innych krajów, że tutaj zło jest nieobecne, z pewnością ułatwiło przygotowanie i realizację zbrodniczego planu Breivika.


2. Norwegia, powiada dalej Nesbø, aż do lat 70. XX wieku składała się z  ludzi „o takim samym pochodzeniu etnicznym i wywodzących się z tej samej kultury”. Później zaczęli napływać „obcy”, a wśród nich muzułmanie. W latach 80. byłem kilka razy w Norwegii na kongresach slawistycznych. Tak jak w Danii zanikała wtedy w Oslo alternatywna kultura hippisów, którzy wcześniej drażnili mieszczuchów długimi włosami, dziurami w dżinsach i antykapitalistycznymi sloganami. Coraz silniejszy stawał się nacisk, aby „ludzie przypominali siebie”. Lata 80. i 90. cechuje postępująca w całej Skandynawii centralizacja władzy państwowej, tworzenie narodowych kanonów literackich, muzycznych i dzieł sztuki, starannie odróżniających to, co „własne”, od tego, co obce. Rządzące partie polityczne próbują stworzyć jedną, narodową odpowiedź na wyzwania przychodzące z zewnątrz: ze strony Wspólnoty a później Unii Europejskiej, od emigrantów napływających z egzotycznych krajów a przede wszystkim ze strony nowych, nieznanych idei, które nie są już „norweskie” ani nawet „skandynawskie”, ale „globalne”… Skłoniło to wielu „podobnie wyglądajacych i myślących” ludzi do odrzucenia wszystkiego, co „wyglądało inaczej”. Tradycja, czyli to, co od dawna znane, stała się nieledwie dogmatem. To, co nowe obudziło strach. W potocznym odbiorze muzułmanin oznaczał zło.


Ilu z nas wie, że 22 lipca, obserwując wybuch bomby w centrum Oslo albo nawet słysząc o nim, znajdujący się na ulicy Norwegowie zaczęli atakować muzułmanów, a raczej tych wszystkich, których skóra miała ciemny odcień – jeszcze zanim stwierdzono, kto był winny tej zbrodni. Przeczytałem o tym 31 lipca w norweskiej gazecie VG (Verdens Gang). Opowiada ona, jak opanowani zazwyczaj Norwegowie ze wściekłością krzyczeli „mordercy!” i „terrorystyczne świnie!” nie tylko na muzułmanów ale i na Hindusów… Zresztą, co się dziwić, skoro w tym samym czasie podejmą to oskarżenie rozmaici eksperci telewizyjni w wielu krajach, Polski nie wyłączając. Breivik nie był zatem zaprzeczeniem lub wrogiem dominującej postawy, chociaż tak sądzimy, uznając go za jedynego sprawcę zła. W istocie zabijając swoich reprezentował on – i to jest drugi paradoks – tak powszechną wśród Norwegów niechęć do „obcych”. Chciał bowiem doprowadzić do końca narodową „samoobronę przed wielokulturalizmem”. Uznał, że ani rządzący socjaldemokraci, ani armia nie potrafią zrealizować tego zadania, i nie są w stanie oczyścić kraju z „wrogich elementów”. Nazwał ich zatem zdrajcami i sam postanowił podjąć się tego zadania. I zaczął od likwidacji „zdrajców”.


3. Czy demokracja naprawdę wymaga nieograniczonej wolności słowa, jak głoszą przywołani w manifeście Breivika duńscy nacjonaliści, obrońcy słynnych karykatur Mahometa? Zazwyczaj demokracje przedstawiają siebie jako systemy zbudowane na wymianie argumentów i na kończących ten dialog parlamentarnych lub lokalnych wyborach, które jednym partiom dają władzę, a inne kierują ku ławom opozycji. Nadal tak myślimy, mimo że obecne demokracje Zachodu – a jest wśród nich i Norwegia – są czynnie zaangażowane w odległe wojny. To także paradoksalna sytuacja: w krajowych dyskusjach chwalimy działania militarne „naszych chłopców” i zabijanie przez nich „naszych wrogów” gdzieś tam daleko od nas, a jednocześnie potępiamy używanie broni wewnątrz kraju, twierdząc, że „u nas” nie ma wrogów, bo zamieszkują go „nasi bracia i siostry”, tak bardzo podobni do nas i tak samo myślący, z którymi zawsze możemy się dogadać. Właśnie ten paradoks został odrzucony przez norweskiego mordercę. Swoim przegadanym, w wielu miejscach infantylnie agresywnym manifestem udowodnił, że słowo i obraz wcale nie są antynomią czynu. Że nie da się utrzymać naiwnego przekonania współczesnych polityków, iż w demokracji można mówić, co ślina na język przyniesie, bowiem „od słowa do czynu daleko”. U Breivika słowo splata się z czynem, co zresztą nie powinno dziwić.


