 Wojna polsko-polska? Wojna o wszystko? Europa czy Burundi? Jednak nie tym razem. Kilkanaście procent głosów dla Grzegorza Napieralskiego to dowód, że wyborcy nie odnaleźli się w rolach, które próbowali im wmówić profesor Bartoszewski do spółki z Andrzejem Wajdą. Szantaż powrotem IV RP, widmem „prawie faszyzmu” nie zadziałał. Może dlatego, że Bronisław Komorowski niewielu przekonał, że różni się zasadniczo od Jarosława Kaczyńskiego? Na analizę kampanii i I tury wyborów przyjdzie jeszcze czas, podobnie jak na refleksję o przyszłych szansach lewicy. Zwycięstwo żadnego z kandydatów nie jest przesądzone – rozstrzygnięcia II tury nie możemy przewidzieć. Kilka rzeczy wiemy jednak na pewno. Niezależnie od końcowego wyniku wyborów widzimy, jak w przeszłość odchodzi niezwykle ważna formacja. Liberalna inteligencja, zwykle byli dysydenci, liderzy opozycji demokratycznej, działacze i doradcy „Solidarności” – budowali III RP, swym autorytetem bronili polskiej transformacji, wprowadzali kraj do Unii Europejskiej. A od roku 2005 walczą z IV RP, najpierw z projektem, potem z realną władzą, wreszcie z jej widmem. Niezależnie od generalnej oceny ich działań, do roku 2007 sprawowali w Polsce rząd dusz – wrogowie zmuszeni byli mówić ich językiem, zazwyczaj też akceptować wyznaczone przez nich wartości, cele i priorytety. Choć po roku 2002 w siłę rosnąć zaczęła prawica, to liberalnym autorytetom długo udawało się obronić swój status. Jeszcze w roku 2007 udało im się zdefiniować najważniejszy podział polityczny i zmobilizować miliony Polaków do głosowania przeciwko Kaczyńskim – w czym wydatnie pomogły liczne kompromitacje bliźniaków. Teraz się nie udało. Polacy – z różnych powodów – już się nie boją IV RP. Tymczasem „antykaczyzm” to od kilku lat jedyne, co nasi liberalni intelektualiści mają do zaoferowania. Jeśli Komorowski wygra wybory – co jest bardzo prawdopodobne – to nie dzięki poparciu „Gazety Wyborczej” i Komitetu Honorowego, ale pomimo niego. Bo histeria Wajdy, Bartoszewskiego czy – z innej półki – Krzysztofa Materny – przekonać mogła wyłącznie już (bardzo mocno) przekonanych. Aż do roku 2004 liberalni inteligenci mieli jakiś projekt, jakąś wizję, zdolną poruszyć kogoś więcej niż członków redakcji dwóch gazet z Warszawy i Krakowa. W skrócie: wolny rynek, Unia Europejska, przyszłość zamiast rozliczeń. Jednak od tamtego czasu mają już tylko strach, którego dziś – inaczej niż trzy lata temu – Polacy nie podzielają. Niczym rosyjscy liberałowie w połowie lat 90., którzy chwytali się Jelcyna niczym tonący brzytwy („żeby tylko nie wygrał komunista”), powtarzają jak mantrę: „żeby nie wróciła IV RP”. I tak jak wówczas w Moskwie – alternatywa dla „naszego kandydata” to zagrożenie dla demokracji. Komorowski – choćby niedoskonały – to jedyny wybór. Choć może analogia nie do końca działa? Bo dawni dysydenci ze Wschodu – często przyjaciele naszych – wybierali „mniejsze zło”. A dziś można odnieść wrażenie, że dla części polskich inteligentów Bronisław Komorowski to samo dobro. I to jest kolejny fundament ich klęski. Platforma Obywatelska to nie Unia Wolności, której śmierci niektórzy wciąż nie mogą odżałować. Sentymentalne autorytety, gotowe konflikt polityczny zamienić w moralizatorski spektakl o nieznośnej skali patosu, to dla technokratów z PO balast. Od święta – przydatny kwiatek do kożucha. Bo nasze autorytety nie mają cynizmu starego Okudżawy, który mawiał ponoć, że choć w Rosji demokracji nie ma, to Jelcyna i tak poprze – bo jego rządy to brak cenzury i możliwość zarobku za granicą. Władysław Bartoszewski i Andrzej Wajda wierzą, że naprawdę walczą o Polskę i że ich zdanie wciąż wiele znaczy, a złośliwi internauci-parodyści to wyjce, margines i ciemnogród. Liberalna inteligencja poniosła klęskę na kilku frontach. Po pierwsze – choć przyznaje się do lewicowych korzeni, to po 15 latach jej hegemonii na głównej arenie politycznej zostały dwie prawice. Po drugie – straciła z oczu pozytywną wizję Polski. Nie pomaga nam świata zrozumieć ani tym bardziej zmienić, za to uparcie tkwi przy starych pojęciach i kategoriach – zamiast pokazać projekt, straszy coraz bardziej rozmytymi widmami. I po trzecie – dla niej samej najważniejsze – nie tylko toleruje, ale czynnie popiera ugrupowanie, którego triumf oznacza zgon jej formacji. Dla wolnorynkowych fundamentalistów i macherów od PR, „Zeszyty Literackie” czy „Tygodnik Powszechny” to starcze fanaberie, a ich autorzy – pocieszne maskotki. Przydatne, by straszyć lud Kaczorem, zbędne wówczas, gdy tylko się o coś upomną. Na przykład o 1 procent na kulturę. Zwycięstwo Kaczyńskiego mogłoby – o paradoksie – przedłużyć żywot formacji, która w jego zwalczaniu dostrzega najwyższy sens swojego istnienia. Zwycięstwo Komorowskiego uczyni ich niepotrzebnymi. Co lepsze, kadencja agonii czy szybka eutanazja? Światopoglądowy dylemat zostawiam czytelnikom.
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...