Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Świderski: Prawda i IPN Drukuj
Bronisław Świderski*   
31.05.2010
Prawda i IPNZ pewnością  większość z nas ceni prawdę i potępia kłamstwo. A jednak codzienne doświadczenie podpowiada, że kłamstwo spotykamy częściej od prawdy. Czy istnieją bowiem obszary, gdzie kłamstwo nigdy nie wkracza? Nie – odpowiemy zgodnie z prawdą – każde miejsce naszej egzystencji jest lub może być dotknięte kłamstwem. Czy również dokumenty kłamią? Także odpowiedź na to pytanie jest dobrze znana: tak, dokumenty kłamią, ponieważ ludzie mówią i piszą nieprawdę. Warto jednak zapytać, jak to robią?

Zobaczmy, jaką  prawdę ujawnia IPNowski zbiór dokumentów o latach 1960-tych, opatrzony tytułem „Marzec 1968 roku w dokumentach MSW”. Czy „dokumenty”  MSW poświadczają prawdę?  Z pewnością nie. Na początek chcę wskazać drobny przykład, który ilustruje trudności najbardziej podstawowe, powiedziałbym wręcz „codzienne”, związane ze zbieraniem i publikowaniem precyzyjnych,  „prawdziwych” informacji. Nie tylko bowiem zła wola i chęć skłamania zniekształcały prawdę dokumentów. Często była to wina zwykłego przeoczenia, wadliwej obserwacji, a także nieprecyzyjnego zestawienia danych.

W tomie „marcowej”  publikacji przytoczony jest meldunek kapitana Adama Brauna „z obserwacji Adama Michnika 31 stycznia 1968 roku”, zatem w dniu w którym Michnik spotkał się z francuskim dziennikarzem Bernardem Margueritte’m. Raport zawiera informacje agentów przez cały dzień – „od godz. 7 rano” - śledzących Michnika i osoby, z którymi się spotykał. Jedną z nich był Michał Komar, którego agent opisał jako charakteryzującego się „wzrostem wysokim, czarnymi oczami, okularami wzrokowymi w czarnej oprawie” (MSW, 2,I, s. 13). Znajomi Komara z lat 1960-tych pamiętają, że nie był on wysoki i że nie nosił „okularów wzrokowych”. Oczywiście, wszystko – łącznie z oceną wzrostu - jest względne, ale wskazuje także, jak subiektywne były oceny esbeckich wywiadowców, jak łatwo i w jak wielu sprawach mogli się po prostu mylić.

Delatorzy

Podczas lektury IPN-owskich publikacji okazuje się, jak niełatwo dokonać typologii delatorów – jedni pojawiają się raz lub dwa razy (być może czynili to pod przymusem?), inni częściej i z własnej woli. W dokumentach MSW uderza jak wielu ich było i jak wielu chętnie godziło się na współpracę z SB, polegającą przecież na zdradzie kolegów. Oficerowie prowadzący z reguły namawiali delatora, aby jeszcze głębiej wszedł w środowisko, czasami nawet zlecali, aby „znalazł sobie sympatię wewnątrz grupy”. Delatorzy musieli bowiem jednocześnie pozyskać zaufanie dwóch wrogich sobie środowisk: zbuntowanych studentów i oficerów SB. TW „Żelisław” doniósł 6 maja 1966 roku o spotkaniu z „komandosem” Wiktorem Nagórskim: „rozmawialiśmy na temat zakładu (interesował się tym), możliwości pracy wśród załogi. Przyznawał słuszność moim (podkr. - bś) koncepcjom pracy z załogą w oparciu o sprawy materialne, wykazywania nierównej, złej dystrybucji.” Jednocześnie delator opowiedział Nagórskiemu o „swoich kłopotach mieszkaniowych. /Nagórski/ zaproponował mi sam mieszkanie u niego przez miesiąc czasu. Rozmawiał o tym z ojcem, który nie stawiał sprzeciwu.” Przyjmujący informację kapitan SB Andrzej Kwiatkowski dał „Żelisławowi” następujące zadania: „TW polecono nadal wykonywać omówione szczegółowo na poprzednim spotkaniu zadania odnośnie Nagórskiego… Starać się ma nadal możliwie maksymalnie zacieśniać kontakt na płaszczyźnie spraw towarzyskich. Z propozycji zamieszkania u N/agórskiego/ ma skorzystać.” (MSW, 1, s. 670)

