W kilku tekstach napisanych w 2010 i 2011 roku Zygmunt Bauman zdaje się odrzucać wywiedzione z Oświecenia przekonanie o „rozumnym zachowaniu jednostek”. Powraca, jak sądzę, do pesymizmu tych pisarzy, którzy resentyment do ludzkiego świata wkładali w metafory przeniesione z królestwa zwierząt realnych i mitologicznych. Uczynił tak, na przykład, Jonathan Swift, autor Podróży Guliwera, ale najostrzej wyraził to chyba Hobbes, składając ludzki los, ukształtowany przez przyrodzony nam egoizm, w dłonie potwora Lewiatana, skoro „życie człowieka jest samotne, biedne, bez słońca, zwierzęce i krótkie”. Jednak ów nikczemny człowiek był na tyle rozumny, że dla własnego dobra ograniczył naturalny chaos ciasnymi ramami państwa. Czy także człowiek współczesny potrafi tak dobrze zrozumieć własne braki i skazy?
Bauman proponuje inny termin, aby opisać współczesne społeczeństwo: to „rój”. Słownik języka polskiego łączy go z pszczołami, trzmielami, komarami, muchami, szpakami, meteorami i dopiero na końcu z ludźmi. Czy „rój” jest rezultatem uwiądu wszelkich ludzkich „inżynierii społecznych”? Jaką zatem rozumnością i racjonalnością charakteryzuje się ta nowa nie-struktura społeczna? Sądzę, że najbardziej skondensowaną odpowiedź znajdziemy w dwóch esejach Baumana – w artykule Przyczynek do fenomenologii roju oraz w tekście zatytułowanym Po „Liście otwartym” Sierakowskiego. Nie ma Romulusa! Co z nami będzie?.
W tych tekstach szuka nowej wiedzy. Tradycyjna socjologia skrywa bowiem niewiedzę, a konsekwencją tego stanu rzeczy jest całkowita niemożność opisu społeczeństwa demokratycznego. Odrzucając zatem klasyczne kategorie, a wśród nich pojęcie klasy społecznej, i szukając nowych, bardziej adekwatnych pojęć, zaczyna Bauman od krytyki socjologii: „Nauki społeczne mogły sobie pozwolić na ignorowanie zjawiska roju, jak długo trzymano owo zjawisko w rezerwacie, z dala od głównych traktów ludzkich peregrynacji i głównych siedzib międzyludzkich interakcji; w takich warunkach można łatwo owo milczenie socjologów zrozumieć, choć znacznie trudniej ich z niego rozgrzeszyć. Dziś jednak zasieki drutu kolczastego usunięto, a odsłonięte mury rezerwatów skruszały. Roje wydobyły się na światło dzienne, rozpanoszyły, zagnieździły na dobre w codzienności i przeoczyć ich już nie sposób”.
Czym jest rój? Bauman wywodzi jego początki z prac antropologa Victora Turnera, a szczególnie z jego rozważań o rytuałach plemienia Ndembu, w którym harmonia społeczna osiągana była dzięki jednoczesnemu istnieniu spontanicznej communitas i sztywnych reguł societas. „Communitas utrzymuje societas przy życiu. Zapobiega ona wyradzaniu się podziałów społecznych w rozłamy, ciemiężenia w unicestwienie, tłumienia dialogu w zerwanie komunikacji, upokorzenia w bunt”, stwierdzi Bauman.
Communitas to właśnie „rój”. Turner podkreśla w swoich książkach, że jednostka bierze udział w obu modalnościach, tak jak uczestnicy Bachtinowskiego karnawału na chwilę wkładają koronę na głowę błazna, aby szybko ją zdjąć i ponownie poddać się normom societas – „normalnego państwa”. Ta dialektyka ulega, zdaniem Baumana, katastrofalnej redukcji w zachodnich społeczeństwach demokratycznych. Zostajemy bowiem w całości pochłonięci przez wszystko konsumujące „megaroje”, które „wypełniają po brzegi, od skraju do skraju, całą przestrzeń widoczności i wyobraźni – nie pozostawiając niczego «na zewnątrz». Wszyscyśmy w tym roju, jeden rój dla nas wszystkich”.
