|
Polska to kraj „poddostawców” – słusznie zauważył kiedyś Jan Krzysztof Bielecki. Budujemy montownie zamiast laboratoriów high-tech. Świadczymy tanie usługi i tanią pracę – bo na jej niskich kosztach (trzecie najniższe w Europie) oparliśmy nasz model transformacji. Niewiele wydajemy na badania i rozwój (relatywnie trzy razy mniej niż Czechy, sześć razy mniej niż Finlandia, a wydatki… spadają). Nic zatem dziwnego, że nasz rynek pracy nie potrzebuje wielu specjalistów, choćby i nasze uczelnie zdołały ich wykształcić. Nasza gospodarka jest energochłonna, do tego emituje – jak na swoje rozmiary – horrendalne ilości CO2. Nasze elektrownie, oparte głównie na węglu, nadają się do rychłej wymiany – nie tyle przez zdemonizowany pakiet klimatyczny, ile przez to, że 80 procent polskich bloków energetycznych ma ponad 20 lat (43 procent – ponad 30 lat). Duża część sieci przesyłowych za chwilę się rozsypie, podobnie jak infrastruktura transportowa – poza głównymi odcinkami, stan polskich kolei woła o pomstę do nieba.
Czarnowidztwo? Nie – bo i nie jest to pełny obraz rzeczywistości. Przez kilka lat po przystąpieniu do Unii Europejskiej wiele regionów Polski dokonało cywilizacyjnego przeskoku o całe dekady; nasz system bankowy niemal bez bólu przetrwał kryzys, a w debacie publicznej zaczęto nawet rozmawiać o sprawach poważnych. Polak potrafi. Ale „mimo że Gdynia się rozbudowuje…”, jak pisał klasyk polskiego felietonu, powyższy spis przygniatających nas problemów to nie litania żalów, lecz lista cywilizacyjnych wyzwań. Odpowiedź na nie możliwa jest tylko w Unii Europejskiej. I tylko z jej pomocą. Choć może niekoniecznie w stylu, jaki proponuje miłościwie nami rządząca PO.
Europejskie gry (i zabawy)
Prezydencja nie steruje Europą – kraj przewodniczący to ledwie moderator dyskusji, ustala porządek dnia obrad, zapewnia catering, organizuje konferencje prasowe. Biegu historii nie odwróci ani się nie skompromituje. Po Czechach, którzy w trakcie swej prezydencji odwołali rząd, Belgach, którzy go w ogóle nie mieli i Włochach, których premier proponował na unijnym szczycie dyskusję o walorach pięknych pań – Europy już nic nie zaskoczy, a i mało co może rozśmieszyć.
Nie zmienia to faktu, że w Unii Europejskiej wraz z naszą prezydencją zaczyna się (już się zaczęło) kilka gier: o przyszłość euro, o kształt funduszy strukturalnych, o wielkość budżetu, o przyszły model społeczno-gospodarczego rozwoju. Być może każda z nich z osobna, na pewno zaś wszystkie łącznie – zadecydują o tym, czy i w jakim kształcie Unia Europejska przetrwa. I o tym, czy pozbędziemy się kiedykolwiek kilkusetletniego piętna „poddostawcy” społeczeństw i gospodarek naprawdę nowoczesnych.
Oficjalne priorytety prezydencji to jedno, polityczna praktyka – drugie. O rządowej wizji polskiego miejsca w Europie ostatnie posunięcia mówią więcej niż sterty ministerialnych strategii, oświadczeń i list priorytetów. Zwłaszcza, że gramy kilka ról na raz. W kwestii euro jesteśmy zapobiegliwymi pracusiami z Północy, którzy wspólnie z Niemcami i Francją pomogą wziąć się w garść (czytaj: „skonsolidować”) nonszalanckim nierobom z Południa. W sprawie strefy Schengen, walczymy jak lwy o swobodę ruchu obywateli, solidarni z wszystkimi – pod warunkiem, że są (na oko!) „Europejczykami”. A jeśli chodzi o klimat, to wcale nie jesteśmy pewni, czy się ociepla, a tym bardziej za sprawą spalania węgla. Decydujący bowiem okaże się pakiet klimatyczny – ten sam, który z uporem godnym lepszej sprawy próbujemy powstrzymać.
