NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sutowski: (Mimo wszystko) umiarkowany postęp (w granicach prawa) Drukuj
Michał Sutowski   
13.12.2011

Zdrada narodowa czy europejska polityka wagi ciężkiej? W redukcji złożoności problemów Polacy są mistrzami świata, należało się zatem spodziewać, że zarówno mowa Radka Sikorskiego w Berlinie, jak i piątkowy szczyt Unii poświęcony problemom strefy euro, wywołają takie a nie inne reakcje. I choć cieszy fakt, że przez chwilę spieramy się o rzeczy naprawdę ważne, polaryzacja opinii wokół horrendalnych zarzutów posłów PiS nie służy zrozumieniu tego, co się naprawdę w Europie dzieje. Nie służy zwłaszcza lewicy, postawionej w wyjątkowo kłopotliwej sytuacji – wobec niewątpliwej odwagi postawionych w Berlinie tez i grozy upiorów wywołanych przez niezatapialnego guru prawicy, trudno nie sympatyzować z wybitnie skądinąd nielewicowym ministrem spraw zagranicznych. Podobnie jak z Angelą Merkel, która na przekór tabloidowej, quasi-nacjonalistycznej histerii we własnym kraju, forsuje ideę niedoskonałej, ale jednak federalizacji Europy. Nie będzie to jednak Europa obywateli, ani tym bardziej Europa socjalna – wątpliwości budzi nie tylko demokratyczny deficyt przyjętych w Brukseli rozwiązań, ale także sama ich skuteczność w ratowaniu strefy euro, wyciąganiu nieszczęsnego Południa UE z długów, wreszcie wprowadzenia Unii na ścieżkę długofalowego i zrównoważonego rozwoju. Lewica nie po raz pierwszy znajduje się między młotem jałowego pryncypializmu a kowadłem cynicznej akceptacji biegu wydarzeń.

  

Nie mylmy objawów ze źródłem choroby 

  

Nie trzeba być Joachimem Brudzińskim, żeby krytykować niemiecką politykę, choć trzeba mieć mentalność brytyjskiego tabloida, żeby nazywać działania Angeli Merkel mianem budowy IV Rzeszy. Nie zmienia to faktu, że bardzo wielu poważnych ekonomistów i socjologów wskazuje na niecelowość, bądź wręcz szkodliwość polityki Niemiec z punktu widzenia przyszłości strefy euro i dobrobytu w całej Unii Europejskiej. Jeśli chodzi o walkę z rosnącym zadłużeniem krajów europejskiego Południa, z Grecją na czele, to wymienia się przede wszystkim nieskuteczność dotychczasowej polityki wymuszania drastycznych cięć budżetowych, połączonych z doraźnymi kredytami, pozwalającymi państwom zadłużonym spłacać bieżące należności. Oczywiste jest, że długofalowa spłata długów możliwa jest tylko wówczas, kiedy dane państwo osiąga wysoki i trwały wzrost, a jednocześnie ma stały dostęp do obligacji o niskim oprocentowaniu. Obniżenie odsetek długu da się osiągnąć na kilka sposobów – przez różne formy gwarancji kredytowych, ze strony np. Europejskiego Banku Centralnego; najbardziej trwałym i pewnym rozwiązaniem byłoby, jak wskazuje belgijski ekonomista Paul de Grauwe, wprowadzenie wspólnych dla całej strefy euro obligacji. Niezależnie od związanych z tym oraz innymi pomysłami kontrowersji, pewne jest jedno – nie da się zniwelować długu publicznego Grecji i reszty krajów do rozsądnej skali, jeśli jednocześnie zarzyna się brutalnymi cięciami potencjał wzrostowy kraju oraz nie daje żadnej obietnicy bezpieczeństwa kupującym greckie obligacje inwestorom – w efekcie kunktatorstwa Angeli Merkel odsetki od greckiego długu osiągnęły rozmiary poza zasięgiem nawet kwitnącej gospodarki. 
Niemieckie recepty na kryzys wynikały z błędnej diagnozy przyczyn zadłużenia – choć w przypadku Grecji faktycznie mieliśmy do czynienia ze skandalicznie nieodpowiedzialną polityką fiskalną, to już inne kraje nie potwierdzały tego wzorca; nie dość nigdy przypominać, że Hiszpania i Irlandia przed rokiem 2007 dysponowały nadwyżką budżetową, a Włochy miały zarówno deficyt, jak i poziom długu publicznego na bardzo przyzwoitym poziomie. Ich długi publiczne były zatem konsekwencją kryzysu finansowego, po którym „znacjonalizowano” straty rynków, pokrywając je z budżetu państwa. Brak dyscypliny fiskalnej był zatem jedynie symptomem, a nie źródłem choroby – zaordynowana jednak Europie przez Niemcy terapia sprowadziła się do bardzo bolesnego leczenia objawowego z mnóstwem skutków ubocznych.


