NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sutowski: Zjeść ciastko i mieć ciastko Drukuj
Michał Sutowski   
05.02.2012

„Rosnące nierówności dochodowe to tykająca bomba społeczna”. Kto to powiedział? Zygmunt Bauman? A może Benedykt XVI postanowił jeszcze raz przeczytać społeczne encykliki poprzednika? Może wreszcie jakiś polityk północnoeuropejskiej socjaldemokracji – koniecznie w opozycji – trzeźwo przypomniał kolegom z rządu o zapomnianych oczywistościach? Tym razem nie – przed nadmiernym rozwarstwieniem w Europie ostrzega ober-kapitalista Josef Ackermann, prezes Deutsche Bank. Javier Solana powtarza, że „tylko wzrost przywróci ludziom pracę i pozwoli spłacić długi”. Joschka Fischer wróży klęskę tym politykom, którzy zlekceważą wybuchowy potencjał polityki cięć i braku wiarygodnych nadziei na poprawę sytuacji. Politycy, bankierzy i komentatorzy z samego centrum mainstreamu widzą, że obecna polityka antykryzysowa w Europie prowadzi do katastrofy. 


Spektakl z szansą na tragiczny finał jakby mało kogo w Polsce obchodził – największy problem polskich mediów po ostatnim szczycie w Brukseli dotyczył tego, czy w europejskim pociągu pojedziemy drugą klasą, czy raczej trzecią. To znaczy, na ile szczytów nas zaproszą. Minister Rostowski zapewniał, że w negocjacyjnym starciu z Francją ugraliśmy „aż 70 procent”, bo zaproszą nas tam, gdzie mowa będzie o konkurencyjności, bo spotkania eurolandu będą zaraz po szczytach całej Unii, bo ich porządek będzie wspólnie konsultowany. Dostaliśmy, ile było można – brzmi przesłanie rządu. Niewykluczone, że słuszne. Rzecz tylko w tym, że nasz udział – bądź jego brak – w europejskich szczytach to nie jest dziś najważniejszy problem.  


I tak np. dyskusja o kształcie przyszłej unii fiskalnej będzie bezprzedmiotowa, jeśli głęboki kryzys utrzyma się przez wiele lat. Bez długotrwałego wzrostu gospodarczego nie będzie ani pogłębienia integracji, ani transferów unijnych pieniędzy na fundusze spójności, być może nie będzie nawet Unii Europejskiej w obecnym kształcie. Scenariusz jest prosty. Elity polityczne wszystkich państw narodowych za cięcia obwiniają Brukselę bądź Berlin – nie bez słuszności zresztą, bo to kanclerz Angela Merkel obstaje przy polityce uporczywego równoważenia budżetów, bez względu na konsekwencje. Obecnie trwają przepychanki wokół kolejnej transzy pomocy dla Grecji, która w marcu musi obsłużyć 16,5 miliarda euro zadłużenia. W podobnej sytuacji jest Portugalia, której obligacje dziesięcioletnie oprocentowane są już na 17 procent – żadna gospodarka świata nie jest w stanie spłacać takich odsetek. Do pomocy Włochom – mimo zmiany premiera na poważnego polityka – nikt się specjalnie nie pali.

  

W każdym przypadku dotychczasowa polityka warunkowania i tak spóźnionej pomocy drastycznymi cięciami prowadzi do trojakich skutków. Po pierwsze cięcia grożą wybuchem społecznym i wzrostem narodowych populizmów – nie tylko utrudniając odbudowę gospodarek, ale i zagrażając istnieniu Unii w jej obecnym kształcie poprzez tendencje do renacjonalizacji. Po drugie cięcia dobijają ledwie dyszące gospodarki, obniżając produkcję, zmniejszając zatrudnienie – i w efekcie zmniejszając przychody do budżetów (a inwestycje w produkcję to ostatnia rzecz, na jaką sektor prywatny ma w takiej chwili ochotę – nie zrównoważy więc braku wydatków publicznych). Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby zrozumieć, że cięcia warunkujące pomoc na spłatę długów powiększają tylko ryzyko bankructwa i zarazem zwiększają istniejące długi – jak rzadko trzeźwy w swych prognozach MFW nie przewiduje na najbliższe lata znaczącej ich redukcji, pomimo ogromnych wyrzeczeń. Jest jeszcze trzeci element – wyolbrzymiona przez media pomoc w połączeniu z realnymi skutkami jej warunków (obniżenie poziomu życia i w konsekwencji protest) dają wrażenie, że oto znów Niemcy (Austriacy, Finowie) ciężką krwawicą zarobione euro dolewają greckim (portugalskim, hiszpańskim, włoskim) nierobom do basenów. I stąd biorą się populizmy bogatych – więcej suwerenności, mniej solidarności. No chyba, że się sprywatyzują, albo wyprzedadzą – w niemieckiej prasie pół serio rozważano przekazanie Niemcom urokliwych greckich wysepek w ramach rozliczenia za niespłacone kredyty. 


