|
Znowu nie przeszli – frustracja niemieckich neonazistów musiała tym razem sięgnąć dna. I to głębokiego, skoro bliski NPD meklemburski portal Mupinfo ogłosił wprost klęskę „Drezna 2011”. Dwadzieścia kilka tysięcy ludzi zablokowało w ostatnią sobotę marsz Narodowo-Demokratycznej Partii Niemiec i jej sojuszników w stolicy Saksonii. Manifestacje w Dreźnie nie wzbudziły jednak szczególnego zainteresowania polskich mediów, podobnie zresztą jak i niemieckich. Na weekendowych „jedynkach” najważniejszych dzienników brylował tam minister obrony zu Guttenberg i jego splagiatowany doktorat.
Bilans wydarzeń – wyraźnie na plus dla lewicy i jej chwilowych „towarzyszy drogi”. Przeciwko neonazistom (oficjalnie – manifestującym solidarność z ofiarami zbrodniczych alianckich nalotów na miasto) na różny sposób protestowali celebryci i normalsi, członkowie wszystkich niemal partii politycznych i zajadli antypaństwowcy, mieszkańcy Drezna – na ulicznych blokadach, ale także w 50 kościołach – oraz mnóstwo przyjezdnych, z Niemiec, Czech i Polski. Obok poczciwych mieszczan z SPD i związkowców, sporo anarchistów, działacze die Linke, Zielonych, ekolodzy, feministki, babcie i wnuki plus wszystkie kolory tęczy (np. z transparentem „Queer Rebell Anti-Nazi”). Sielanka? Niezupełnie. I nie tylko dlatego, że było koszmarnie zimno (pomógł parokilometrowy marszobieg z autostrady – w ramach rozgrzewki policja najpierw zatrzymała na przedmieściach konwój kilkudziesięciu autokarów z Berlina i okolic a potem rozstawiała kolejne blokady, zmuszając demonstrantów do nadrobienia drogi. Oni mieli helikopter, my – dużo determinacji). Choć skuteczna (i bardzo liczna, dwa razy większa niż rok temu), drezdeńska blokada pozostawia jednak lekkiego kaca. Ale po kolei.
Jak słusznie stwierdził wiceprzewodniczący Bundestagu Wolfgang Thierse, problem nie polegał na tym, że prawo chroni wolność neonazistów do demonstrowania. Uznał on jednak za problematyczny fakt, że „prawo do demonstracji sił demokratycznych zostało ograniczone przez trzymanie ich z dala od tych, przeciw którym chcieli zaprotestować”. Miasto starało się ograniczyć zakres demonstracji neonazistów – argumentując niedostatkiem sił policyjnych (marsz NPD zbiegł się z… kolejką Bundesligi). Sąd administracyjny władzom Drezna odmówił – „nie wolno im powoływać się na «samozwańczy stan wyjątkowy»”. W związku z tym należało odgrodzić manifestujących – na południe od Łaby neonaziści, na północ reszta…
Stosowanie kruczków prawnych, by de facto zakazać komuś demonstracji, to niebezpieczna praktyka, nie da się ukryć. Drobiazgowość i nadgorliwość bywa jednak, jak wiadomo, gorsza niż faszyzm. Koniec końców jednak blokada miasta przez policję – zgodnie z przewidywaniami – okazała się nieskuteczna. Kilkanaście tysięcy ludzi, biegnąc opłotkami bądź przedzierając się przez kordony, dotarło na miejsce planowanego marszu NPD – głównie w okolicach Dworca Głównego. Podobnie jak rok temu, przydała się bezczelność celebrytów i mniej pokornych oficjeli – burmistrz Jeny z SPD Albrecht Schröter z rozbrajającym ponoć uśmiechem bronił przed policją siedzącej blokady na jednym ze skrzyżowań: Proszę zrozumieć, ja zaraz skończę 56 lat i nie mam siły więcej dziś biegać. Wiem, że ta blokada jest nielegalna. Ale w sensie konstytucyjnym – tak sądzę – prawomocna. Chwilę później policja dopuściła nawet furgonetkę ATTAC-u z zupą wege. (Ci mieli szczęście. Na „mojej” blokadzie przy Kaitzer Strasse jakiś nierozgarnięty dowódca długo nie chciał przepuścić oldskulowego mercedesa-blaszaka młodzieżówki die Linke z gorącą herbatą i czerwonymi czapkami z włóczki. Ale z kolei na północ od Głównego, policja ponoć przepuściła demonstrantom obwoźny kebab. Niezbadane są wyroki…). Ludzie – przy koszmarnym, powtarzam, zimnie – dzielili się kocami i karimatami, słuchali radia przez szczekaczki, roznosili gazety, sprzedawali książki, nosili transparenty („Niemcy nie są ofiarą II wojny światowej” – mocne hasło na ulicach zmasakrowanego bombami zapalającymi miasta). Przepychanki się zdarzały; w zasadzie cały ruch demonstrantów w stronę Dworca Głównego stanowił formę mierzenia sił z policją, jakkolwiek bez większych ekscesów. Problemy pojawiły się trzy.
