|
Jesienią 2009 roku ukazała się w Danii antologia przekładów pisarzy mieszkających w Danii, lecz piszących w innych językach. Wydawca, duński PEN-club, zatytułował ją „Herfra min verden gaar” - „Tutaj zaczyna się mój świat”, co było aluzją do nacjonalistycznego wiersza Hansa Christiana Andersena. Wkrótce staliśmy się – Hindusi, Pakistańczycy, Chińczycy, Rosjanie, Irańczycy, Serbowie i Polacy - obiektem umiarkowanego zainteresowania tubylców. W antologii zamieszczono moje opowiadanie „B. spotyka bliźniego”. Po pewnym czasie otrzymałem zaproszenie do Aarhus, na festiwal kultury 30 sierpnia 2010 roku. Czy zechcę opowiedzieć o losie pisarza emigracyjnego? Owszem. Dowiedziałem się, że każdy pisarz otrzyma 7 minut na wypowiedź. Powiedziałem zatem po duńsku i w pośpiechu: „…nie zacznę od ‘Panie i Panowie’, bo nie ma na to czasu, a zresztą w Danii wszyscy mówimy „ty” do siebie, więc nie ma sprawy. Zacznę od tego, dlaczego obcojęzyczny pisarz ma się w Danii dobrze. Oczywiście, powiecie, powód jest jasny: dlatego, że mamy demokrację i tolerancję. Nie, odpowiem, dlatego, że jest wam obcy. Że ma inne zdanie od większości Duńczyków w sprawie wojny w Iraku i Afganistanie, w sprawie traktowania obcokrajowców, w sprawie religii.
Zacznijmy od demokracji: istnieje w Danii popularna mitologia głosząca, iż zdrowym sensem demokracji nie jest pospolity krzyżyk, składany co kilka lat na karcie wyborczej, ale nieskrępowana, wolna rozmowa, prowadząca ku porozumieniu. Tak właśnie – jako ćwiczenie lingwistyczne – zdefiniował demokrację teolog Hal Koch w słynnym, wydanym w 1945 roku deliberatywnym tekście Hvad er demokrati? – „Czym jest demokracja?” Przypatrzmy się jego propozycji rozmowy. Niewątpliwie inspiratorem jest tutaj Sokrates, który był przekonany, iż zbliżamy się do prawdy dzięki ukazaniu wielu racji, wtedy, gdy prowokacyjne pytania wywołują równie mocne odpowiedzi. Ale my, obcy, widzimy rzecz inaczej. Bo jeżeli demokracja jest problemem lingwistycznym, to drzwi do niej są zatrzaśnięte dla ludzi nie posługujących się językiem tubylców. W dodatku, nawet w obrębie tego samego języka wypowiedzi nigdy nie są sobie równe. Teorie demokratycznej komunikacji, z reguły mają charakter idealizujący i nie odpowiadają sytuacjom społecznym, gdzie zawsze jedna ze stron jest silniejsza, ma większą władzę. Dzieje się tak nie tylko podczas rewolucji, gdzie słowa są wzmacniane użyciem broni. To charakteryzuje także stosunki demokratyczne, „pokojowe”, np. rozmowę z szefem, gdy wydaje on nam rozkazy, a podobnie wyglądają kontakty z policjantem, politykiem czy urzędnikiem w biurze. Powinniśmy zatem skończyć z apologią komunikacji demokratycznej, której szermierzem jest także Habermas. Wyklucza ona bowiem, co prawda, dość delikatnie – obcych, a wśród nich i mnie. …tak, wyraźnie słyszę, że dwie osoby wśród publiczności głośno protestują, sprzeciwiają się moim słowom, ale nie będę z wami polemizował, chociaż naprawdę chciałbym, aby demokracja była rozmową, dialogiem i polemiką… nie, nie będę odpowiadał na pytania, powtarzam: organizatorzy dali mi tylko kilka minut… proszę zatem mi nie przerywać…
Sądzę, że Hala Kocha ekskluzywna idea dlatego cieszy się w Danii taką popularnością, że czyni z demokracji teren ściśle zamknięty, wyłącznie duński, gdzie obcy nie ma wstępu, co w wysokim stopniu dotyczy nas, pisarzy, którzy przyjechali z różnych krajów i nadal piszą w różnych językach. Przekraczając duńską granicę nie znaliśmy języka tubylców – i nie wiedzieliśmy, że automatycznie zostaniemy wykluczeni z obszaru demokracji. Później, kiedy nauczyliśmy się już duńskiego, nadal byliśmy wykluczeni – bo język to nie tylko słowa, ale także społeczne reguły posługiwania się nim, to nie tylko lingwistyka, ale przede wszystkim socjolingwistyka. Lingwistyka władzy. Bo dlaczego Duńczyk miał nam przyznać rację w polemikach, skoro – był u siebie? Dlaczego miał respektować partnerskie reguły dyskusji, skoro my byliśmy przybyszami znikąd, a on miał oparcie w tradycji i duńskich instytucjach? Tak, Hal Koch zapomniał, że język zawsze zawiera przekaz siły, że służy silniejszemu: zarówno rodzicowi, zakazującemu dziecku zrobienia czegoś, jak i państwu nakłaniającemu obywateli do posłuchu. Koch zapomniał, że ludzie często pragną górować nad słabszymi i że język jest używany jako narzędzie przemocy. Jako praktyczna dystynkcja odzielająca tych, co mają rację, bo „właściwie” posługują się językiem od tych, co jedynie potrafią mamrotać, stękać, wzdychać i coś tam szeptać niezrozumiale…
