NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sutowski: Z dziejów podatkowej głupoty w Polsce Drukuj
Michał Sutowski   
03.08.2010

Uczynić z ofiary potencjalnego ludobójcę, z wyzyskiwanego biedaka krwiopijcę a z najbogatszej elity dyskryminowaną mniejszość – to wielka sztuka. Taki manewr stanowił zazwyczaj – co wiemy z historii – preludium do różnych niesympatycznych poczynań. Czasem prowadził do rzezi (Ruanda), częściej do zamordyzmu w interesie przyjaciół reżimu (Chile za Pinocheta), najczęściej zaś służył po prostu tłumaczeniu słabszym, że są za silni, więc jak „wyrównamy szanse” to wszystkim się zrobi lepiej. Podmiana znaczeń, zwana potocznie odwracaniem kota ogonem, w Polsce od lat służy przekonaniu ludzi, że panuje u nas socjalizm, pracownicy żyją jak pączki w maśle i nic nie robią, kolejne rządy jedzą im z ręki i tylko strach i populizm rządzących nie pozwala zerwać z tym stanem rzeczy.


Od kilku dni słychać w prasie krytykę pomysłu rządu, by na trzy lata podnieść podstawową stawkę podatku VAT. Pomysł to faktycznie fatalny, na co wskazuje m.in. Piotr Kuczyński  – to „stosunkowo najmniej bolesne dla ludzi rozwiązanie” (Donald Tusk) najbardziej uderza po kieszeni najbiedniejszych, zysk zaś (5,5 mld do budżetu) przynosi niewielki. Podwyżka VAT-u obniża również konsumpcję, tzn. popyt wewnętrzny – jest zatem nie tylko niesprawiedliwa, ale i prorecesyjna. Od samej istoty tej zmiany ciekawsze są jednak argumenty, jakie podają jej zwolennicy i przeciwnicy. Problem jest bowiem wspólny – każde podnoszenie podatków to zbrodnia, rzecz idzie tylko o sprawcę, ewentualnie okoliczności łagodzące.


Burzę wywołał minister Boni – jego sensowny pomysł, by wrócić do starej, trzystopniowej skali podatkowej (co daje minimum 7 mld do budżetu) i częściowo podwyższyć składkę rentową (aż 20 mld dla ZUS) zaatakowali wszyscy. No, prawie – SLD zachowało „wstrzemięźliwość”, mimo że propozycja przywrócenia 40-procentowego podatku dla najbogatszych to chyba pierwszy lewicowy pomysł w historii PO. Grzegorz Schetyna uderzył w tony egzystencjalne („podnoszenie podatków to jak wyrwanie serca”) i metafizyczne („podniesienie podatków jest zaprzeczeniem naszego jestestwa”). Tu się jeszcze wszystko zgadza – podnieść podatki najbogatszym to nie tylko wbrew ideologii PO, to także wbrew jej elektoratowi. Szkoda tylko, że klasa średnia, której ten problem nie dotyczy (trzeci próg dotyczy wąskiej grupy podatników, choć daje duży przychód do budżetu), zdaje się kupować opowieść Schetyny o drenowaniu polskich kieszeni. Łączy się więc w bólu z menedżersko-korporacyjną elitą finansową, nie pozwalając jej wydrzeć ani złotówki więcej z kieszeni, lokaty czy innego funduszu hedgingowego. 


Jakże ma jednak nie wierzyć żelaznemu marszałkowi, skoro to samo opowiada „solidarny” PiS? Beata Szydło z dumą podkreśla, że za rządów jej partii obniżono PIT i składkę rentową, dzięki czemu Polacy mieli więcej pieniędzy w kieszeniach, co zwiększyło konsumpcję i przełożyło się na wzrost gospodarczy. To dość specyficzna – nadwiślańska chyba – odmiana Keynesizmu. Jak bowiem wiadomo, pozostawienie „pieniędzy w kieszeniach” obywateli stymuluje popyt i konsumpcję – ale dotyczy to głównie najuboższych i warstw średnich, tymczasem PiS obciął podatki głównie najbogatszym. Ci nie wydają zaoszczędzonych pieniędzy na rynku wewnętrznym, lecz lokują – zazwyczaj zagranicą. 