Także w artykule Po „Liście otwartym…” Sierakowskiego. Nie ma Romulusa! Co z nami będzie? opisuje Bauman współczesne społeczeństwo jako „rój” (communitas), jako sprowadzone do jednej tylko modalności – oto bowiem zniknęło societas rozumiane jako racjonalność władzy państwowej. Powiada badacz, że żyjemy w okresie chronicznego interregnum: dawny władca umarł, a „nowy już się nie pojawi”. Tkwimy w czasie, gdy „na dotychczasowych sposobach na załatwienie spraw pospólnych już polegać nie można, a nowych nie tylko do użytku nie wprowadzono, ale pewnie jeszcze i nie wymyślono…”. Skąd zatem mamy czerpać satysfakcję, że egzystujemy rozsądnie i racjonalnie?
Jako odpowiedź Bauman podsuwa nam (w tym samym artykule) kolejne nowe pojęcie, mianowicie prekariusza, którego opisał już wcześniej w „Social Europe Journal” w tekście pod tytułem O nie-klasie prekariuszy. Prekariusze (termin niedawno zaktualizowany przez G. Standinga) to ludzie, którzy są wychodźcami z „dawnych” klas: robotnikami, urzędnikami, studentami, uczniami, ale dzisiaj przede wszystkim charakteryzuje się ich jako unclass, nie-klasę, skoro łączy ich coś, co jest silniejsze od klasycznych „czynników statusu” stanowiących o przynależności do grupy społecznej. Tą nową, negatywną więzią jest poczucie niepewności swojego losu, przekonanie o ryzyku związanym z pracą, nabywaniem i konsumowaniem.
Bauman nakłania nas, jak sądzę, do stwierdzenia, że człowiek zamieszkujący dzisiaj systemy demokratyczne nie odczuwa ani radosnego poczucia wspólnoty ze swoją klasą (grupą) społeczną, ani związanej z tą przynależnością pozytywnej więzi z innymi ludźmi. U nas wszystkich przeważa bowiem bezradność, strach i obawa przed innymi – i przed życiem. Bauman dodaje, że „termin «prekariat» ukuto niedawno z francuskiego pojęcia precarité, sygnalizującego nieokreśloność i niepewność losu. Sytuację prekariusza określa poczucie niewiedzy („nie mam pojęcia, jak się sprawy potoczą”) i nieporadności („nie mam wpływu na to, jak się sprawy potoczą”) – a oba poczucia uwłaczają, upokarzają, ranią godność własną i pozbawiają pewności siebie”.
Prekariusz zatem to jednostka bez reszty wypełniona niepewnością i dzieląca to uczucie z innymi. Oto więź charakterystyczna dla roju. Co ciekawe, ta jednostka nie ma – według nowej socjologii zaproponowanej przez Baumana – pozytywnego „interesu własnego”, który pragnie urzeczywistnić, współpracując z innymi. Cechuje ją jedynie désintéressement, którego najczęstszym wyrazem jest resentyment, ujawniający się wyłącznie w terminach psychologicznych („brak pewności siebie, „poczucie zranionej godności własnej”, „upokorzenie”), a nie socjologicznych. Obie koncepcje Baumana – „rój” i „prekariusz” – oznaczają zatem odrzucenie tradycyjnej analizy socjologicznej, a może nawet niewiarę w wyjaśniające możliwości socjologii.
Prekariusz ma się gorzej od dawnego proletariusza, bowiem ten, napisze socjolog w artykule zamieszczonym w „Gazecie Wyborczej”, „mógł nadstawiać ucha na pieśni głoszące, że «dziś niczem, jutro wszystkim my» – prekariuszowi zaś refren «dziś niczem i jutro niczem my» bardziej by do przekonania przemówił”. Bauman dodaje tutaj ważną konstatację: „Co nie oznacza, że potomkowie proletariatu nabrali odrazy do solidarnego działania. Znaczy to tylko, że odbudowy społecznej solidarności poszukują gdzie indziej niż w sztabach partyjnych i gabinetach ministerialnych… Nie w budynkach rządowych, ale na ulicach i placach miejskich. I nie w partiach, ale w roju”. A zatem, jak można zrozumieć, najchętniej w protestującym tłumie, podczas spontanicznej demonstracji. Taki „rój ma kształt, ale nie ma struktury. Obchodzi się znakomicie bez dowódców, nadzorców, brygadzistów czy kaprali: bez przełożonych i podwładnych, hierarchii zwierzchnictwa i podporządkowania, biurokracji i sztabów generalnych, i rozkazów dziennych… w ciągłym locie i zawsze w przelocie… Rój zdaje się być dziwem koordynacji, ale to koordynacja bez koordynatorów. Rój jest nieustającym eksperymentem. W tym jego olbrzymia siła działania. I w tym jego niemoc spełnienia”.