Bycie delatorem w wielu wypadkach nie było wyborem pracy, lecz egzystencji. Zaś  egzystencję delatora cechował paradoks: aby być dobrym donosicielem, należało być jak najbliżej osoby inwigilowanej, poznać jej myśli i uczynki, ideały i wątpliwości. Należało jeść z nią śniadanie, rozmawiać wieczorami i przy obiedzie. Bowiem tylko przyjaciela można było naprawdę zdradzić. Sytuacja tak konsekwentnego donosicielstwa również została odnotowana w publikacji IPN  - chodzi o żonę Pawła Jasienicy, która przez cały czas ich małżeństwa była okiem i uchem SB. Wiele osób nadal zastanawia się, jak mógł o tym nie wiedzieć pisarz, który potrafił odgadnąć intrygi największych królów i polityków polskich? A jednak ta sytuacja była możliwa i bynajmniej nierzadka. Sam byłem w podobnej, ufając osobie, z którą opuściłem Polskę…. Czy próba pozyskania owego „podwójnego zaufania” – jednocześnie w środowisku „buntowników” i tajnych organów władzy była czymś dla Polaków normalnym, skoro tak wiele osób uczestniczyło w tym procederze? Czy raczej była ona anomalią osobowościową, chorobą psychiczną, o której kiedyś będą dyskutować psychologowie na seminariach poświęconych „osobowości totalitarnej”? Wydaje się, że TW „Żelisław” bez trudu żył jednocześnie w dwóch wrogich sobie światach – a jednocześnie nie sprawiał wrażenia osoby niezrównoważonej. W mieszkaniu Nagórskiego był jednym z protestujących studentów, podpowiadał mu nawet jak należy „pracować z załogą”, zaś z kapitanem SB był lojalnym wobec władzy, posłusznie donoszącym obywatelem. Może właśnie ta zamiana ról i osobowości była czymś atrakcyjnym w szarym PRLu, może to ona właśnie rajcowała delatora? W kraju, gdzie donosicielstwo było zalegalizowane i zorganizowane, a władza oczekiwała od obywatela ujawnienia prawdy „na rozkaz”, prawdomówność sygnalizowała status poddanego. Kłamstwo zaś, choć nie skierowane do władzy (bo strach!) ale do naiwnego kolegi, pozwalało na ekspresję własnej osobowości. Ten oksymoron moralny wyraził Kołakowski w latach 1960-tych w zdaniu: „prawdomówność jako ideał moralny jest milczącym uznaniem własnej sytuacji poniżonego”. Kłamstwo pozwalało delatorowi na pewną manipulację oboma światami, w których się obracał. Kłamanie (całkowite) koledze i (dużo ostrożniejsze) oficerowi SB zezwalało delatorom na tworzenie niekonwencjonalnych osobowości.

Warto zastanowić  się nad korzyściami, jakie delatorzy zyskiwali dzięki współpracy z SB. Zapewne nie zawsze chodziło o wynagrodzenie pieniężne i nie tylko o poczucie bezkarności. Delatorzy zyskiwali przecież „podwójną” wolność słowa, skoro bez strachu mogli mówić studentom najbardziej niedopuszczalne rzeczy, a pracownikom SB podsuwać pomysły ujarzmienia „rozrabiaczy na uczelniach”. Skoro w rządzonej autorytarnie Polsce nie było miejsca dla otwartych dyskusji i wymiany argumentów, być może niektórzy ambitni dziennikarze i pisarze, poeci i eseiści w ten właśnie sposób pragnęli wpływać na decyzje rządzących? Może mówili sobie, że robią to „dla kraju”?  Że „są patriotami”?

Jakie prawdy głosili – a może raczej tworzyli - owi TW? Nie byli, jak widać, chłodnym, wszystko ukazującym lustrem. Ich raportami nierzadko kierowała strategia „trzech S” – były one selektywne, subiektywne i pragnęły stworzyć rzeczywistość. Zapewne delatorzy w złym świetle przedstawiali oficerom prowadzącym tych, których nie lubili i być może przemilczali pewne zdarzenia, które mogły zagrozić osobie, do której czuli sympatię. TW nie byli zatem – chociaż tak właśnie się z reguły przedstawiają – osobami zastraszonymi, niewolniczo posłusznymi SB. W wielu wypadkach mieli własne interesy i cele na oku, i kierowali się świadomą strategią, aby te cele osiągnąć. Byli czynnymi współtwórcami dramatycznego trójkąta: opozycja-TW-SB.