PO nie chce podnosić PIT-u najbogatszym, twierdząc, że zahamuje to wzrost (choć z ww. powodów nie zahamuje) oraz że to niesprawiedliwe, bo uderza Polaków po kieszeni (choć „uderza” tylko wąską elitę). W związku z tym podnosi VAT wszystkim, co ma być „najmniej bolesne” dla podatników (a faktycznie uderza w najsłabszych) i bez konsekwencji dla gospodarki (choć akurat podatek konsumpcyjny jest zazwyczaj antywzrostowy). Do tego jeszcze sugeruje, że to obniżone podatki i składka rentowa (wprowadzone przez PiS) stanowiły „polski pakiet stymulacyjny”, choć na Zachodzie takie „pakiety” dotyczyły raczej najuboższych i klas średnich, a nie najbogatszych. PiS o podatkach twierdzi dokładnie to samo, tylko zarzuca PO hipokryzję. Parlamentarna lewica nie ma w zasadzie nic do powiedzenia.


Hipokryzja PO i PiS, które w imię „solidarności społecznej” obniżają podatki, bądź podwyższają tak, by bogaci nie stracili, blednie jednak przy tezach Agaty Nowakowskiej, czołowej publicystki „Gazety Wyborczej”. Warto przytoczyć sam lead, charakterystyczny dla muzealno-liberalnej doktryny: Podwyższać podatki potrafi każdy rząd, bo to żadna filozofia. Odbierać silnym grupom zawodowym niesprawiedliwe, dyskryminujące innych i skubiące państwo z kasy przywileje - to już wyższa szkoła jazdy. Faktycznie. Kolejne polskie rządy, zamiast zbudować wolnorynkowy raj, zdzierają ostatnią kapotę z przedsiębiorczej elity Polski. Tak jak np. lewicowy rząd Leszka Millera, który wprowadził podatek liniowy (CIT), prawicowy rząd Jarosława Kaczyńskiego, który obniżył nie tylko składkę rentową dobijając ZUS, ale także podatek spadkowy i zniósł trzeci próg, wreszcie rząd PO, który nie odważył się tych decyzji cofnąć. 


Trudno myśleć o poważnej zmianie na lepsze w kraju, w którym myślenie gospodarcze elit – ekonomicznych, ale zwłaszcza politycznych, owych „neoliberałów zdroworozsądkowych” – zatrzymało się w końcu lat 80. Publicystka „GW” szydzi z górników, którzy swe „przywileje” utrzymali kamieniami i łomami. Problem w tym, że pomysły „radykalnej” reformy górnictwa – i wielu innych branż – sprowadzają się w Polsce do ich likwidacji, w stylu Margaret Thatcher, zamiast planowej restrukturyzacji regionu, jak choćby w Niemczech. Anachronizm dyżurnych ekonomistów, czołowych polityków i dziennikarskich „inżynierów dusz”, kwestii podatków dotyczy w jeszcze większym stopniu. Niczym cepem po głowie, biją przeciwnika krzywą Laffera – absurdalnym (publicystycznym, a nie naukowym) modelem, zgodnie z którym niższe podatki oznaczają „na dłuższą metę” większy dochód budżetu. Interes najbogatszych – płatników dawnego „trzeciego progu” – utożsamiają z interesem publicznym po prostu. Teorię stymulacji popytu wewnętrznego wywracają na nice sugerując, że każda obniżka podatków zwiększa konsumpcję a rozłożenie obciążeń po równo (menadżer 100 złotych, sprzątaczka 100 złotych) to wyraz sprawiedliwości.  


Nie wiem, czy minister Boni podwyżkę podatku PIT traktował serio, czy był to tylko „balon próbny”. Nie wiem też, czy antypodatkowy chór wie, czy nie wie, co czyni. Czy to dzieje głupoty czy manipulacji w Polsce? 

 

Komentarze
Dodaj nowy
KrzysztofMazur   |03.08.2010 10:06:31
Najbogatsi:
1. Mają rezydencję podatkową za granicą.
2. Mają spółkę na
Cyprze.
3. Mają działalność gospodarczą i nie płacą progresywnego PITu ani
składki rentowej.
Opodatkować ich można, podatkiem od majątku (a nie dochodu i
nie spadku), albo podnosząc liniowy PIT od działalności
gospodarczej.

Pobudzanie popytu wydatkami jest dokładnie tą samą fikcją co
pobudzanie podaży obniżką podatku.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 03.08.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.89643 Seconds