Noblista Paul Krugman woła na puszczy, że to nie „fiskalne rozpasanie” rządów, ale długi prywatne wywołały globalny kryzys. Że długi publiczne (poza przypadkiem Grecji) to efekt, a nie przyczyna załamania roku 2008 – liberalna do bólu Irlandia przed kryzysem miał 25 procent długu publicznego, dziś ma 120. Że kryzys inwestycji sektora prywatnego – czego przekonująco dowiódł niegdyś Keynes – wymaga interwencji państwa, a nie dodatkowych cięć. Państwo nie „wypycha” z rynku inwestycji prywatnych, kiedy tych po prostu nie ma – trzeźwy inwestor prywatny nie ulokuje pieniędzy w kraju zagrożonym bankructwem czy wręcz wojną domową.
Co robić? Ekonomiści wiedzą, politycy się boją. Problemem nie jest deficyt budżetu, tylko sposób jego wydatkowania – np. na sensowne inwestycje infrastrukturalne bądź badania podstawowe, przynoszące zwrot w dłuższej perspektywie, ale od razu tworzące miejsca pracy i dźwigające całą gospodarkę do góry. Sam dług publiczny to też nie katastrofa (Japonia ma 200 procent i żyje – niezbyt dobrze, ale nie z tego akurat powodu), kłopotem jest koszt jego obsługi. A ten wynika z zaufania inwestorów do państwa – groźba bankructwa to w pewnym sensie samospełniająca się przepowiednia. Oprocentowanie greckich obligacji będzie tym wyższe, im częściej EBC, MFW i Żelazna Kanclerz zagrożą, że albo cięcia, albo… Inwestorzy – mimo ideologicznych skłonności do fiskalnej obsesji – rozumieją, że od pewnego momentu cięcia prowadzą na równię pochyłą. Chcąc nie chcąc, przyspieszą ten bieg, żądając wyższych odsetek za pożyczone przez siebie pieniądze.


Skoro koszt obsługi długu wynika z poziomu zaufania – zniesienie ryzyka bankructwa przez wzajemną solidarność za długi (w formie deklaracji EBC, poprzez euroobligacje) obniżyłoby odsetki długów zagrożonych państw do rozsądnego poziomu. To odciążyłoby ich budżety od horrendalnych obciążeń i pozwoliłoby je zrównoważyć bez samobójczych cięć. Zamiast kolejnych transz doraźnej (niewykluczone, że i tak utopionej) pomocy, można by np. wesprzeć banki tak, by odtworzyć linie kredytowe na inwestycje w gospodarce – bardziej prawdopodobne, gdy państwu nie grozi bankructwo. Do tego – podatek od transakcji na rynkach finansowych. Pierwszych do bail outu, ostatnich do płacenia publicznych danin – gigantyczną nacjonalizację strat w roku 2008 mogłoby więc zrównoważyć chociaż częściowe „upublicznienie” zysków. Minimalny krok w tę stronę stanowi niedawna propozycja prezydenta Sarkozy’ego.


