NOWOŚĆ W SKLEPIE KP
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Świderski: Protest |
|
|
Bronisław Świderski*
|
|
21.04.2010 |
Śmierć prezydenta Polski w katastrofie pod Smoleńskiem, przewiezienie jego ciała do Warszawy i ułożenie na lit-de-parade w Pałacu Prezydenckim (a może właściwszym określeniem byłoby castrum doloris, skoro trumna była zamknięta?) wielotysięczne, po raz ostatni pragnące zobaczyć go – a w istocie trumnę - tłumy, czekające nawet trzynaście godzin (nierzadkie były wypadki zasłabnięć), następnie msza żałobna w krakowskim kościele Mariackim i pogrzeb wawelski – to wszystko zostało obszernie przedstawione i obficie komentowane przez duńskie media. Polska stała się krajem szczególnie ważnym; w ciągu dwóch dni przewinęło się przez oglądany przeze mnie kanał telewizyjny aż dziesięciu ekspertów, z których tylko jeden znał polski, ale wszyscy chcieli komentować słowa i zachowania Polaków.
Duńscy komentatorzy przyznali, że kłopot sprawiają im dwa rodzaje informacji o prezydencie: jedna, dobrze znana z europejskich mediów, głosiła, iż Kaczyński był politykiem konserwatywnym, nacjonalistycznym i antyeuropejskim, częściej hamulcem niż inspiratorem, w sumie prezydentem nieudanym i coraz bardziej niepopularnym. Skoro jedynie „słuszną dla Polski polityką była jak najściślejsza integracja z Unią Europejską, to eurosceptycyzm Kaczyńskiego był czynem szkodzącym także Polakom”, powiedział jeden z duńskich komentatorów. Jak mogli zatem tak bardzo – i za co? za co? – pokochać tego polityka? O tym właśnie powiadamia nas informacja druga: o masowym zrywie Polaków, przybywających do Warszawy i Krakowa często z małych miejscowości i wsi, aby obejrzeć trumnę i opłakać „swojego” prezydenta, bowiem, jak mówili reporterom telewizji: „on był nasz”, „wskazywał Polakom drogę”, „złączył nas”… Co się stało z Polakami? – pytali sceptyczni Duńczycy – przecież śmierć nie jest działaniem politycznym, nie może być „zasługą” polityka, zmazującą wszystkie poprzednie błędy.
Ten dysonans próbowano wyjaśnić już to niedojrzałością polskiej demokracji, a zatem „tradycyjnie polską tęsknotą do silnych autorytetów” (podkreślano, że wzorem dla Kaczyńskich był Piłsudski), już to wpływem kościoła katolickiego (co z reguły wzbudza w luterańskiej Danii pobłażliwy uśmiech: „jak można być katolikiem!”). Inni komentatorzy skorzystali z pojęcia „hipokryzja”, aby wytłumaczyć zadziwiającą rozbieżność między coraz mniejszą popularnością „żywego” Kaczyńskiego a tak powszechnym powtarzaniem jego nazwiska przez miliony Polaków po tragicznej śmierci.
Z racjonalnie-konwencjonalnego punktu widzenia przypadkowa śmierć demokratycznego polityka nie ma żadnego pozytywnego znaczenia (inaczej jest ze śmiercią tyrana), ba, jest jego porażką, skoro uniemożliwia wypowiadanie i realizowanie nowych koncepcji politycznych. Z mitycznego zaś – bo jesteśmy chyba świadkami dziwnej przygody, mianowicie rodzenia się nowego polskiego mitu – niechciana śmierć Kaczyńskiego stała się jego największym osiągnięciem politycznym. Według słów jego zwolenników bowiem ta śmierć nie miała nic wspólnego z przypadkiem, przeciwnie: była Koniecznością, dopełniającą wspólny, polski los, skoro „dzięki tej śmierci zbrodnia katyńska została ocalona od zapomnienia”, jak napisał pewien dziennikarz. Wydarzenie ujawniło sens, który był zasłonięty dla ludzi „trzeźwych”, myślących krytyczno-analitycznie, abstrakcyjnie. Ten sens ujawnił się w obrazach i symbolach, w połączeniu tego, co widzialne z siłami niewidocznymi dla „mędrców”, posługujących się tylko „szkiełkiem i okiem”. Tak, to stara historia…
Ale czy to, co się stało, oznacza powstanie mitu – czy może narodowej baśni? Pamiętam, że Stanisław Lem odróżnił mit od baśni (w Markizie w grafie, „Teksty” nr 43 z 1979 roku; tak, to stary tekst, ale dobrze jest sięgnąć głęboko w przeszłość, gdy mówimy o mitach), twierdząc, że bohater baśni zwycięży wtedy, gdy pognębi swoich ciemiężycieli. Mit zaś bardziej przypomina rzeczywistość: zwycięstwo bohatera nie musi oznaczać porażki innych.
