NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sutowski: Gra o przyszłość Drukuj
Michał Sutowski   
03.06.2011
”[…] proszę nam wierzyć, przyszłość nie jest »czarną dziurą«, trudną do określenia. Spoczywa w naszych rękach, będzie taka, jaką wybierzemy. Wszystko zależy od nas” - piszą Stefan Bratkowski i Andrzej Bratkowski w Grze o jutro 2. Podobnej myśli próżno szukać w dziełach współczesnych polskich autorytetów. Bo choć nieraz słyszymy, że polskie społeczeństwo dokonało cudu, że stworzyło „Solidarność”, że obaliło komunizm, że pokojowo przeszło do demokracji, wreszcie że „powróciło” na łono Zachodu, bezpiecznie zakotwiczone w jego instytucjach – na tym koniec. Praca, przedsiębiorczość, walka z lokalnym populizmem – to są zadania na dziś i jutro, a miejsca na polityczność, zbiorową decyzję i demokrację pozostaje niewiele. Lokomotywy rozwoju pociągną za sobą resztę, rozbudzona przedsiębiorczość Polaków przyniesie bogactwo, nierówności zmotywują nas do pracy. Polaryzacja, dyfuzja, innowacja, modernizacja – ten zbiór pozornie neutralnych pojęć określa horyzont polskiej przyszłości. Kontrę dla niego, tę najgłośniejszą, stanowi „suwerennościowa” histeria, oparta np. na rojeniach o łupkowym mocarstwie. O realnej konfrontacji stanowisk nie ma jednak mowy – oba służą wyłącznie mobilizacji elektoratu, względnie „profesjonalizacji” wizerunku tej czy innej partii.


okladka-gra_o_jutro_2obrys.jpgNa tle pozorowanej debaty na temat polskiej przyszłości książka braci Stefana i Andrzeja Bratkowskich stanowi przypadek niemal bezprecedensowy. Gra o jutro 2 zawiera zestaw diagnoz, pomysłów i propozycji, które miałyby uczynić Polskę krajem zdatniejszym do życia – zgodnie z pozytywistyczną tradycją konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość, ale także reformistycznym duchem polskiego Października 1956, wydarzenia formacyjnego dla obu autorów. Książka imponuje rozmachem, erudycją, nieraz zmyślnością propozycji – i zarazem irytuje. Przede wszystkim swą niekonsekwencją: powielaniem ideologicznych klisz tuż obok błyskotliwych herezji. Bratkowscy stawiają celne diagnozy idące pod prąd oczywistych oczywistości, aby za chwilę zaordynować panaceum wprost z podręcznika liberalnego agitatora. Dla lewicy (do której dziedzictwa autorzy się w pewnym stopniu poczuwają) Gra o jutro 2 stanowi poważne wyzwanie, jeśli jednak ktoś szukał tu choćby socjaldemokratycznego katechizmu dla Polski, poważnie się zawiedzie.

O premierze Tadeuszu Mazowieckim opowiadano kiedyś anegdotę, że bardzo chciał polecieć do Bonn, ale sprzedano mu bilet do Waszyngtonu – wbrew swoim intencjom stał się ojcem neoliberalnej transformacji. I choć Bratkowscy nie uważają bynajmniej polskiego kapitalizmu za „dziki” (choć na pewno kaleki), to ich zamiarem jest swoisty powrót Polski do Bonn (Berlina?), a w każdym razie na naszą stronę Atlantyku. Czerpiąc z różnych tradycji i systemów – Wielka Brytania, Niemcy, II RP, w jednym wypadku (ochrony zdrowia) nawet Francja, której generalnie nie znoszą – autorzy wskazują problemy, w tym zaniedbania doby transformacji, których rozwiązanie przybliżyłoby Polskę do modelu społecznej gospodarki rynkowej. Tego samego, który zadeklarowano w konstytucji z roku 1997 (której notabene Bratkowscy również nie znoszą). W obszarze ekonomicznym autorzy zdają się podzielać nie dla wszystkich oczywisty pogląd, że kapitalizm dla sprawnego, efektywnego i sprawiedliwego działania wymaga instytucji, w których logika zysku nie obowiązuje, w tym instytucji zabezpieczenia społecznego. Niemal zawsze jednak traktują podmiot prywatny jako potencjalnie bardziej efektywny i racjonalny od państwa. Samo państwo zaś – w duchu tradycji anglosaskiej widzianej oczami Tocqueville’a – postrzegają jako emanację wielości małych wspólnot, a nie jako podmiot kształtowania tożsamości czy modernizacji.