Narzucanie – pod groźbą nieudzielenia pomocy – surowej dyscypliny fiskalnej wypływa nie tylko z błędnej diagnozy samego kryzysu zadłużenia, ale zakorzenione jest w specyficznym sposobie myślenia Niemiec o sukcesie gospodarczym, jako uwarunkowanym przede wszystkim stabilnością waluty i budżetu. Ulrich Beck, jeden z piewców idei „kosmopolitycznej Europy” zarzuca wręcz własnemu państwu „euronacjonalizm” – próbę narzucenia całej strefie euro niemieckiego modelu gospodarki nastawionej na eksport kosztem popytu wewnętrznego. Niemcy nie zauważają jednak, że taki model nie da się przenieść na wszystkie kraje – nie tylko z racji odmiennej kultury pracy, różnic technologicznych czy infrastrukturalnych, ale także z powodu strukturalnej sprzeczności, jaką ten model na poziomie całej Europy zrodzi. Konsekwentnie wytwarzane nadwyżki produkcji muszą gdzieś zostać wyeksportowane – tymczasem 2/3 niemieckiego eksportu trafia do… innych krajów Unii Europejskiej, co oznacza, że niemiecka nadwyżka odbywa się kosztem deficytu obrotów bieżących innych państw (to między innymi Grecy importowali niemieckie towary, płacąc za nie pożyczonymi w niemieckich bankach pieniędzmi, w związku z czym grecki pakiet ratunkowy finansowany przez niemieckich podatników ratuje przede wszystkim niemieckie banki). Gdyby nawet cała Europa jakimś cudem przyjęła model niemiecki za swój, eksportowe nadwyżki (w tym niemieckie!) musiałyby zostać wyeksportowane na zewnątrz Unii, co – biorąc pod uwagę skalę produkcji, a także konkurencję wschodzących potęg azjatyckich wydaje się nieprawdopodobne.


Niemiecka „ekonomia polityczna” mocno zakorzeniona jest w tradycji ordoliberalnej, łączącej akceptację interwencjonizmu państwowego w gospodarkę z niezależnością instytucji kontrolnych (antymonopolowych, ale także emitenta waluty). Obecnie jednak koncentruje się ona przede wszystkim na ścisłej kontroli dyscypliny fiskalnej oraz utrzymaniu niezależności banku centralnego – zapominając choćby o tak istotnym wymiarze ordoliberalizmu, jak walka z nadmierną koncentracją własności, która zaburza równowagę konkurencji; w dzisiejszej sytuacji mogłaby ona skierować się przede wszystkim przeciwko nadmiernym wpływom prywatnych instytucji rynku finansowego, których potęga gospodarcza przekłada się na polityczną. Tymczasem w ostatniej dekadzie niemiecka polityka gospodarcza przyniosła w samych Niemczech ogromne zyski przedsiębiorstwom eksportującym oraz sektorowi finansowemu – stymulowanie eksportu odbyło się oczywiście na koszt pracowników, których siła nabywcza wyraźnie spadła. 

