|
Sutowski: Z billboardu na wiec? |
|
|
Michał Sutowski
|
|
23.09.2010 |
—
Koniec wyborczych billboardów? Nigdy więcej uśmiechu posła Gowina na secesyjnej fasadzie? Telewizja wolna od pustych lodówek, Anny Cugier-Kotki i „prezydenta z wąsami” w otoczeniu rodziny? I do tego jeszcze – przyzwoity think-tank przy każdej partii? Nie, to nie okupacja francusko-niemiecka. To nowy pomysł PO.
Partia władzy przygotowała projekt zmiany reguł prowadzenia kampanii wyborczej. Inspiracją są wzorce francuskie (zakaz płatnej reklamy wyborczej w radiu, telewizji i na wielkich billboardach) i niemieckie (każda partia ma przeznaczyć minimum ¼ państwowej subwencji na fundację polityczną, tzn. zaplecze eksperckie). Jak to działa? Niemieckie Fundacje Eberta (SPD) czy Heinricha Bölla (Zieloni) organizują mnóstwo otwartych debat i zamkniętych konsultacji, zlecają badania i socjologiczne raporty a nie tylko kolejne sondaże i PR-owskie strategie. We Francji kandydaci na prezydentów, posłów, merów czy radnych zmuszeni są bezpośrednio spotykać się z ludźmi – przestrzeń „reklamowa” (spoty w telewizji i internecie, miejsce na plakaty) jest rozdzielona równo a jej dokupowanie jest zabronione przez prawo. W wyborach liczy się może nie program, ale przynajmniej wyborcza strategia, sensowna narracja – a nie tylko budżet na reklamy, breloczki, kubki i kiełbasę.
Projekt Platformy najmocniej uderza w PiS, który nie ma w mediach – tych najważniejszych – dobrej prasy. Stracili „Rzeczpospolitą”, w Telewizji Publicznej też zaczynają się pakować. Do tego platformiany rząd i prezydent korzystają w mediach z „renty” sprawowania urzędów. To newsy z ich działalności dają partii dodatkowy czas – i dodatkową okazję wbicia ich wizerunków wyborcom do głów. Niemożność wykupu czasu antenowego w kampanii wyborczej pogłębia tę asymetrię – i właśnie dlatego Adam Hofman z PiS użala się, że projekt PO ogranicza „kampanię a przez to i zasady demokracji”.
Na krótką metę zakaz płatnej reklamy wyborczej wspiera partię władzy i dobija PiS, który poza obroną krzyża nie ma już wyborcom wiele do powiedzenia. W niewielkim stopniu poprawia sytuację tych partii i środowisk, których na dodatkowe spoty i tak nie stać. Zapewnia jednak minimalną równość w przestrzeni medialnej wszystkim ugrupowaniom – poza rządzącym. Z czasem być może podwyższy nieco poziom debaty – dziś większość polityków nie zna wyników elementarnych badań społecznych ani ideowych założeń własnych opcji. Czy zatem Paryż (i Berlin) warte są mszy? Pewnie tak – polityczny wiec i ekspercka debata to bardziej demokratyczne formy kampanii niż rozlepieni na mieście, podszlifowani Photoshopem Ziobro z Niesiołowskim.
W dłuższej perspektywie najistotniejszy będzie sposób samego finansowania partii – a nie tylko podziału przyznanych im już pieniędzy. System dzisiejszy faworyzuje tych, którzy się już do sejmu załapali – wypycha z wielkiej polityki nowe ruchy społeczne i partie skupione wokół nowych problemów. Jednym słowem – „betonuje” zastany układ. Pomysły na likwidację finansowania partii z budżetu państwa to najprostsza droga do oligarchizacji – a w polskich warunkach do monopolu PO na wiele lat. Realną zmianę przyniosłoby oderwanie subwencji dla partii od liczby głosów zdobytych w ostatnich wyborach – np. przez obywatelskie, równe od wszystkich „cegiełki” przyznawane wybranej partii. Obecna propozycja Platformy to raczej przykład na to, jak wiele jest w stanie zrobić ta partia dla wyrównania szans – wszystkim poza nią samą.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 23.09.2010 )
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...