Wracając na grunt polityczny – wdrożenie wszystkich, bądź chociaż części tych recept wymaga porzucenia przez Angelę Merkel logiki rodem z brukowców w rodzaju „Bilda” i sondażowych słupków. Nikt w Europie nie ma wątpliwości, że szczyt z 30 stycznia służył głównie polityce niemieckiej, i to tej wewnętrznej. Miał pomóc w stworzeniu wizerunku Merkel jako twardej zbawicielki Europy, która nie pozwoli jej upaść, pod warunkiem jednak, że podopieczna weźmie się do roboty. Problem tkwi niestety w szczegółach. Gdyby bowiem potraktować rozsądną dyscyplinę fiskalną w Europie (nawet Keynes nie był zwolennikiem trwałych deficytów!) jako warunek solidarnościowej polityki UE (redukcji długów, zasady wzajemnej odpowiedzialności) – gra byłaby warta świeczki. Koncesja (czasowa, a nie zapisana w konstytucjach!) na rzecz niemieckiej obsesji konsolidacyjno-inflacyjnej w zamian za euroobligacje, za unię fiskalną, za solidarność w długach, a przeciwko szaleństwu rynków finansowych – to nie najgorszy z możliwych układów. Tyle tylko, że na razie mało prawdopodobny. Na razie są cięcia za niedostateczną i niepewną pomoc i pusta forma unii fiskalnej bez wzajemnej solidarności. Nie bez słuszności jeden z komentatorów nazwał planowany pakt fiskalny starym „Paktem Stabilności i Wzrostu podniesionym do rangi konstytucyjnej”. I przypomniał, że Pakt (ten z początku lat 90.) nie zapobiegł, jak wiadomo, obecnemu kryzysowi. 


Polska znajduje się zatem w trudnej sytuacji. Strategię Radka Sikorskiego można rozumieć tak: lojalne poparcie dla stanowiska Niemiec, w zamian za ich walkę o utrzymanie funduszy strukturalnych w korzystnym dla nas kształcie i mediację pomiędzy nami a Francją w sprawie szczytów strefy euro i szerzej, „przenikalności” dwóch Europ różnych prędkości. W tej drugiej sprawie można rządowi tylko przyklasnąć. Z tą pierwszą jest już nieco gorzej. Wiele bowiem wskazuje na to, że gospodarcze pomysły Angeli Merkel nie wyprowadzą Unii Europejskiej z kryzysu – sytuacja w Grecji, Włoszech i Portugalii sugeruje coś wręcz przeciwnego. A przedłużający się kryzys, nie wykluczając bankructw kilku krajów UE, to w najlepszym razie mniejszy tort funduszy strukturalnych do podziału, w najgorszym razie tortu brak. Przedłużająca się stagnacja w państwach takich, jak Grecja czy Portugalia, ale bez bankructwa – to bodziec do przesunięcia funduszy na ich korzyść. Sensowne posunięcie z punktu widzenia całości Unii – ale dla nas katastrofalne, jeśli szybko nie znajdziemy impulsów wzrostu innych niż strumień euro od brukselskiego wujka.


W tej sytuacji należy liczyć na to, że zasada rzeczywistości nie pozwoli europejskim elitom trwać zbyt długo przy polityce gospodarczo zabójczej dla Grecji, Portugalii, Włoch czy Irlandii. Zabójczej również politycznie dla całej Unii. Nie wszyscy politycy Europy wspierają bezwarunkowo logikę cięć – na czele z prezydentem Francji, którego pomysły instytucjonalne (zamknięta, międzyrządowa integracja strefy euro) muszą budzić sprzeciw, ale gospodarcze (podatek od transakcji kapitałowych) zasługują na uznanie. Wciąż są szanse na negocjacje antykryzysowej polityki – być może w kwestii „co w zamian za dyscyplinę budżetową” nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa. Polska postawa jest dwuznaczna. Optujemy za polityką cięć (u Greków) i twardą „dyscypliną budżetową” (kotwica długu w konstytucji!), korzystając zarazem z obfitych subsydiów z UE – którym na dłuższą metę ta „dyscyplina” zagraża.


Co dalej? Negocjacje dotyczące polityki antykryzysowej w obecnych ramach odbędą się niejako obok nas. Czy same ramy można zmienić? Z pewnością – jeśli elity unijne zorientują się, że bankructwo Grecji, Portugalii i Włoch nie przysłuży się nikomu, z wyjątkiem nacjonalistycznej ekstremy. Jeśli posłuchają Oburzonych, nie czekając na Marine Le Pen. Jeśli odejdą od ideologicznych dogmatów, które z neokońskich think-tanków zawędrowały do niemieckiego ministerswa finansów, i od populistycznego cynizmu rodem ze szpalt Springerowskich tabloidów. Joschka Fischer twierdzi, że „wyborcy surowo ukażą tych, którzy pozwolą Europie upaść”. Lepiej nie czekać na wymiar kary.