  

Niemcy we władzy traumy 

  

Na zarzuty o nadmierną koncentrację frankfurckiego EBC na walce z inflacją, kosztem innych zadań (w tym walki z kryzysem zadłużenia), Niemcy odpowiadają historią traumy hiperinflacji – to właśnie gwałtowna utrata wartości pieniądza, której aż nazbyt pilnie strzeże dziś EBC, miała być jedną z przyczyn kryzysu społecznego Republiki Weimarskiej, z dobrze znanymi konsekwencjami. Na to mechaniczne przenoszenie dawnych schematów na współczesność i upór przy niezależności banku centralnego od nacisków politycznych, odpowiedź znajduje jeden z najbardziej wpływowych niemieckich ekonomistów ostatnich lat. W swej Gospodarce rynkowej XXI wieku Heiner Flassbeck pisze, że dzisiaj grozi nam nie inflacja, ale zjawisko dokładnie przeciwne: „grozi nam «japońska choroba», powstała przez to, że po pęknięciu wielkiej bańki, powstałej głównie w sektorze nieruchomości, kraj uciekł się do obniżek płac – i przez ponad dwadzieścia lat nie może pozbyć się ich efektów popytowych”. O ile jednak cele „inflacyjne” argumentowane są przede wszystkim historycznie, o tyle narzucanie ścisłej dyscypliny fiskalnej uzasadnia się względami… sprawiedliwościowymi. W dyskursie politycznym Niemiec niezwykle silne jest poczucie, że pracowici i wydajni Niemcy zmuszeni są płacić za nonszalancję obiboków strefy euro – więc mają przynajmniej prawo domagać się od nich gwarancji, że ciężką niemiecką krwawicą wypracowane euro nie pójdą na kolejne wakacje i wille z basenem.


Nie zawsze pamiętamy, że największym beneficjentem strefy euro są właśnie Niemcy. Niemal nikt jednak nie pamięta, że – przy pewnych zastrzeżeniach – Niemcy są również beneficjentem… jej kryzysu. Dla niemieckiego eksportu silna waluta była przekleństwem – kiedy w latach 1992-93, na skutek ogólnego kryzysu w Europejskim Systemie Walutowym marka niemiecka gwałtownie zyskała na wartości, w krótkim czasie Niemcy zamieniły „oczywistą” nadwyżkę handlową na… deficyt. Uczestnictwo w strefie euro pozwoliło na prawdziwy boom niemieckiego eksportu i sukces gospodarczy porównywalny chyba tylko z legendarnym Wirtschaftswunder z lat 50. Ale to bynajmniej nie wszystko – kryzys w strefie euro i kłopoty jej peryferii nie pozwoliły na poważniejszą aprecjację wspólnej waluty, która normalnie nastąpiłaby w efekcie kłopotów USA czy Wielkiej Brytanii. Jeśli dodamy do tego fakt, że kłopoty europejskiego Południa zwiększyły popyt na pewne i bezpieczne niemieckie obligacje, obniżając koszty obsługi niemieckiego długu publicznego, a także – skandal! – że na pierwszym pakiecie ratunkowym dla Grecji z marca 2010 Niemcy mogli nawet… zarobić (wysokie odsetki od „ratunkowych” kredytów, skorygowane dopiero w lipcu 2011) – popularna opowieść o niemieckich pocie, łzach i trudzie, które Grecy przebimbali na Ouzo i gyros, nieco się komplikuje.