Bauman twierdzi, że „życie w roju”, gdzie nie mamy już „dowódców i nadzorców, przełożonych i podwładnych”, wywołuje naszą niepewność. A może jest właśnie odwrotnie: czy to nie wyraźne niedołęstwo naszych „dowódców” na polu ekonomii i polityki (co tak dobrze udowodnił aktualny kryzys) jest przyczyną naszych obaw?
Być może należy zacząć od rozważenia, czy istotnie dla adekwatnego opisu współczesnego społeczeństwa konieczne jest odrzucenie tradycyjnych pojęć socjologicznych i stworzenie nowych kategorii, mniej lub bardziej metaforycznych, a zatem niepodatnych na socjologiczną operacjonalizację. Bardzo chciałbym usłyszeć odpowiedź profesora na pytanie: co odróżnia jego „rój” od Durkheimowskiej „anomii”, która także przecież wzbudza w jednostkach poczucie rozpaczy i niemocy?
Pesymistyczna wizja Baumana, według której jesteśmy obecnie skazani na jednostronną, zredukowaną modalność społecznego istnienia – na zmienny, wszystkich tak samo ogarniający, niepoddany żadnym racjonalnym prawom i regułom „rój” – ma bardzo ważną, chociaż niewymienioną przez Baumana, konsekwencję. Oto ona: elementy tego roju nie posiadają biografii. Nie są jednostkami. Wydaje się bowiem, że wewnątrz „roju” jednostka – czyli ktoś, kto różni się od innych – wcale nie istnieje, skoro „rój”, oglądany przez uczonego „z zewnątrz”, jakby on sam wcale doń nie należał, zmusza nas do takich samych zachowań i wywołuje te same uczucia, czyli odbiera indywidualną biografię.
Zadajmy zatem pytanie, czy istotnie to wszechogarniające poczucie niepewności istotnie odróżnia nas od innych znanych z historii społeczeństw? A może sytuacja uczestnika „roju”, skonkretyzowana w pojęciu chronicznie niepewnego siebie „prekariusza”, jest trwałą cechą naszej ludzkiej egzystencji?
Pozwólcie, że sięgnę teraz po książkę C. Wrighta Millsa The Sociological Imagination (London 1970), którą zakupiłem niedługo po przybyciu do Danii; właśnie ona przekonała mnie, że w Kopenhadze powinienem kontynuować studia socjologiczne. Mills napisał ją w drugiej połowie lat 50., a zatem w czasie, gdy Ameryka wydawała się „nadzieją dla całego świata”, kiedy walnie przyczyniła się do powojennej odbudowy zachodniej Europy i stworzenia w niej demokratycznego ładu, gdy nie było jeszcze niesławnej amerykańskiej wojny w Wietnamie i USA nadal nazywano krajem „nieskończonych możliwości”, rajem dla self-made-manów.
A przecież już na pierwszej stronie Mills napisze to samo, co Bauman w 2010 i 2011 roku: „współcześni ludzie często czują, iż ich prywatne życie jest serią pułapek i że w świecie codzienności nie potrafią poradzić sobie z kłopotami”. Bowiem, jak dodaje, każda przemiana historii jest związana z obawami i niepewnością: „Kiedy społeczeństwo ulega industrializacji, chłop staje się robotnikiem, pan feudalny zostaje zlikwidowany lub zamienia się w biznesmena. Gdy powstają lub upadają klasy społeczne, jednostka znajduje pracę lub pozostaje bezrobotna. Kiedy poziom inwestycji idzie w górę lub opada, jednostka znajduje w sobie nową odwagę (takes new heart) lub staje się bankrutem. Gdy nastaje wojna, sprzedawca ubezpieczeń zostaje artylerzystą, a sprzedawca sklepowy obsługuje radar. Żony żyją samotnie, dzieci dorastają bez ojców. Ani życie jednostek, ani historia społeczeństwa nie będzie zrozumiana bez wzięcia obu elementów pod uwagę” (s. 9).
Zatem indywidualna biografia – czyli to, co różni jednostki od siebie – jest równie ważna jak historia wielkich struktur i nie ma powodu, aby tracić ją z oka nawet w obecnym „stanie niepewności”. Przeciwnie: to od „materii” naszej biografii zależy, czy potrafimy walczyć z przeciwnościami losu, czy też bezradnie spadniemy na dno. Nasza indywidualna biografia sprzeciwia się koncepcji „życia w roju”. Wszak jedni chcą być dobrymi urzędnikami i robotnikami, a inni – malarzami, twórcami statków kosmicznych, pisarzami, kompozytorami… Czy w „roju” jest miejsce dla oryginalnych, wcale niepodobnych do siebie artystów? A co z ludźmi szukającymi Boga? Co z kochankami zapatrzonymi tylko w siebie? Przecież oni zachowują się inaczej od innych. A czy w „roju” znikają różnice między młodymi i starymi, chorymi i zdrowymi, inwalidami i atletami? I czy nikt nie zechce uciec z „roju” po prostu po to, aby być sobą, mieć czas dla siebie, na refleksję?