Czy raporty kłamią?

Aby odpowiedzieć  na to pytanie postanowiłem zbadać w ilu dotyczących mnie wypadkach SB istotnie kłamała, a w ilu przedstawiała rzecz zgodnie z prawdą, a mówiąc ostrożniej: z prawdopodobieństwem, kontrolowanym przez pamięć. Posługuję się tutaj najzwyklejszym, realistycznym rozumieniem prawdy (i prawdopodobieństwa) jako zgodności wypowiedzi z opisywanym faktem, na bok odsuwając inne jej rozumienia, na przykład konstruktywistyczne, nieadekwatne według mnie do omawianych sytuacji. Taka realistyczna definicja prawdy była akceptowana i używana powszechnie przez niepokornych w latach 1950-tych i 60-tych, także przez uczestników działań Marcowych.

W dwóch pierwszych tomach „marcowych” publikacji wymieniony jestem 13 razy. Informacje mówią między innymi o moich nader skromnych działaniach i nieco mniej skromnych znajomościach z przywódcami komandosów, a także o mojej obecności na odczycie prof. Kołakowskiego w 1966 roku i o tym, że zabrałem wówczas głos… ale co mówiłem, nie zostało opisane, w PRLu wystarczyło samo zabranie głosu, groziło mi za to usunięcie z Uniwersytetu, którego wszak ideałem była wolna dyskusja. W 11 wypadkach informacje delatorów są zgodne lub niesprzeczne z moją pamięcią; chyba to niezły rezultat. Ale by odpowiedzieć na pytanie, czy możemy całkowicie zawierzyć esbeckim raportom, chciałbym teraz podzielić się z czytelnikiem dwoma całkowicie nieprawdziwymi doniesieniami dotyczącymi mojej marcowej działalności.

Oto pierwszy przykład. 19 października 1967 roku zastępca komendanta MO do spraw bezpieczeństwa pisze „tajną informację” dla wicedyrektora departamentu III w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych: „w ostatnim okresie czasu uzyskano informacje wskazujące na stopniowe aktywizowanie się grupy studentów Uniwersytetu Warszawskiego powiązanych z Adamem Michnikiem i K. Modzelewskim… A. Michnik i osoby z jego najbliższego otoczenia podejmują próby rozszerzenia swej działalności na inne warszawskie uczelnie. W pierwszym rzędzie dążą do utworzenia, podobnych jak na UW, grup na Politechnice oraz SGPiS. Główną rolę na Politechnice odegrać ma Bronisław Świderski, który ostatnio został zaangażowany do pracy w redakcji tygodnika PW „Politechnik”. Poza pracą publicystyczną ma on organizować grupy prowadzące w sposób konspiracyjny szkolenia i dyskusje polityczne.” (MSW, I, s.808-9)

Cóż za wspaniały nonsens! To wydarzenie byłoby nader dla mnie chwalebne, gdyby była to prawda. Niestety. Michnik doskonale wiedział, że nie nadaję  się do takiej działalności i nigdy mi nic nie zlecał (poza jednorazową prośbą o zastąpienie go przy odpowiedziach na listy czytelniczek pisma kobiecego, gdzie Michnik dorabiał pod pseudonimem: wybaczcie mi, polskie kobiety!). W istocie, nieco wcześniej i z własnej woli napisałem polemiczny artykuł dla oficjalnego choć wydawanego w ograniczonym nakładzie pisma Politechniki. Wiedziało o tym niewiele osób. Nieprawdziwa była także informacja o „zaangażowaniu mnie do pracy” w piśmie: nikt mi tego nigdy nie proponował. Tajny współpracownik, który doniósł o mnie SB, mój dobry znajomy, ba, przyjaciel, wbrew (dobrze znanej sobie) prawdzie przypisał mi wysoką rolę w grupie Michnika, zapewne z powodów osobistych, aby mnie zniszczyć. Jego intryga miała podwójne dno, bo jednocześnie wobec SB przedstawił siebie jako człowieka wiele wiedzącego – a przynajmniej wiedzącego więcej od innych tajnych współpracowników – a zatem niezbędnego dla tej instytucji. A może chciał wypróbować ową podniecającą możliwość niszczenia innych za pomocą SB? Manipulacja SB przez delatorów była właśnie dlatego dość łatwa (oczywiście, do pewnej granicy), że MSW nie szukało tzw. prawdy obiektywnej. Chcąc zniszczyć dysydenta uznawało także jego przerysowany portret za prawdę… Powyższy przykład podważa nieco wiarygodność esbeckich dokumentów: gdy tajny współpracownik lub kontakt operacyjny był inteligentny i miał własny cel, niesłychanie trudno było SB zweryfikować i ustalić prawdę zgodną z faktami.