Zarzucamy zwolennikom koncepcji ocieplenia klimatu „pożyteczny idiotyzm” albo wprost cyniczną grę na rzecz obcych interesów. Ochrona klimatu, skuteczna czy nie, wiązać się ma z dezindustrializacją, spowolnieniem wzrostu, ogromnymi kosztami i pogłębieniem różnic między „starą” a „nową” Europą – w imię mglistego interesu przyszłych pokoleń. Nie tylko dlatego, że „atomowa” Francja i „odnawialne” Niemcy (a raczej ich koncerny) zapłacą mniej za emisje CO2, ale także dlatego, że zamiast na potrzebne autostrady, obwodnice i mosty, zmuszeni będziemy wydać pieniądze na fanaberie, w rodzaju „szpetnych” wiatraków. O infrastrukturze myślimy w sposób szalenie tradycyjny, zakładając konieczność prostego powtórzenia drogi modernizacyjnej państw zachodnich, a także stawiając priorytet bezpieczeństwa zewnętrznego ponad rozwojem społecznym – stąd m.in. konflikt celów „rozwoju infrastruktury” z wydatkami na „badania i rozwój” czy plany budowy energetyki jądrowej.
Dotychczasowy model wzrostu, oparty o ekspansję rynków finansowych i bańki spekulacyjne w kolejnych branżach doprowadził do katastrofy. Powrót klasycznego keynesizmu nie daje nadziei – dziś sprowadza się on głównie do podtrzymywania starych branż przemysłowych (vide słynna „premia za złomowanie” samochodu przy zakupie nowego). Plany konsolidacji (czytaj: cięć) unijnych budżetów w ramach tzw. Pakietu Euro Plus poprawiają nastroje na rynkach finansowych, ale mało kto wierzy, że mogą wyprowadzić jakikolwiek kraj poza Niemcami z recesji. Co zatem pozostaje?
Jak zreformować fundusze strukturalne
Obok lobby „konsolidacyjnego” można dziś wskazać przynajmniej dwa istotne dla nas nurty w UE. Z jednej strony bojowników o rozwój i innowacje, na czele z unijną komisarz Máire Geoghegan-Quinn, która uparcie i skutecznie forsuje plany aktywnego wspierania przez Unię badań i rozwoju. Zapowiada m.in. powstanie paneuropejskiego rynku tzw. venture capital, który pozwoli je sfinansować, a także specjalnych programów dla małego i średniego biznesu; poza tym walczy o priorytet badań i rozwoju wobec spójności w nowym budżecie UE na lata 2014 – 2020. Z drugiej strony mamy zwolenników pakietu klimatycznego, także w jego radykalnej wersji (redukcja emisji aż o 30 procent do roku 2020) – takie kraje jak choćby Niemcy, Szwecja, Dania czy Wielka Brytania, liczne organizacje pozarządowe i ruchy społeczne o ogromnych wpływach wśród europejskiej opinii publicznej, a także część „zielonych” koncernów energetycznych. Co bardzo ważne, oba te nurty – i grupy interesu – częściowo się pokrywają, czego wyrazem była choćby przygotowana przez Komisję Europejską strategia Europa 2020 i układ jej priorytetów. Kluczowy obszar stymulowania innowacji, badań i rozwoju to właśnie „zielone technologie”. Czy warto te tendencje powstrzymywać i walczyć o zachowanie status quo, czy spróbować innej drogi?
Nasza uporczywa koncentracja niemal wyłącznie na „tradycyjnych” funduszach spójnościowych grozi nam trwałym pozostaniem na peryferiach. Polscy urzędnicy będą radośnie przecinać wstęgi kolejnych obwodnic i dróg ekspresowych, ale kraje „starej” Unii w tym czasie zdążą się przesiąść na ekologiczny transport lokalny czy zainstalować „inteligentne” sieci przesyłowe dla energii ze źródeł odnawialnych. Pamiętajmy przy tym, że ogromne koszty przebudowy infrastruktury energetycznej i tak musimy ponieść – z pakietem klimatycznym lub bez niego. Po prostu większość naszej energetyki (elektrowni, sieci) powstała za Gierka, a jej czas efektywnej eksploatacji jest ograniczony. Do tego wszystkiego polski przemysł jest wyjątkowo energochłonny, co obniżałoby jego konkurencyjność nawet i bez pakietu klimatycznego i opłat za emisje. Nasza energetyka, transport (zwłaszcza kolej) i przemysł wymagają zatem ogromnych inwestycji niezależnie od regulacji służących walce z ociepleniem klimatu.