Wydaje się, że właśnie biografia, czyli indywidualne doświadczenie, staje się najważniejszym narzędziem, gdy pragniemy się uwolnić od przytłaczającego nas „roju” i gdy chcemy znaleźć tych, którzy myślą inaczej. Czasami z kolei odrębna biografia jest przeszkodą dla kogoś, kto chce zamieszkać w „roju”.
Gdy przyjechałem do Danii, nic o niej nie wiedząc, nie znając ani państwowych praw, ani niepisanych norm, spotykani na ulicach Duńczycy wydawali mi się podobni do siebie, wręcz identyczni, właśnie jak pszczoły tworzące rój. Mój Boże, jak bardzo chciałem być jednym z nich! Ale ten rój mnie nie chciał, gdyż byłem obcy. Tak, byłem trutniem wśród słodkich duńskich pszczół. Aby znaleźć przyjaciół, musiałem – posługując się własnym doświadczeniem – odnaleźć indywidualne różnice między tymi „pszczołami”. Musiałem odszukać w roju te jednostki, do których mogłbym się zbliżyć. Musiałem zatem zakwestionować („zdekonstruować”) „rój”. Bo tylko z jednostkami można się zaprzyjaźnić i współżyć. Jestem pewien, że profesor Bauman ma podobne doświadczenia imigracyjne.
Czy więzi te były trwałe? Nie, nie były „na zawsze”, większość z nich trwała kilka lat i tylko dwie lub trzy utrzymały się aż do dzisiaj, to znaczy ponad czterdzieści. Nie są zatem więziami, które pasują do Baumanowej charakterystyki roju znajdującego się „w ciągłym locie i przelocie”. Bardziej trafia mi do przekonania konstatacja Millsa, że niepewność i irracjonalność naszych jednostkowych zachowań jest czymś stałym i istnieje także w „czwartej epoce”, jak określił nasz czas. Ich podstawą jest konflikt między racjonalnością jednostek i racjonalnością organizacji. W rozdziale On Reason and Freedom Mills odrzuca zarówno liberalizm, jak i komunizm, dwie ideologie wyrosłe z gleby Oświecenia, skoro w obu „rosnąca racjonalność jest uznana za pierwszy warunek wzrostu wolności”. Bowiem „wielkie i racjonalne instytucje – najkrócej: biurokracje – istotnie rozrastają się, ale nie rośnie samodzielny rozum jednostki. Uwięziony w ograniczonym środowisku swojego codziennego życia, przeciętny człowiek często nie potrafi analizować owych wielkich struktur, którym podlega jego środowisko” (184 – 186).
Przyczyną tego stanu rzeczy są konkretne procesy społeczne i ekonomiczne. Ani rosnący podział pracy, ani kapitalistyczna idea konsumpcji w czasie wolnym nie sprzyjają refleksji jednostki. Jesteśmy raczej jak żołnierze, którzy wiedzą, jak racjonalnie spełniać swoje obowiązki, ale nie potrafią przewidzieć, co z tego w końcu wyniknie. Albo jak bardzo inteligentni badacze, którzy znakomicie wykonują swoje zadania, ale „nie wiedzą, że ich rezultatem będzie bomba atomowa” (s. 186). Zatem, dodaje Mills, „racjonalnie zorganizowane działania społeczne nie są koniecznymi środkami prowadzącymi do zwiększenia wolności jednostki bądź społeczności. W istocie są one często narzędziami tyranii i manipulacji, środkami odbierającymi szansę rozumowi, a jednostce – możliwość działania jako wolny człowiek” (s. 187). I pisze dalej: „Rosnąca racjonalizacja społeczeństwa, przeciwieństwo między tą racjonalnością a rozumem, klęska z góry założonego związku między rozumem i wolnością – cały ten rozwój prowadzi ku wizji człowieka, który posiada «racjonalność bez rozumu», by wreszcie kategorycznie stwierdzić: „racjonalna organizacja jest organizacją alienującą” (187 – 189).