Po pierwsze, nie dziwota, neonaziści. Prawie tysiąc przedarło się z miasteczka Freital do południowych dzielnic Drezna – co prawda peryferyjnych. Po drodze wybili parę szyb (w tym w lewicowej komunie „Praxis”) i poskandowali co nieco na temat „narodowego oporu”.
Po drugie, tzw. Autonomen, czyli ktoś w rodzaju radykalnych anarchistów, ubranych na czarno i dość bojowych. Ich radykalizm – z racji fizycznego dystansu do znienawidzonych „Neo-Nazi” – przejawił się niestety przede wszystkim w walkach z policją, rzucaniu kostką brukową, podpalaniu kontenerów i wózków z supermarketów. Efekt: 82 rannych policjantów i nagłówki najważniejszych gazet i portali: Rozróba w Dreźnie („Die Welt”), Bitwy uliczne w Dreźnie („Berliner Morgenpost”), Eksplozja przemocy („Sueddeutsche Zeitung”)…
Po trzecie – finałowa kompromitacja policji. Po zakończeniu protestów, gdy większość protestujących wyjechała do domu, podobnie jak neonaziści, a wandale się pochowali lub zostali zatrzymani – oddział lokalnych służb zaatakował (nie broniony!) Dom Spotkań, czyli centrum prasowe Związku „Dresden-Nazifrei”. Organizatorów pokojowych protestów oskarżono o „przygotowywanie niepokojów” i „tworzenie związku przestępczego”(!), zatrzymano kilkanaście osób i skonfiskowano im sprzęt komputerowy. Trudno wyobrazić sobie głupszą manifestację bezsilności, jaka każe szukać kozła ofiarnego w ludziach, którym udało się – na przekór władzom – pokojowo zmobilizować społeczeństwo.
Akcja „Drezno wolne od nazizmu” przyniosła efekt. Udało się zmobilizować ponad dwadzieścia tysięcy ludzi z kilku krajów na demonstrację, która wcale nie zapowiadała się na piknik. Przekaz ideologiczny – choć ponadpartyjny – był jasny: w Niemczech, w głównym nurcie debaty publicznej nie ma miejsca na żaden „rewizjonizm historyczny”, negację czy nawet relatywizację hitlerowskich zbrodni. „Społeczeństwo polityczne” działa, mimo że media głównego nurtu, zwłaszcza tabloidowe, a także liberalne i konserwatywne, mają skłonność do podejrzliwości wobec tego typu akcji. Zamiast wskazywać na proporcje (kilka razy więcej pokojowych demonstrantów), koncentrowano się na tym, czy organizacje „prawowite” odcięły się od „ekstremistycznych” (mimo że organizatorzy akcji głośno i wyraźnie domagali się pokojowego protestu). Policja, inaczej niż rok temu, zamiast nie dopuścić do starć i przynajmniej tymczasowo rozwiązać problem obecności publicznej NPD, najpierw pozwoliła na burdy a potem postanowiła… wziąć rewanż na najmniej odpowiedzialnych za to, co się stało.
Mimo wszystko jednak „republika sprzeciwu” ma się w Niemczech nieźle – ludzie potrafią się zaangażować przeciw ekstremistom, ale także w kwestii elektrowni atomowych czy zawłaszczenia centrum miasta przez wielki biznes. Jednak o tym, czy partie w rodzaju NPD nie urosną kiedyś w siłę zadecyduje projekt pozytywny. Bo jeśli nierówności ekonomiczne dalej będą rosły, społeczna mobilność spadała, szanse na rozwój i dobrobyt peryferii zostaną w miejscu, powstawać będą getta – wtedy żadne „Drezno („Niemcy”, „Polska”, „Europa”…) wolne od nazistów” nie pomoże. Więc może nie „znowu nie przeszli”. Raczej „na razie”.
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...