Komentarze
Dodaj nowy
kot   |06.02.2012 10:32:25
Sytuacja jak z Titanica. Nie po raz pierwszy w historii gdy dzieje się coś
naprawdę ważnego następuje eksponowanie z pominięciem tego co jest istotą
zagrożenia.
W rządzie Tuska nikt nie wie o co toczy się gra, a jeśli wie to bez
rozeznania skali zagrożeń. Jako drugorzędni gracze europejscy czują się
zwolnieni od odpowiedzialności. Ekonomiści są albo bezradni albo lobbują jakieś
interesy.
System (nie kapitalizm) wyczerpał swe możliwości.Ujawnia się z wielką
siłą interes klasowy krótkookresowy, a więc w rezultacie samobójczy.
- Mama
Merkel walczy o interes Niemiec
i reelekcje (Takie są prawa demokracji), która
w takich wypadkach nie stoi na wysokości zadań.
Wszyscy myślą -jakoś to
będzie.
"Droga cięć" jest najgorszą z możliwych -jest drogą
lemingów.
W końcu jedyne co w tym daje się dostrzec racjonalnego to -zyskać na
czasie, aby mogły dokonać się konieczne
dostosowania. Ale ten aspekt nie
uwzględnia innych zagrożeń, które powstają, sygnalizowanych przez Michała
Sutowskiego: uruchomienie negatywnych partykularnych, agresywnych sił
społecznych.
Slawczan  - Wielkie kombinacje…   |06.02.2012 14:12:04
Cała działalność unijnych decydentów przypomina mi zasadę ,że ,,wszystko musi
się zmienić by nic się nie zmieniło". Nikt nie stara się opodatkować sektora
finansowego, którego szaleńcza pogoń za zyskiem (jakimkolwiek) ,wymuszana
prowizyjnym systemem wynagrodzeń wpakowała nas w ten kryzys. Oczywiście neolib
powie to rządy są winne ,,bo pożyczały" Ale to jest tłumaczenie się idioty,
który pożyczył kasę lumpowi z dworca tylko po to by móc sobie w tym roku zapisać
w bilansie i dostać prowizje od sprzedanego produktu. Jak będzie ze spłatą - to
już problem mojego następcy…
Innym ,,jakiem" starannie omijanym jest
kwestia rajów podatkowych - bez kryminalizacji posiadania kont i transakcji w
tych miejscach nie ma szans na jakąkolwiek efektywną politykę fiskalną oprócz
tej jaka obecnie panuje - utzrymanie aparatu państwowego spada TYLKO na
niezamożną część społeczeństw - VAT musimy płacić wszyscy a na rezydenturę
podatkową ,,raju" szans brak.
Niezmienianie ekonomicznych aksjomatów - NIE
dla podatków dla bogaczy, korporacji i transakcji finansowych(a takiej woli nie
ma żadna partia europejskiego mainstreamu) prędzej czy później spowoduje
zwrócenie sie społeczeństw w strone co raz groźniejszego populizmu…
Grigorij  - Czy aby na pewno?   |07.02.2012 07:19:18
Dwa male uzupelnienia.
Po pierwsze, Radek Sikorski nie obiecywal Niemcom
poparcia za wsparcie, tylko apelowal, zeby wzieli sie za bary z kryzysem
(sprytnie ich podpuszczal, mowiac, ze "obawia sie niemieckiej
bezczynnosci").
A co do solidarnosci tak różnych gospodarek, to obawiam
sie, że ten klub byłoby stać na ‘euroobligacje, unię fiskalną, solidarność w
długach’ dopiero po wykluczeniu Grecji (przynajmniej). W obecnym składzie
gospodarczo byłoby to samobójstwem dla całej strefy. Z kolei politycznie
wyrzucenie z euroklubu wydaje się niestrawne. Jak dotąd dominuje polityka, na
całe szczęście. Jeśli Grecy sami sobie tej krzywdy nie zrobią, to nikt pierwszy
ręki nie podniesie.
Edekzkrainykredek   |10.02.2012 10:20:48
Przedstawiona w tekście koncepcja "solidarności za długi" jest nie do
zrealizowania dopóki nie ma narzędzi nadzoru pozwalających jednym solidarnym
panstwom zablokować irracjonalne zadłużanie sie innych solidarnych państw. W
obecnej sytuacji wejście w taki układ to taktyka kamikaze i zachęta dla bardziej
populistycznych i krotkowzrocznych rządów do zadłużania sie w imię
partykularnych interesów kosztem bogatszych solidarnych kolegów po fachu.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 06.02.2012 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.82588 Seconds