Posługując się tym rozróżnieniem, możemy stwierdzić, że budowniczowie pośmiertnego kultu Kaczyńskiego korzystają zarówno z materiału baśni, jak i mitu. Ci pierwsi, bajarze, podkreślają motyw polityczny: tragiczna śmierć okazała się tryumfem nad przeciwnikami, którzy mieli bielmo na oku i nie widzieli dotąd „prawdziwej” wielkości prezydenta. Baśniowa jest także aktualizacja katyńskiego mitu: dzięki śmierci Kaczyńskiego wzbogacony został zbiór katyńskich ofiar (pisano przecież: „jego śmierć to drugi Katyń”) i z jeszcze większą mocą przeciwstawiony stalinowskim katom.
Ci drudzy, mitotwórcy, traktują ową śmierć jako wydarzenie dotyczące i łączące wszystkich Polaków, ba, wszystkich mieszkańców Polski, nawet tych należących do mniejszości („Żydzi modlą się za prezydenta”, doniosła jedna z gazet). Podkreślają, że także Rosjanie się zmienili i że nie należy już współczesnych mieszkańców tego ogromnego kraju identyfikować z budowniczymi Związku Radzieckiego.
Baśń jest stronnicza; pomaga jednej postaci i zapewne dlatego kończy się morałem. Mit nie chce opowiedzieć się za żadną ze stron, a jeżeli czerpiemy z niego jakąś lekcję, to przychodzi ona od czytelnika, żaden bowiem morał nie kończy mitu. Śmierć zmienia życie, które przestaje być zbiorem znanych, charakteryzujących danego człowieka faktów, i staje się symbolicznym przekazem unicestwiającym fakty, gdyż „w istocie” sensem tej zwykłej biografii był ruch ku znaczącej śmierci. Egzystencja Kaczyńskiego uległa zatem niezwykłej przemianie: dowiedzieliśmy się, że proza jego życia „od początku” zmierzała ku poetyce śmierci, odtąd budującej biogram prezydenta od chwili narodzin. Stało się tak dlatego, że jego biografia przestała należeć do pojedynczego człowieka, a stała się figurą, symbolem tęsknoty… a może nawet znakiem protestu? (Za chwilę powrócę do tego wątku).
Dzięki popularności pogrzebu zmazana została niepopularność jego czynów – bowiem, a tak czyni mit – została ujawniona ukryta dotąd, „najgłębsza” istota losu człowieka, który właśnie dlatego m u s i a ł być niezrozumiany i wyszydzany za życia, aby teraz – niczym w parafrazie Jezusowej biografii – zostać oczyszczony i wyniesiony ponad swoich wrogów. W przekonaniu milionów Polaków, jego życie s t a ł o s i ę inne w chwili śmierci. Co zapewne oznacza, że dla milionów rzeczywistość nie jest jednoznaczna i ustalona, że wymyka się formułom polityków, statystyków, ekonomistów i socjologów, a jej sens – bo wierzą, że posiada ona sens – jest ukryty i odsłania się w szczególnych momentach. Postacie oficjalne nie mają dostępu do tego „najgłębszego sensu” (nie darmo Chrystus był człowiekiem z marginesu) i zapewne także Kaczyński nie przeczuwał istnienia tego sensu, gdy był politykiem. Dopiero jego śmierć odsłoniła „prawdziwą”, nie zewnętrzną jedynie warstwę bytu – a tę p r a w d ę l u d b e z p o ś r e d n i o odczuwa: cztery ostatnie wyrazy zostały wyjęte wprost ze słownika romantyków.