Przykład drugi. W innej publikacji, omawiającej sprawy marcowe w Krakowie i posługującej się tymi samymi, esbeckimi materiałami, tak opisany został proces warszawsko-krakowski, zakończony  26 września 1968 roku: „przebieg procesu był nagrywany na taśmę magnetofonową i obserwowany przez obecnych na sali funkcjonariuszy SB. Według ich informacji w pierwszym dniu na Sali rozpraw znajdowali się rodzice i bliscy Neugera (wówczas mojego krakowskiego przyjaciela - bś) oraz Baumrittera (mojego warszawskiego przyjaciela - bś) oraz grupa około 10 studentów. Obecny był także Bronisław Świderski z Warszawy. W ocenie SB pojawił się po to, aby się zorientować, czy w zeznaniach krakowskich studentów nie ma materiałów obciążających studentów warszawskich. Sam przebieg rozprawy miał być wykorzystany przez obronę w przygotowywanym procesie A. Michnika” (JK, s. 307).

Była to nieprawda: pojechałem nie jako wysłannik Michnika – z którym w tym czasie nie miałem żadnego, nawet pośredniego kontaktu – ale dlatego, że uwięziono moich dwóch przyjaciół. Pojechałem motywowany przyjaźnią – ale właśnie pojęcia przyjaźni nie było, jak się okazało, w słowniku esbeckim. Zapewne dlatego, aby wytłumaczyć moją obecność na krakowskim procesie w języku zrozumiałym dla nich i przełożonych, SB nadało mi wysoką rolę emisariusza warszawskich studentów. Także z tego powodu należy krytycznie czytać „dokumenty SB” – kłamstwa dotyczyły nie tylko tego, co widzieli, ani tego, co mniej lub bardziej świadomie mogli przeinaczać, ale wynikały także  - a może nawet przede wszystkim - z bardzo szczupłego słownika esbecji, który nie zawierał podstawowych pojęć egzystencji i nie mógł wyrażać skomplikowanej ludzkiej prawdy, gdyż programowo, niejako z góry, jako założenie odrzucał wielorakość motywów i działań, redukując wszystko do dwóch postaw politycznych – „za” i „przeciw”.

Co mogła wiedzieć  o rzeczywistości policja polityczna, która nie brała pod uwagę motywu przyjaźni? Piszę to przed wydaniem kolejnych tomów dokumentów. Mam nadzieję, że będą one zawierały moje zeznania podczas marcowych procesów. Byłem świadkiem obrony Barbary Toruńczyk, której oskarżenie zarzuciło kontakty z wywiadem zachodnioniemieckim – a oskarżenie takie nawet w czasach poststalinowskich należało traktować bardzo poważne. Ponieważ było ono wyssane z palca, a wyrok z góry ustalony (ten sąd byłby śmieszny, gdyby nie miał władzy życia i śmierci), uznałem, że należy rzecz wykpić i odpowiedziałem:

- Tak, wysoki sądzie, znam pewnego niemieckiego szpiega – to kapitan Kloss…

Naśladowałem, chociaż zapewne nieświadomie, postawę błazna z eseju Leszka Kołakowskiego. To, że miałem błazeńską odwagę opowiedzieć  niesprawiedliwemu sądowi treść telewizyjnego serialu, nadal uważam za powód do dumy.


Pełny tekst eseju pt. „Prawda w czasach przemocy” został opublikowany w Przeglądzie Politycznym nr 96 / 2009.

*Bronisław Świderski (ur. 1946) – polski pisarz i publicysta. Studiował na Wydziale Socjologii i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, skąd został relegowany w marcu 1968 roku. Wiele lat pracował w kopenhaskim Centrum Badawczym Sørena Kierkegaarda. Współpracuje m.in. z „Res Publiką Nową”, „Plusem Minusem” i „Przeglądem Politycznym”. Od 1970 roku mieszka w Danii.
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 31.05.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.11061 Seconds