Już dawno temu Roman Jakobson wydzielił polecenia i rozkazy (czyli wokatywy) jako specyficzne części mowy. Wiemy także, iż słowo polityczne jest silnie performatywne, co często za Austinem określa się jako słowo-czyn (speech act). Zatem wezwanie do prześladowania obcych, obrażanie ich za pomocą słów i karykatur jest, po prostu, działaniem. Nieodwracalnym czynem, który czasami przynosi śmierć. Prawicowi, nacjonalistyczni politycy i publicyści Zachodu wciąż nie chcą tego zrozumieć.

  

***

  

O, wzdychają Norwegowie (i Duńczycy) na wielu forach internetowych: lepiej byłoby, gdyby Breivik nosił inne, nie tak bardzo norweskie nazwisko! O, gdyby to był ktoś z zewnątrz… A przynajmniej gdyby nie działał on tak racjonalnie i logicznie, popełniając straszną zbrodnię. Wówczas można by go było uznać za odosobniony wypadek szaleństwa, który już nigdy się nie powtórzy. Specjalna komisja lekarska ma orzec do końca roku, czy Breivik był poczytalny w chwili zbrodni, a zatem, czy można go sądzić, czy raczej należy zamknąć w zakładzie psychiatrycznym. Jak wypadnie ocena? Nie tylko z książek Michela Foucaulta wiemy, że fenomen i ocena szaleństwa są ściśle związane z kulturą i polityką. Jak stan psychiczny Breivika ocenią zatrudnieni przez państwo eksperci?


Czy Norwegowie będą mieli dość odwagi, by otworzyć drzwi sądu tak szeroko, aby wszyscy mieszkańcy tego kraju a także my, odlegli choć równie przerażeni obserwatorzy tej zbrodni, mogli dowiedzieć się, czy zło jest częścią Norwegii? I jak zło łączy się z demokracją? Czy wystarczy im odwagi, aby zaakceptować odrzucane dotąd zdanie, że także demokratyczna Norwegia ma swoją czarną, brzydką stronę?


Uważnie obserwujmy, czy nie zwycięży z czasem pokusa, aby zamknąć sprawę stwierdzeniem, że był to odosobniony i tak nietypowy w Norwegii wypadek obłędu. Pozwoliłoby to ocalić sielankowy obraz kraju. Umożliwiłoby to powolny powrót do dawnych przekonań o idylliczności i bezgrzeszności jego mieszkańców. I może za kilka miesięcy znowu powiemy sobie: mieszkając w skandynawskiej demokracji jesteśmy całkowicie bezpieczni, przebywamy bowiem daleko od świata zła, zaś książki mówiące o zbrodniach to zwykłe kryminały, które są przecież literacką fikcją?

  

  