Sądzę, że ci, którzy widzą w kulcie Kaczyńskiego kontynuację mitu romantycznego, mają pewną rację… ale, ale - wszak mit romantyczny był protestem przeciwko zaborcom, likwidatorom polskości, wrogom kościoła katolickiego itd. A przeciw czemu powinniśmy dzisiaj protestować, skoro Polska jest demokratyczna i wolna, ubezpieczona sojuszami, bogacąca się ekonomicznie i z powodzeniem uczestnicząca w zwycięskich, jak słychać, wojnach?
Powiada Eliade w Le mythe de l’eternel retour, że intelektualna wiedza, ułożona w abstrakcyjne wzory (i często wyrażana przez polityków, ideologów, statystyków i socjologów), znajduje się w radykalnej opozycji do symbolu i mitu – ta pierwsza redukuje i symplifikuje rzeczywistość, gdy te ostatnie wyrażają złożoność naszego bytu. Urazę, a nawet pogardę, wobec tłumów oblegających zamknięte trumny można zatem odczytać jako obronę świata redukcji i abstrakcji, jako niechęć do symbolu i mitu. A może również niechęć do dialektycznego oglądu rzeczywistości. Wzniosły pogrzeb podzielił polskich intelektualistów. Jedni (na przykład piszący w „Gazecie Wyborczej” i „Krytyce Politycznej”) uznali go za dowód zacofania i religijnego zacietrzewienia, inni (choćby komentatorzy „Rzeczpospolitej”) widzą w tym żywy palec Opatrzności, mocno szturchający opornych Polaków.
Już dawniej, pisząc w Gdańsku i Atenach o „Solidarności”, protestowałem przeciwko Le Bonowskiej, elitarystycznej tradycji (aktywowanej teraz z okazji pogrzebu Kaczyńskiego) widzenia w tłumach „kolektywnych, bezdusznych automatów”, bezrefleksyjnie poddanych irracjonalnym normom duszącej tradycji.
Bo moje doświadczenie jest inne: w Polsce lat 60. w kręgu przed-Marcowych dysydentów bezskutecznie szukaliśmy Proletariusza – oczywiście nie potrafiliśmy go znaleźć, zapewne zbyt dużo czasu poświęciliśmy szukaniu tej wielkiej litery. Gdy chwilę potem dostałem porządnie w dupę, gdy wyrzucono mnie z uniwersytetu i wyemigrowałem do Danii, szybko napotkałem proletariusza; był moim kolegą, pracował tuż obok mnie w zakładach produkujących śruby do lodówek i samochodów, a potem w szpitalnej kuchni, gdzie, jak powiedział mój znajomy, pracowałem jako „zlewozmywak”. Gdy otrzymałem posadę pracownika naukowego na uniwersytecie w Kopenhadze również i tam spotkałem robotników; jeden z nich wydrukował moją pierwszą duńską książkę w uniwersyteckiej drukarni. Na emigracji nauczyłem się cenić i robotników, i farmerów, i ludzi innych zawodów. Dlatego razi mnie i wydaje się nieprawdziwe lekceważenie owych tłumów zgromadzonych w Warszawie i Krakowie, lekceważenie widoczne również w tekstach osób związanych z lewicową tradycją.
Ja wsłuchuję się w głosy tych ludzi… i oto, co - jak sądzę - usłyszałem: ich działania i słowa były także p r o t e s t e m. Przede wszystkim, przeciwko miałkości demokracji i łapczywości kapitalizmu. Kaczyński był uważany za przeciwnika kapitalizmu w jego najbardziej abstrakcyjnej, globalistycznej formie (ale nie polskiego kapitalizmu). Jego „polskość” miała być zaporą przeciwko „obcemu” kapitałowi, jego tradycjonalizm zapewniał Polaków, że mają rację, kultywując historię. Ponadto, jako polityk nierzadko uchylający się od uczestnictwa w tłumnych zgromadzeniach, pozostawił wiele rzeczy niedopowiedzianych i przemilczanych. Zapewne dlatego doskonale nadawał się do mitycznego wykorzystania.