W powyższym kontekście, zaproponowane i przeforsowane na brukselskim szczycie rozwiązania (tzw. fiscal compact), wydają się nie tylko nie trafiać w sedno przyczyn kryzysu, ale pogłębiać niektóre jego negatywne aspekty – wymuszona tzw. złotą regułą ścisła dyscyplina budżetowa może okazać się prostą drogą do cięć wydatków społecznych i wszystkich związanych z utrzymaniem sektora publicznego, co nie tylko obniży poziom życia obywateli, ale zahamuje popyt wewnętrzny i możliwości inwestycyjne, dusząc dodatkowo i tak stagnujące gospodarki. Próg sankcji za 3 procentowy poziom deficytu budżetowego oznacza, że wymyślony dwie dekady temu Pakt Stabilności i Wzrostu, anachroniczny zdaniem niemal wszystkich trzeźwych ekonomistó, europejskim decydentom wciąż wydaje się aktualny. Desanty ekspertów z Komisji Europejskiej „doglądających” narodowych budżetów, a nawet wymuszających zgłoszenia po pomoc – rodzą jak najgorsze skojarzenia z tzw. brygadami Marriota, które na początku lat 90. uświadamiały niedoświadczonym decydentom z Europy Środkowej rozmaite dziejowe konieczności. Czy oznacza to, że brukselski szczyt faktycznie przyniósł Europie kolejny etap szkodliwej, niemieckiej hegemonii gospodarczej? Czy tymczasowy ratunek dla strefy euro i uspokojenie (na jak długo?) rynków to wyłączne zalety przeforsowanych tam decyzji? I czy lewicy – zainteresowanej zwalczaniem realnych źródeł kryzysu, tworzeniem podstaw trwałego i zrównoważonego rozwoju, a także wzmocnieniem podmiotowości obywateli w Europie – pozostał tylko protest wobec pogłębiania tendencji neoliberalnych w Unii, fałszowania odpowiedzialności za stworzone problemy i wypłukiwania europejskiej demokracji z resztek suwerenności czy podmiotowości? Jeśli przyjrzeć się formule podejmowania decyzji (porozumienie międzyrządowe zamiast traktatu), kwestiom odłożonym na później, względnie niedopowiedzianym w Brukseli – sytuacja okaże się bardziej złożona, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. 

  

Traktat albo śmierć? 

  

Po pierwsze, na przekór ubolewaniom zadeklarowanych federalistów (także z liberalnej lewicy, jak ostatnio Marek Beylin), porzucenie formuły traktatowej nie musi być w tym wypadku niekorzystne. Zmiana traktatów – abstrahując od realności tego projektu w obecnej atmosferze politycznej w Europie – mogłaby nastąpić tylko za zgodą Wielkiej Brytanii. A ta wymagałaby, co David Cameron jasno dał do zrozumienia, porzucenia myśli o jakiejkolwiek koordynacji polityk podatkowych, jakiejkolwiek „wspólnej podstawie” dla opodatkowania przedsiębiorstw, o tak potrzebnym podatku od transakcji finansowych już nawet nie wspominając. Tym samym ewentualne uzgodnienia w formie traktatu wykluczałyby z polityki europejskiej te właśnie instrumenty polityczne, na których lewicy najbardziej zależy. Obecnie droga do nich pozostaje otwarta.


Po drugie, formuła międzyrządowa oznacza dużo większą podatność wprowadzonych rozwiązań na zmiany – gdyby jakimś cudem udało się przeforsować „złotą regułę” jako rozwiązanie traktatowe, bylibyśmy niewolnikami ordoliberalnej polityki fiskalnej po wsze czasy. W obecnej sytuacji nawet proponowany nadzór Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości nad jej wdrażaniem będzie prawnie kontrowersyjny – i bardzo dobrze.

  

Po trzecie, dzięki akcji „prewencyjnej” Radka Sikorskiego w Berlinie, udało się usunąć zagrożenie – a przynajmniej wszystko na to wskazuje – że przyszła „przyspieszona” Europa zostanie zamknięta dla Polski; formuła międzyrządowa, paradoksalnie, posłuży zatem do wykluczenia najbardziej skrajnej (tj. brytyjskiej) polityki antysocjalnej i profinansowej – nie wykluczy natomiast krajów Europy Środkowej, co zakładał niejeden dotychczasowy scenariusz, najczęściej francuski (np. pomysł klubu państw o ratingu AAA). Na tym polegał sens i wielkie znaczenie przemówienia do niemieckich elit – bo już np. tezy o „zawarowaniu na zawsze” suwerennej polityki podatkowej i socjalnej, pozwalające kontynuować obecny wyścig do dna nie muszą znaleźć w Europie aż tak wielkiego oddźwięku.