Kierkegaard, którego tłumaczyłem na polski, uznał myśl powstającą w ciszy – ową mowę „człowieka wewnętrznego” - za rzecz ważniejszą od demokratycznego publicznego starcia argumentów. Głośna walka na argumenty zawsze jest wyznacznikiem racji siły, twierdził, odsłania argumenty partii i stronnictw politycznych a pomija racje słabszych, tych, którzy mówią cicho - albo milczą, po prostu, bo nie znają języka. W Danii Kierkegaard pierwszy dostrzegł, że demokracja jest także dyskryminacją. W „Porozumieniu z czytelnikiem” z Afsluttende Uvidenskabelig Efterskrift, opowiada on o „odwiecznym pragnieniu wolności myśli”, przeciwstawionemu „wolności słowa”. Jedynie ta pierwsza jest dostępna dla wszystkich – ta druga zaś skierowana jest przeciwko tym, którzy owego demokratyczengo „słowa nacechowanego wolnością” nie są w stanie zrozumieć lub wyrazić, którym właśnie „wolne słowo” zabrania wstępu na teren demokracji. Oto wielki błąd: nie znać języka demokracji. A przecież my, obcy, mamy mocny argument. Czy uwierzycie, że lepiej od was znamy duński, odkryliśmy i wypróbowaliśmy bowiem chyba wszystkie możliwe błędy? Kto z was, duńskich intelektualistów, znających jedynie poprawną, płaską stronę własnego języka, kto z was, którzy staracie się być bezbłędni – zna duński tak wszechstronnie, jak my? I czy my, specjaliści od błędów, nie znamy was lepiej od was samych? Wszak błąd jest najpospolitszą częścią ludzkiej natury i najczęstszą postacią ludzkiej komunikacji…
Przypominam: mówiłem po duńsku. Chociaż bardzo uważałem, kilka razy potknąłem się o samogłoski æ i ø. Mówiłem o potrzebie i godności błędów, sam je robiąc. Trudno wyobrazić sobie lepszego ode mnie pedagoga: „…spontaniczność a nawet indywidualność ducha powstaje w uskokach rzeczywistości, w momentach przeinaczeń, błędów, irracjonalnych marzeń podczas snu, które są protestem przeciwko władczemu, wyrażającemu życzenia innych Nad-ego, powiada Freud. Zaś Jacques Lacan doda, o ile go dobrze zrozumiałem w trakcie duńskiej lektury, że podmiot ludzki wyraża się najautentyczniej w okrzyku sprzeciwu, w „nie” , w błędzie, w proteście przeciwko normie… Słuchajcie zatem: przybysz to błąd. Ale wy nie chcecie błędu. Komu bowiem może zaimponować stwierdzenie: błądzę od dziecka, zawsze byłem na niewłaściwej drodze, w życiu popełniam błąd za błędem…? nasza epoka tak bardzo łaknie perfekcji, błyszczącej, czystej, na zawsze ustalonej prawdy, która zapewni nam szacunek i podziw innych. Błąd – powiada nasza epoka – o, to łatwe, to każdy potrafi! Naprawdę? Spróbujcie zostać chociażby na chwilę przybłędą, nieznającym drogi do prawdy, a ta droga w każdym kraju jest inna, bo narodowa, zbudowana na lepkim, nieznanym języku, na niewymawialnej historii, na nieznanych wspomnieniach. - Czego chce u nas ten przybysz? – pytają tubylcy.
Tubylcy z góry odrzucają możliwość, że błąd może poszerzyć ich wiedzę, skoro ich prawda już dawno została ustalona. Podobnie totalitaryzm (w historycznych formach faszyzmu i komunizmu) był przekonany o własnej doskonałości: wszak Niemcy stworzyli naród doskonały, a dla komunistów proletariat był klasą górującą nad innymi. Także obecnie wiele zachodnich państw jest przekonanych o własnej prawdzie i doskonałości, i to tak dalece, że napada na inne narody i zabija ich mieszkańców. My, emigranci, jesteśmy nosicielami błędów, więcej, sami jesteśmy jaskrawym błędem (no bo jak można było nie urodzić się Amerykaninem, Niemcem, Anglikiem, Holendrem, Duńczykiem…), przypadkiem umieszczonym na bezbłędnym ciele społeczeństw Zachodu. A może jest inaczej?… aż wstydzę się to powiedzieć: może to my jesteśmy najlepszą szczepionką przeciwko zbrodniom doskonałości? Przecież także każdy z was jest obciążony błędem, ba, wieloma błędami – a jednym z największych błędów jest przekonanie o własnej bezbłędności. Istnieje jedynie błąd i właśnie on jest wielobarwny i pociągający. Co zatem należy zrobić, aby się naprawdę porozumieć? To bardzo proste, powinniśmy… przepraszam, widzę, że przewodniczący zebrania kładzie palec na wargach, tak muszę przerwać, mój czas się skończył”.
Tekst pochodzi z 24-25 numeru KP pt. Selekcja. *Bronisław Świderski – pisarz, eseista, tłumacz. Od 1970 roku mieszka w Danii. Przez lata był pracownikiem naukowym kopenhaskiego Centrum Badawczego Sørena Kierkegaarda. Opublikował m.in. powieści Autobiografie, Słowa obcego, Asystent śmierci. Powieść o karykaturach Mahometa, o miłości i nienawiści w Europie, a także książkę Gdańsk i Ateny, opisującą doświadczenie „Solidarności”.
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...