O ogłoszonym właśnie raporcie MAK można
powiedzieć wszystko, ale nie to, że jest zaskakujący. Ewentualna wina strony
rosyjskiej nie jest nawet rozważana, poza suchym stwierdzeniem, że stan
lotniska i działania kontrolerów nie były przyczyną katastrofy. Arbitralna
kwalifikacja lotu jako „cywilnego” zamyka zresztą dyskusję – przy lotach tego
typu odpowiedzialność za lądowanie spada na załogę. Problem w tym, że Smoleńsk
Północny to lotnisko wojskowe, podobnie jak wojskowa była obsługa naziemna. Ta
sama obsługa, która chciała zakazu lądowania, ale bała się wziąć
odpowiedzialność za dyplomatyczny skandal – albo też podobne obawy miał ktoś
„na górze”. Raport wskazuje, że kontrolerzy źle – choć według wskazań radarów – naprowadzali
samolot, co oczywiście przeczy tezie jego autorów o braku związku katastrofy ze
stanem lotniskowej infrastruktury. Do tego parę jawnych kłamstw i szczypta
arogancji na koniec, będąca PR-owskim prztyczkiem w nos – 0,6 promila we krwi
generała Błasika. Od faktów (nic nowego się nie dowiedzieliśmy) ciekawszy był
ton i styl – zdanie przewodniczącej Anodinej o tym, że „niedopuszczalne są
administracyjne i polityczne naciski na niezależną komisję”, to mój prywatny
cytat tygodnia.
Rosjanie zachowali się tak, a nie inaczej, bo
prawda o decyzyjnym bałaganie w dowództwie wojsk lotniczych kompromituje ekipę
Putina, która od dekady twierdzi, że może trochę demokracji jeszcze w Rosji
brakuje, ale przynajmniej porządek jest i dyscyplina. Szkoda, że naszym kosztem.
Donald Tusk może w tej sprawie niewiele – bo nie
ma pomysłu ani strategii relacji z Rosją. Rząd PiS i prezydent Kaczyński
chcieli być Rosji zawadą na drodze do Europy, a dla USA – Izraelem na wschodnim
przedmurzu kontynentu. Rząd PO chciałby być ogniwem i pośrednikiem, ale nie za
bardzo wie, co mógłby w nowych warunkach Kremlowi zaproponować. Nie ma też
wielkich szans na „wschodni prometeizm”, bo coraz mniej jest nim zainteresowana
Ukraina, której skądinąd oferujemy niewiele. Rząd jest też marnym negocjatorem – w sprawie dostaw gazu Polaków przed wicepremierem Pawlakiem musiała bronić
Komisja Europejska. W sprawie Smoleńska nie negocjowano chyba w ogóle, choć
należało walczyć (nieformalnie, dyplomatycznie) o sprawiedliwszy raport i jakiś
sensowny „wspólny komunikat”.
W praktyce pozostaje nam teraz PR – możemy
spróbować tłumaczyć światu, że średniowieczne radary na zdezelowanym lądowisku też
odegrały swą rolę, a w rosyjskiej armii panuje chaos. Że Putin nam zamordował
Prezydenta – o tym nikogo nie przekonany. Możemy niuansować odpowiedzialność i
wielość czynników, wskazywać na rosyjskie błędy, zaniechania, a momentami – zwykłą bezczelność, którą nazbyt może łatwo swym raportem okazali.
Wnioski najważniejsze musimy wyciągnąć na własny użytek. Co
to za państwo, w którym w ogóle możliwy jest „psychologiczny nacisk” Pierwszego
Pasażera na pilotów? Co to za państwo, którego służby nie rozpoznają – na
użytek rządu i Prezydenta – technicznych warunków bezpieczeństwa dla swych
elit? Nie pilnują „drobiazgów” takich jak zgranie pilotów czy ich znajomość
języków? W którym ułańska fantazja zwycięża procedurę?
Katastrofa smoleńska
była absurdem – a nie znakiem z niebios. Powinna być impulsem do naprawy
państwa, którego elitom nie chce już się nawet rządzić – nie źródłem „odnowy moralnej”.
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...