Względna otwartość przyjętej formuły porozumienia nie wyklucza jej późniejszego przetworzenia w rozwiązanie traktatowe – takimi „tylnymi drzwiami” udało się wprowadzić do traktatów tak kluczowy aspekt zjednoczonej Europy, jak strefa Schengen. Być może w innych warunkach politycznych – z lewicą u steru rządów we Francji i w Niemczech – możliwe są, nawet w niedalekiej przyszłości, modyfikacje przyjętych rozwiązań. Wśród kwestii, które w Brukseli pozostawiono otwartymi, znajdują się dwie kluczowe z punktu widzenia lewicy – wspomniane już podatki, a także wprowadzenie euroobligacji i ewentualne przekształcenie Europejskiego Banku Centralnego w pożyczkodawcę ostatniej szansy. To te właśnie projekty, obok zwiększenia kontroli i nadzoru nad rynkami finansowymi mogą zadecydować o tym, czy zlikwidowane bądź osłabione zostanie główne źródło kryzysu – fundamentalna asymetria pomiędzy potęgą rynków finansowych, a słabością demokratycznych państw.

  

Europa socjalna… kiedy?  

  

Obecna konfiguracja polityczna w najważniejszych państwach Europy nie sprzyja budowie podwalin europy socjalnej i obywatelskiej. Nie oznacza to, że nie występują tendencje, które warto i należy wspierać. Tworzenie unii transferowej, o której Radek Sikorski słusznie stwierdził, że de facto równa się ona politycznej federacji, to proces, który przybliża Unię Europejską do rangi podmiotu potencjalnie zdolnego stawić opór logice rynków finansowych. Wzajemna solidarność za długi może być czynnikiem decydującym w grze gospodarczej, w której kontrola wysokości długu decyduje o czyjejś podmiotowości lub jej braku. I dlatego właśnie fakt, że inspirowane przez Niemcy państwa Unii „obchodzą” Traktat Lizboński, nie dopuszczający odpowiedzialności za długi innych członków UE i tworzą fundusze solidarnościowe, może być ważniejszy od tego, według jakich kryteriów i pod jakimi warunkami przyznawana jest obecnie pomoc. Z innymi rządami, z lepiej zorganizowanymi obywatelami UE – możliwe stanie się napełnienie tych instytucji nową treścią; doświadczenie funduszy dla Grecji pokazało, że postęp jednak jest możliwy, jak np. wówczas kiedy obniżono (w lipcu 2011) oprocentowanie kredytów pomocowych. Być może trzeźwy ogląd sytuacji w zadłużonych krajach, połączony z oporem społecznym (Hiszpania, Grecja, Włochy) i chwilowo postanowionymi koncesjami na rzecz „niemieckiej” wizji UE (pakt fiskalny) sprawią, że nawet sceptyczna Angela Merkel będzie skłonna do wprowadzenia euroobligacji – lekceważony dotąd przewodniczący Rady UE van Rompuy może okazać się tu istotnym sojusznikiem.


