 Czy terroryści wygrali? Dziewięć lat po atakach z 11 września odpowiedź nie jest oczywista. Od deklaracji ich towarzyszy, którzy co jakiś czas dają znać o sobie w Afganistanie, Iraku czy na Kaukazie, więcej mówi nam polityka - i atmosfera - w państwach Zachodu. Doskonałym przykładem jest sprawa meczetu i islamskiego centrum kultury (tzw. Park 51), które powstać mają tuż przy samym Ground Zero - miejscu dawnych wież World Trade Center.
Islamski triumfalizm! - krzyczy republikański jastrząb Newt Gingrich i zrównuje muzułmanów z nazistami. Sarah Palin mówi o prowokacji a członkowie rodzin ofiar 11 września (niektórzy) skarżą się, że 13-piętrowe centrum przyćmi pomnik upamiętniający ich bliskich. Co prawda, burmistrz Nowego Jorku Bloomerg w natchnieniu - ze Statuą Wolności w tle - przekonuje, że oddajemy ofiarom cześć, broniąc tych praw i wolności, które terroryści zaatakowali, tzn. wolności religijnej i tolerancji. Podobnie prezydent Obama broni idei budowy centrum deklarując, że amerykańskie wolności religijne muszą pozostać niewzruszone. Centrum chyba w końcu powstanie. Nie zmienia to jednak faktu, że w mediach pyta się na poważnie: czy muzułmanin to terrorysta? Problem zagrożenia fundamentalizmem zredukowano do szans ekspansji jednej religii. Symboliczna obecność muzułmanów na miejscu wrześniowego ataku ma być policzkiem wymierzonym ofiarom terroryzmu. Jak mówi publicysta „The Nation”: Gdybym był Ben Ladenem, tańczyłbym w swej jaskini ze szczęścia.
Celem religijnych fundamentalistów nie jest terroryzm - to zaledwie środek do budowy społeczeństwa opartego na wskazaniach Księgi. Nie tylko Koranu, bo np. w USA nie brak piewców apokalipsy chrześcijańskiej a nawet żydowskiej. Z Koranem, Biblią czy Torą, fundamentaliści potrzebują jednak społecznego materiału: odrzuconych, wykluczonych, sfrustrowanych. Niekoniecznie biednych i głupich - w końcu, jak pisze Gilles Kepel w swej Zemście Boga, ulubionym autostereotypem islamskich bojowników jest wizerunek opatulonej w chustę ze szparką na oczy studentki, pochylonej nad mikroskopem. To zawsze jednak ludzie jakoś nieakceptowani - pariasi kapitalizmu lub dominującej kultury. Ideologii dżihadu nie mają w genach - ich zazwyczaj „letni” religijnie rodzice to „bierne sługi” Wielkiego Szatana. Religia - w jej wersji totalnej, politycznej - to ideologiczny efekt a nie źródło problemu. Stoi za nią brak poczucia więzi z resztą społeczeństwa. To nie meczet tworzy wokół islamistyczne getto, jak chcieliby zachodni islamofobi. To wykluczenie ze wspólnoty obywateli - materialne i symboliczne - czyni człowieka podatnym na apokaliptyczną narrację o zgniłej Cywilizacji Śmierci.
Gdzie indziej jest jeszcze gorzej. Np. francuski prezydent nie ma pomysłu na rozwiązanie problemów społecznych, więc otwarcie je wiąże z pochodzeniem etnicznym - muzułmanin i Arab zlewają się w jedno. Niesławny zakaz noszenia chust wypycha muzułmańską młodzież z systemu publicznej oświaty i piętnuje jako potencjalnych radykałów - dokładnie po myśli fundamentalistów. Podobny efekt mają rasistowskie tezy amerykańskich Republikanów, że każdy meczet to potencjalna wylęgarnia żywych bomb. Wygląda na to, że 9 lat po 11 września dżihad dorobił się własnych „pożytecznych idiotów”. Tekst ukazał się w „Przekroju” z 7 września 2010.
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...