Sądzę, że w świadomości społecznej istnieje teraz d w ó c h Lechów Kaczyńskich: ten drugi został powołany do życia d z i ę k i rytuałom pogrzebowym. Dla wielu, może nawet dla większości płaczących Polaków zmarły Kaczyński miał niewiele wspólnego z żywym; ta hipoteza wyjaśnia, dlaczego można było „pierwszego” krytykować „za życia” i płakać po śmierci „drugiego”; te reakcje dotyczyły przecież różnych figur. Sądzę, że polski płacz, kwiaty złożone w pobliżu trumny, wytrwałe stanie przed Pałacem i Kościołem Mariackim w niewielkim stopniu dotyczyły prawdziwego Lecha Kaczyńskiego, złożyć się bowiem miały na opowieść o mitycznym Lechu – polityku, jakiego Polacy pragną: o takim przewodniku, który nie tylko żyje, ale i umiera dla swoich obywateli, który nie boi się spełniać swojego obowiązku, który jest lojalny wobec tragicznie zmarłych żołnierzy RP… Jest to wizja odległa od potocznej wiedzy o politykach jako cynikach, graczach, myślących przede wszystkim o sobie i często – o własnej kieszeni.
Porównajcie to pospolite ruszenie ku jego trumnie z niechętnym „wybieraniem się” na prezydenckie i sejmowe wybory, zapytajcie, dlaczego tak trudno jest nam rozmawiać z politykami, a tak chętnie korzystamy z ich milczenia? Sądzę, że skoro Polacy nie potrafili? nie mogli? wpaść prezydentowi – ani żadnemu innemu demokratycznie wybranemu politykowi – w słowo, to zapragnęli wyrazić swój protest, wykorzystując jego śmierć-milczenie… Jest to klęska demokracji (czy tylko polskiej?), która przestała być dialogiem wielu stron a została zredukowana do prostej arytmetyki, do chęci osiągnięcia 50 procent głosów wyborców; wszak wtedy władza już nikogo nie musi pytać o zdanie… Jesteśmy także świadkami – i ofiarami - kapitalizmu, zredukowanego do chęci osiągnięcia jak największego profitu, choćby prowadziło to – co ironicznie pokazał kryzys finansowy w USA – do zniszczenia własnej firmy. Reakcja Polaków w kwietniu 2010 roku była skierowana przeciwko takiej rzeczywistości. Oto pozytywny, według mnie, sens poruszenia milionów ludzi po śmierci prezydenta.
W tę ciszę każdy mógł wpisać własne uczucia i zdania: sądzę, że właśnie pojemne, pośmiertne milczenie Kaczyńskiego złączyło ze sobą Polaków, a nie jego głośno wyjawiane plany i działania. Ponadto kult śmierci Kaczyńskiego był także protestem przeciwko rażącej symplifikacji naszego życia, jaką jest odebranie śmierci jej znaczenia. Zarówno komunizm, jak i kapitalizm stawiając na wiecznie aktywne, zapracowane życie, na ciągłe tworzenie i usprawnianie ludzkich zachowań (także podczas wojen) uczyniły ze śmierci fenomen wręcz niepotrzebny, a na pewno przeszkadzający ludziom zaabsorbowanym działaniami konstruktywnymi (także produkcją coraz silniejszej broni). Śmierć stała się oznaką słabości, niepotrzebności, nieprzydatności do aktywnego życia, utraciła sens. I oto pogrzeb Kaczyńskiego – tak imponujący dzięki uczestnictwu tysięcy żywych – mówi, że cierpienie i śmierć mają sens, że nie są absurdalne. Mit i symbol nadal bronią zatem złożoności naszej egzystencji. Mogą także ujawnić wizję polityki bliskiej obywatelowi i dlatego skutecznej.
*Bronisław Świderski – pisarz, eseista, tłumacz. Od 1970 roku mieszka w Danii. Przez lata był pracownikiem naukowym kopenhaskiego Centrum Badawczego Sørena Kierkegaarda. Opublikował m.in. powieści Autobiografie, Słowa obcego, Asystent śmierci. Powieść o karykaturach Mahometa, o miłości i nienawiści w Europie, a także książkę Gdańsk i Ateny, opisującą doświadczenie „Solidarności”.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 26.04.2010 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...