Komentarze
Dodaj nowy
Roger  - utrata   |02.08.2011 21:35:58
Norwegia utraciła niewinność gdy przyznała pokojową nagrodę Nobla Obamie.
Śleper  - Trochę faktów by się przydało   |02.08.2011 23:17:44
Czy nie spotkałeś się nigdy z drażniącymi przedstawieniami( tu formy pisane,
malowane, filmowe i jakie tam jeszcze chcesz)chrześcijańskiego boga? To prawda,
wierny może czuć oburzenie i wściekłość na takie publikacje, ale chyba nie
chcesz powiedzieć, że jest prześladowany. Gdyby jakiś duchowny wygłaszał podobne
mowy jakie można usłyszeć w europejskich meczetach, jestem pewien reakcji
odpowiednich służb. Nie napisałem, że te mowy wygłaszałby ksiądz gdzieś w kraju
muzułmańskim (tam nie dożyłby zmierzchu), tylko w np. w Belgi.
Imigranci mają
pełne prawo do zachowania swojej kultury, ale mają obowiązek przestrzegania
prawa kraju, w którym się osiedlili. Fakty natomiast są takie, że najczęściej są
obywatelami drugiej kategorii i takie też mają podejście do prawa ( drugiej
kategorii).
Smith  - Jakobson i Austin, please   |02.08.2011 23:59:43
@"Już dawno temu Roman Jakobson wydzielił polecenia i rozkazy (czyli
wokatywy) jako specyficzne części mowy."
Jakobson rozwinął wydzielone przez
Karla Bühlera funkcje języka, przy okazji mieszając je nieświadomie z funkcjami
mowy. Stawiał bym raczej na konatywy od jego funkcji konatywnej, natomiast
Austin i Searl zakwalifikowali polecenia i rozkazy do dyrektyw.
@"Wiemy
także, iż słowo polityczne jest silnie performatywne, co często za Austinem
określa się jako słowo-czyn (speech act)."
Speech act to po polsku akt mowy,
a performatywy w odróżnieniu od konstatacji, to wypowiedzi, których nie można
logicznie zakwalifikować jako prawdziwe lub fałszywe, np.: deklaruję, obiecuję,
zapewniam i takie które powodują zmianę rzeczywistości samym ich wypowiedzeniem
np.: biorę sobie ciebie za żonę, albo: bądź przeklęty, albo: wybaczam
ci.
@"Zatem wezwanie do prześladowania obcych, obrażanie ich za pomocą
słów i karykatur jest, po prostu, działaniem."
Trudno, żeby obrażanie kogoś
zwłaszcza wykonując w tym celu czynności mówienia, pisania i rysowania było
stanem. Chyba obraża kogoś mój stan np. gotowości płciowej.
@"Prawicowi,
nacjonalistyczni politycy i publicyści Zachodu wciąż nie chcą tego zrozumieć.
"
Czytelnik bardzo chce, ale zupełnie nie rozumie po co mieszać Jakobsona i
Austina ze zwykłą ignorancją, tudzież prowokacją, co w teorii aktów mowy
odpowiada zgodności lokucji z ilokucją w wypadku drugim albo nieświadomości
perlokucji w pierwszym i bynajmniej polecenia i rozkazy nie są tu nieodzowne.
osiol  - po co po nazwisku   |03.08.2011 00:46:35
niestety w kp coraz wiecej "produkcji" dziennikarskiej.
autor dlatego ze
mieszka w danii wie wiecej o norwegii? bo byl woslo kilka razy?
nazwiska
zamachowca raczej sie nie wymienia poza szmatlawcem vg, bo o wymienianie i slawe
wlasnie mu chodzilo, z tymi atakami na imigrantow to typowa dziennikarska kaczka
zreszta puszczona przez korespondentow zagranicznych

przygladam sie temu
polskiemu rozstrzasaniu 22 lipca z rosnacym niepokojem, to naprawde jest
norweska sprawa a dziennikarze polscy powinni sie bardziej zajac chocby kultura
rodakow na drodze. ile ginie ludzi na polskich drogach w miesiacu? i nie sa
winne temu drogi, gwoli prawdy technicznie sa duzo lepsze od norweskich.
rfix   |03.08.2011 12:39:38
"Zatem wezwanie do prześladowania obcych, obrażanie ich za pomocą słów i
karykatur jest, po prostu, działaniem" na tej samej zasadzie mozna by
zakazac mowienia prawdy np. takiej ze Mahomet byl trybalnym morderca i
pedofilem. rzesza obrazonych i oburzonych byla by wieksza niz po oblikowaniu
kilku karykatur kolesia z bomba na glowie.
btw. speech act to nie zadne
"słowo czyn" tylko "wypowiedzenie" (utterance) - po prostu pewne
fizyczne wydarzenie. wszystko sie Panu pomylilo!
Gra_ce  - siła słowa   |03.08.2011 13:36:56
ilokucja, lokucja, prolokucja, a jak to się ma do artykułu?
Czuje tu argumenty
ad personam okutane przemocą "epistemologiczną". Słowo ma konsekwencje,
które widać przy okazji rzezi tego człowieka w Norwegii, zgadzam się z autorem
tekstu. Wolność słowa, szczytne hasło, ale nie umiemy sobie radzić z jej
wszystkimi konsekwencjami. Zaprowadziła nas owa wolność w wcześniejnie znane
obszary bezradności.
Smith  - ad personam okutane przemocą "epistemologiczną"   |03.08.2011 20:52:56
@"ilokucja, lokucja, prolokucja, a jak to się ma do artykułu?
"
Bliżej niż typologia Jacobsona. W skrócie: lokucja to forma i treść
wypowiedzi, ilokucja to jej zamierzona intencja, a perlokucja to efekt wywołany
przez wypowiedź na odbiorcy.
Z ust polityków i z mas mediów nie płyną rozkazy i
polecenia w stylu zabijajcie imigrantów, tylko wyselekcjonowane informacje,
podawane w odpowiednio dobranym kontekście tak, że w końcu terrorysta stal się
synonimem islamisty, szariat - wywołuje obrazy odrąbanych dłoni i kamienowania
kobiet w burkach, a znaczenie słowa islam idealnie wypełniło lukę po
"imperium zła", które rzekomo miało podbić cały świat i narzucić mu
komunizm.
@"Czuje tu argumenty ad personam okutane przemocą
"epistemologiczną"."
Nie odnoszę się do osoby autora, tym bardziej
bez związku z tematem. A co do okutania to chyba jakaś trauma szkolna, czy jak?