Warto w tej sytuacji przemyśleć inną strategię walki o kształt unijnych wydatków. Zamiast obrony status quo – „zielona” reforma funduszy strukturalnych. Obecnie przy podziale środków uwzględniane jest wyłącznie kryterium PKB regionów. A może by tak włączyć inne czynniki? Na przykład nadmierny poziom emisji CO2, ewentualnie poziom zużycia energii przez lokalny przemysł. Dofinansowanie powinny dostawać inwestycje w technologie energooszczędne, odnawialne – najlepiej rozproszone, sprzyjające rozwojowi lokalnych społeczności – źródła energii, czy transport kolejowy, pozwalający odżyć podupadłej prowincji. A jeśli chodzi o środki unijne na innowacje (badania i rozwój), warto zawalczyć o priorytet dla technologii „inteligentnych” sieci przesyłowych i małych źródeł energii – także na poziomie wdrażania, co faworyzowałoby nie tylko autorów innowacji, ale i podmioty gospodarcze służące rozwojowi peryferyjnych dotąd regionów.
Europejski podatek?
Kluczowe pytanie: za co to wszystko? Tylko finansowanie z budżetu unijnego daje szansę na zmniejszenie rosnących różnic cywilizacyjnych. Zielona reforma funduszy strukturalnych dawałaby pewne nadzieje, że nie tylko peryferie Europy poprą zwiększone ich finansowanie – przychylniej mogliby na to spojrzeć Niemcy, płatnicy netto, których „zielone” koncerny mogłyby na tym skorzystać. Może warto – kto wie, może i w sojuszu z Angelą Merkel – zaproponować wyłączenie „zielonych” inwestycji spod reguł nowych paktów konsolidacyjnych?
Obecnie politykę na poziomie Unii wiele czynników ogranicza – na czele z kryzysem strefy euro i ideologiczną nań odpowiedzią w postaci wymuszonej konsolidacji narodowych budżetów. Utrudnia ona choćby wsparcie zielonej transformacji ze środków publicznych – ale to dobry argument, by chociaż na poziomie UE zwiększyć jej finansowanie. Poprzez „zielone” obligacje albo europejski podatek – bo nawet zachowawczy komisarz Lewandowski rozważał takie rozwiązanie. W końcu dziś mało kto wierzy, że same cięcia są w stanie wydobyć jakąkolwiek gospodarkę z recesji.
Zwrot ku gospodarce niskowęglowej i odnawialnym źródłom energii, promowanie innowacyjności przemysłu, budowa inteligentnej infrastruktury energetycznej i komunikacyjnej – to wszystko daje szansę na dobre miejsca pracy, energetyczne bezpieczeństwo, na dłuższą metę ogromne oszczędności, a także realną spójność regionalną. To szansa (może niepowtarzalna) na wielką transformację, która pozwoli wyjść Unii z kryzysu i włączy Europę na powrót do światowej gry. Pod warunkiem, że włączy ją całą – a nie tylko zielone, nomen omen, wyspy nowoczesności w rodzaju Skandynawii czy zachodnich Niemiec. Unijna „wartość dodana” to wysokie technologie i zasoby ludzkie – niskimi kosztami pracy nigdy nie wygramy konkurencji z Wietnamem czy Tajlandią. Warto też dodać, że Azjaci nie śpią i pracowicie stawiają u siebie wiatraki.
Rośnie świadomość, że „zielone technologie” to nie fanaberia berlińskiej Bionade-Boheme, ale być może ostatnia historyczna nadzieja na utrzymanie przy życiu takiego Kryształowego Pałacu w Europie, który przy okazji nie zamieni reszty świata w szklarnię. A dla Polski, że nie powtórzy się historia ze znanego bon motu Lecha Wałęsy: Zachód nam ucieka samochodem, a my gonimy go na rowerze. Nawet jeśli rower zamieniliśmy na piętnastoletniego golfa z Niemiec.
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...