Niewątpliwie to pojęcie „racjonalności”, rozważane przez Millsa w XX wieku i Baumana w XXI, łączy w sobie dwie sprawy. Po pierwsze, o „racjonalności” jednostki można mówić wtedy, gdy nasze życie pozwala na coraz pełniejszą realizację z góry założonej koncepcji „prawdziwej istoty człowieka” – a takie przekonanie podzieleją, jak sądzę, i Bauman, i humanista Mills. Drugie znaczenie racjonalności to „racjonalność instytucji”, czyli, po prostu, zgodny z założonymi planami rozwój wszelkich organizacji, w tym banków i innych wytwarzających zysk. Według Millsa nie tylko nie pomaga on „realizacji istoty człowieka”, ale wręcz mu przeszkadza, prowadząc ku alienacji jednostki ludzkiej.
To ciekawe, że właśnie aktualny światowy kryzys ekonomiczny tak często jest wykorzystywany do stwierdzenia, że oba opisane pojęcia „racjonalności” zdecydowanie się wykluczają. Zarówno po prawej, jak i po lewej stronie sceny politycznej można usłyszeć coraz silniejsze głosy: albo będziemy mieć społeczeństwo „racjonalnych”, czyli tylko na zysk nastawionych korporacji i banków, których działanie jednostkę „upokarza, rani jej godność własną i pozbawia pewności siebie” – albo stworzymy świat zmniejszający ludzkie obawy, osłabiając władzę panującego systemu. Kto ma w tym sporze rację? I czy istotnie istnieje tylko taka alternatywa?
Otwórzmy książkę, która mówi o racjonalności człowieka współczesnego w czasie ekonomicznej niepewności. To opublikowana w drugiej połowie 2011 roku praca Beyond Mechanical Markets, napisana przez dwóch ekonomistów, R. Frydmana i M.D. Goldberga. Szczególnie ciekawe są ich uwagi o racjonalności i nieracjonalności jednostek działających na objętym kryzysem rynku. Książka widzi jedno ze źródeł kryzysu w dominujących teoriach ekonomicznych, uparcie twierdzących, że posiadają pełną wiedzę o procesach ekonomicznych, a zatem nieuznających własnych ograniczeń. W odróżnieniu od nich autorzy pracy proponują wyciągnięcie konsekwencji z tego, że zawsze tworzymy „teorie niepełne”. Uznanie tego stanu rzeczy pozwoli nam zarówno na przyznanie się do popełnionych błędów, jak i szybką ich naprawę. Tylko przekonanie o niedoskonałości naszej wiedzy, a zatem ciągła gotowość do uznania zachowań przeczących teoriom, pozwoli nam uniknąć katastrof, zdają się twierdzić autorzy, nadając własnej koncepcji miano „ekonomii wiedzy niedoskonałej” (imperfect knowledge economics).
Polemizując z ekonomicznymi teoriami zakładającymi identyczne reakcje jednostek na bodźce ekonomiczne, autorzy dodają, że „w istniejącej rzeczywistości rynkowej występują różne preferencje jednostek, na przykład niektórzy inwestorzy mniej obawiają się ryzyka niż inni. Więcej nawet: jednostki formułują swoje przewidywania na podstawie odmiennych strategii, które odbijają ich odmienne rozumienie procesów kształtujących ceny dóbr” (s. 48). A przecież większość modeli ekonomicznych nadal traktuje jednostki jak identyczne „roboty”, mające podobną wiedzę o procesach ekonomicznych (i szerzej: społecznych) i podobnie reagujące. Dlatego rozdział trzeci pracy, który ostro krytykuje unifikację tych ludzkich odmienności w istniejących teoriach ekonomicznych, nosi tytuł Orwellowski świat „racjonalnych oczekiwań” (s. 55 – 70).
Siłą tej książki jest, jak sądzę, dostrzeżenie konfliktu racjonalności pojawiającego się między teoriami ujednolicającymi jednostkowe zachowania – a realnymi zachowaniami poszczególnych uczestników rynku, którzy kierują się odrębnym doświadczeniem, wiedzą i pragnieniami. A zatem indywidualną biografią. Uznaję racje tej książki za kolejny argument przeciwko umieszczeniu nas wszystkich w ciasnych ramach Baumanowskiego „roju”. Żywa, indywidualna biografia jest bowiem nieubłaganym przeciwnikiem „roju”, unifikującego polityczne i ekonomiczne przekonania i zachowania jednostek. To, że żaden system nie potrafi całkowicie podporządkować sobie indywidualnej biografii, jest przecież mocną przesłanką nadziei. Nadziei na zmianę naszego świata.
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...