@ "Słowo ma konsekwencje, które widać przy okazji rzezi tego człowieka
w Norwegii"
Żeby nie nudzić truizmami, zacytuję:
anarchista ze Stambulu  - wolnosc slowa podstawa demokracji   |03.08.2011 22:19:52
gwoli przypomnienia: demokracja jest ustrojem, ktory umozliwia dyskutwoanie
WSZELKICH pogladow publicznie. Ma to wartosc inkluzywna, obywatele czuja, ze
przynaleza, dzieki temu ze glosza pewne poglady.
Jesli bedzie inaczej, nie jest
to juz demokracja, a oligarchia badz dyktatura. Trzeba tez przypomniec, ze
przeciez delegalziacja danych pogladow nie zabezpiecza przed dzialaniem w ich
imie. Vide rosyjscy terrorysci-anarchisci, na przyklad. Historia dostarcza wielu
innychprzykladow.
Autor nie stanie twarza w twarz ze soba, niczym Kierkegaard, i
zamiast nawolywac do delgalizacji danego dyskursu, niech nawoluje do zniesienia
demokracji. A bedzie uczciwie.
anarchista ze Stambulu  - speech act   |03.08.2011 22:24:01
przyjelo sie tlumaczyc w polszczyznie jako "akt mowy". Akt jest
podporzadkowany mowie, nie ma rownorzednosci miedzy slowem a czynem, jakby
chcial Autor.
Smith  - CD Żeby nie nudzić truizmami, zacytuję:   |04.08.2011 14:30:02
Wystąpił problem ze znakami. Pusty komentarz.
Gra_ce  - panie Kowalski   |04.08.2011 18:37:18
a teraz ad personam mojej szkolnej rzekomej prywatnej traumy? :-)

pozdrawiam

PS. W istocie, nie lubię używania wiedzy w nazwijmy to
przytłaczający sposób. Marzy mi się by wiedza sprzyjała łagodności i otwierała
na oświecenie a nie była zaprzęgana przez niskie instynkty, których oczywiście
Panu nie przypisuje. To może być takie nieświadome kopiowanie nieco
protekcjonalnego stylu.
Smith  - Też nie lubię przeintelektualizowania   |05.08.2011 21:48:33
Stąd taż moje zdziwienie tą dziwną formą unaukowienia wywodu, bo już sam tytuł
zbioru wykładów Austina "Jak działać słowami" (How to do Things with
Words), jasno i precyzyjnie mówi, że słowo nie jest czynem tylko narzędziem.
Działaniem jest tworzenie wypowiedzi, której intencją jest wywołanie reakcji
odbiorcy. Zgodzę się, że "słowo polityczne jest silnie performatywne"
ale tylko w sensie krasomówczego wodolejstwa, pozbawionego jakiegokolwiek
konkretu, przez co nie można go rozpatrywać w kategoriach logicznych. No i chyba
nikt już nie traktuje poważnie tego, że deklaracje i obietnice polityków mogą
zmienić cokolwiek.
PS. Bez urazy, z tą traumą. Proszę.
MasterZMC  - Tekst   |06.05.2012 23:42:19
Czy ten tekst Świderskiego można znaleźć w wydaniu papierowym "Krytyki
Politycznej"? Jeśli tak, to w którym numerze?
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 02.08.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.16659 Seconds