Taktyczne poparcie dla wszystkich procesów, zmierzających do zwiększenia współzależności pomiędzy państwami UE nie musi oznaczać ich akceptacji „z dobrodziejstwem inwentarza” (wzajemna solidarność za długi czy podatek od transakcji finansowych w zamian za przymusową konsolidację budżetu, etc). Warto pamiętać o dwóch istotnych czynnikach. Po pierwsze, niezależnie od deklaracji ideologicznych i sondażowo-tabloidowej logiki polityki wewnętrznej – najważniejszym państwom UE, z Niemcami na czele, zależy na stabilizacji sytuacji – nie bez powodu kanclerz Helmut Schmidt (najbardziej dziś szanowany w Niemczech polityk) wymienił niegdyś pokój społeczny jako czwarty, obok tradycyjnych: pracy, ziemi i kapitału, czynnik kreowania dobrobytu. W określonych warunkach – ciężkiego kryzysu i zorganizowanego społeczeństwa politycznego – nawet Angela Merkel zdolna jest prowadzić progresywną, słuszną z punktu widzenia lewicy politykę, redukując np. greckie zadłużenie poprzez emisję euroobligacji. Po drugie, powstające instytucje można napełniać różną treścią. O tym, czy Europejski Mechanizm Stabilizacyjny będzie przede wszystkim zabezpieczał przed atakami spekulacyjnymi czy przede wszystkim wymuszał cięcia wydatków na oświatę i służbę zdrowia – niekoniecznie zadecydują intencje jego twórców, ale aktualny układ politycznych sił. Dopóki lewica nie przejmie władzy, dopóty pozostaje jej wpływać na kształt tych instytucji, które stworzyli jej wrogowie.

 
*** 


A co, kiedy przejmie? Czy Zielona kanclerz Renate Künast z czerwonym prezydentem François Hollande zbudują nam czerwono-zieloną, socjalną i obywatelską Europę, która słucha swych Oburzonych, a niekoniecznie drży na głos rzecznika agencji Standard’s and Poor? Czy, jak niegdyś chciał tego Keynes, największy zysk czerpać będziemy nie z derywatów, ale z inwestycji w nowe technologie? Czy zamiast „konsolidować” na siłę budżety, pomyślimy o sprawiedliwym rozłożeniu podatkowych obciążeń i odnowieniu roli sektora publicznego? Czy zamiast wszystko uelastyczniać, pomyślimy wreszcie o zabezpieczeniu nam bytu? I dlaczego właściwie stare partie z nominalnie lewej strony barykady miałyby okazać się lepsze od swoich liberalnych, chadeckich czy konserwatywnych odpowiedników? Skoro zawiedli tyle razy? Habermas raczy wiedzieć – choć i on chyba nie do końca, bo zawarta w jego najnowszej książce błyskotliwa krytyka „międzyrządowego supremacjonizmu” przechodzi w niezwykle mglistą i niekonkretną wizję upolitycznienia europejskich obywateli. Co robić – mniej więcej wiemy; ekonomiści przygotowali już sporo interesujących recept. Jak i czyimi siłami – tu jesteśmy jeszcze w tzw. fazie koncepcyjnej. A kiedy? Za odpowiedź niech posłużą słowa cytowanego już Heinera Flassbecka: „Okno możliwości, by znaleźć demokratyczne rozwiązania, otwarte będzie jeszcze tylko przez chwilę. Jeśli Europa zdryfuje w dekadę stagnacji i deflacji, prawicowe płomienie, które widać już na jej obrzeżach, nie dadzą się opanować”.

  

  

Komentarze
Dodaj nowy
Towarzysz Mauzer   |13.12.2011 12:14:33
Widzę tu zbytni optymizm. To jedno z większych zwycięstw neoliberalizmu w
ostatnim czasie. Limity deficytu i długu publicznego to przecież typowe
postulaty monetaryzmu, prowadzenie innego typu ekonomii politycznej wymagałoby
tu elastyczności.
Zmiany w mechanizmach Unii oznaczają jedno - można się
pożegnać z gospodarką tworzoną i kontrolowaną przez społeczeństwa. Państwa to
największe organizmy, gdzie taka kontrola jest możliwa, i jednocześnie
najmniejsze, które mają szansę jako-tako samostojennie trwać.
Bo między mrzonki
włóżmy bajania Sikorskiego o większej władzy dla organów Unii wyłanianych
metodami realnej demokracji. Sarkozy’emu i Merkel idzie o "rządy
ekspertów", to zaś zawsze wróży źle.
Kto wie, czy skok w otchłań nie byłby
lepszy od postępów neoliberalizmu?
kot   |13.12.2011 12:42:12
Widać,że skończyło się lewicowo, rewolucyjne bara-bara -Zaczynamy myśleć.
-Jak
zagospodarować najlepiej tę konkretną piętrowo złożoną rzeczywistość europejską,
uwzględniając jej istotne elementy.
daras1983   |13.12.2011 15:45:37
Artykuł jak zwykle świetnie napisany:-)
Szkoda, że felietonów już nie ma.
kot   |13.12.2011 16:34:32
-daras -"artykuł świetnie napisany".
-A więc nie świetnie -użytkowo .
Tak napisanych artykułów ukazuje się dużo każdego dnia. Lecz tu nie chodziło o
"napisanie" ale o merytorykę, która jest ważna, i rzadko tak dogłębnie
sięgająca.
-Stosujesz kilka kalek, które wklejasz
pod różnymi tekstami, po
co?
Masz prawo do własnych sądów ale niech one coś niosą. Gdzie indziej o Jasiu
Kapeli napisałem,że ma -dla mnie -ciekawe sposób postrzegania tego co się dzieje
na świecie. Inni pisali,że tekst jasia jest do kitu. Czy to są równoważne
opinie? Z tym co napisałem, mógłby ktoś polemizować, że jemu się nie podoba
sposób ujmowania rzeczywistości przez Jasia i byłby to pogląd uprawniony i nie
byłby równie pusty jak stwierdzenie, że Jaś pisze do kitu. Kapujesz, czy się
obrażasz?
daras1983  - @kot   |13.12.2011 16:56:40
Jak na kota przystało rozumek też masz koci.
daras1983   |13.12.2011 17:01:41
Kocie mam prośbę. Znajdź sobie inny obiekt adoracji. Pouczasz i nauczasz mnie
cały czas. A efekt masz tego taki, że inni forumowicze z KP śmieją się z Ciebie,
a przy okazji ze mnie.
kot   |13.12.2011 23:31:35
-do daraso podobnych, jest sposób na to abym się nie czepiał. Nie zamieszczać
pustych wpisów -pozbawionych treści.
Kryterium jest następujące: jeśli
wpis
można zamieścić pod wieloma tekstami, a nie pod tym jednym, pod którym został
umieszczony. -Oznacza to,że wpis jest pusty i zaśmieca witrynę.
daras1983  - @kot   |14.12.2011 08:37:38
Naczelny śmieciarzu KP. Sprzątaj w takim razie dalej.
daras1983   |14.12.2011 09:38:39
A reguły co jest wpisem wartościowym, a co śmieciem możesz sobie o kant de
rozbić.
Taki ważny niby jesteś, zasady ustalać masz ambicję, a taki daras Cie
nawet olewa. Coś tu nie tak.
Więc nie ośmieszaj się dalej chłopaku i zamilcz.

Zachowujesz się jak rozwydrzony mały chłopczyk, który wywala innym foremki z
piaskownicy bo uważa, że tylko jego babki są warte tego aby w tej piaskownicy
stały. Reszta won.
Żałosny jesteś.
Palmiarnia   |14.12.2011 11:30:46
Jak widać kłótnie między rodzeństwem są nieuniknione.
Józef Robotnik   |14.12.2011 16:45:12
Artykuł bardzo wiele wyjaśniający , spodziewam się że niektórzy lewicowi
politycy go przeczytali . Chcę zwrócić uwagę na kolejność ważności czynników wg
Schmit’a ; praca, ziemia , kapitał , spokój społeczny . Ja rozumie , że kapitał
( osoby niosące to pojęcie ) ma aktualnie za nic pozostałe trzy czynniki , a to
tylko patrzeć jak ulegną rozregulowaniu pozostałe trzy czynniki , a w związku z
tym sam kapitał nic nie będzie znaczył , o czym zapomina . Tylko dlaczego
zapomina , a może wystąpiła jakaś zaraza w myśleniu .
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 13.12.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.25928 Seconds