Gwałtowna niechęć do francuskiej tradycji państwowej, zwłaszcza biurokratycznego centralizmu, skłania autorów do ostrej krytyki polskiej tradycji konstytucyjnej, którą uważają za wtórną i w nieprzemyślany sposób zapożyczoną z III Republiki (z wyjątkiem oczywiście Konstytucji 3 maja, stawiającej na wyraźny podział władz, z silną władzą wykonawczą). Bratkowscy wyraźnie faworyzują model anglosaski, proponując dla Polski silny model prezydencki à la USA. Słusznie wskazują obecne wady naszego systemu: dublowanie ról (zbędny „drugi rząd” w postaci Kancelarii Prezydenta, podział władzy wykonawczej z czysto negatywną – z racji weta – rolą głowy państwa), nagminne traktowanie administracji jako partyjnych synekur, wreszcie słabość samego rządu, uzależnionego od przygodnych rozgrywek partyjnych. Sprowadzając parlament do roli kontrolnej, autorzy postulują wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych – i tu oczywiście nasuwa się szereg argumentów na temat niskiej reprezentatywności takiego systemu partyjnego, podatności posłów na lobbing (vide doświadczenia amerykańskie), wreszcie nadmiernej personalizacji polityki i jej redukcji do konkurencji wizerunków.

Wiele z tych zastrzeżeń autorzy w jakimś sensie wymijają, w ich wizji bowiem to nie parlament ma stanowić ognisko demokratycznej suwerenności, ale gmina. Znów, na wzór anglosaski, rząd centralny ma być niejako emanacją rządów lokalnych zbiorowości, a wyrazem tego mają być nie tylko niuanse konstytucyjne, ale sam tryb finansowania. Podatki powinny być ściągane w gminach i tylko ich część przekazywana „w górę”. Do tego dwustopniowy podział administracyjny (bez powiatów), niejednolity ustrój gmin, prawo (nie obowiązek!) ich zrzeszania się w większe podmioty i generalne odwrócenie zasady subsydiarności – to gminy delegowąłyby część zadań w górę, a nie rząd centralny łaskawie udziela im kompetencji.

Nie ma tu miejsca na szczegółową rekonstrukcję argumentacji – odsyłam do lektury książki. Dość wskazać, że wiele z tez (np. o możliwych oszczędnościach, o zbliżeniu władzy do ludzi) brzmi przekonująco. Pod warunkiem jednak, że zawiesimy np. pytanie o nierówności między regionami pogłębiające się gwałtownie bez państwowej interwencji. Jak miałaby wyglądać redystrybucja środków od zamożnych do ubogich bez pośrednictwa centrum? Należy również zapytać, na ile możliwe jest przeniesienie na grunt Polski modelu ustrojowego charakterystycznego dla państw o stosunkowo ciągłej linii rozwojowej (Wielka Brytania, USA). Czy w kraju doświadczonym przez permanentne zabory, okupacje, zniszczenia wojenne, migracje ludności i przesunięcia granic, do tego położonym na półperyferiach globalnego podziału pracy silne i scentralizowane (w jakim zakresie – to już do dyskusji) państwo nie stanowi koniecznego podmiotu rozwoju?

Podobna ambiwalencja charakteryzuje niemal każdy rozdział Gry o jutro 2. Gdy mowa np. o polskim prawie, nie sposób nie zgodzić się z wieloma diagnozami patologii, zarówno przy twierdzeniach ogólnych (o inflacji prawodawstwa, hipertrofii regulacji karnych i nie tylko, upolitycznieniu organów egzekucyjnych, autorytarnych praktykach masowych osadzeń w aresztach bez wyroku), jak i w konkretnych przypadkach (zbędność CBA na tle statystyk wykrywalności korupcji; skandaliczne akcje ABW w czasach rządów PiS, a zwłaszcza nieuzasadnione, „postsocjalistyczne” przywileje dla instytucji bankowych). Z drugiej jednak strony zaskakuje, jak bardzo autorzy ufają środowiskom i korporacjom zawodowym (lekarze, prawnicy), a jednocześnie są dystansują się od państwowej biurokracji. Bratkowskich ponosi też czasem publicystyczny zapał, gdy opisując ekscesy CBA, zestawiają doświadczenie IV RP z opisem III Rzeszy czy sugerują powiązania Radia Maryja z KGB. Jeszcze inne stwierdzenia wprost zadziwiają, jak choćby tezy amerykańskich sukcesach w wychowaniu bez przemocy czy o realności mitu „od pucybuta do milionera”.

Trzeźwe i bardzo w Polsce nieoczywiste konstatacje i świeże pomysły z Gry o jutro 2 raz po raz mieszają się z dziwacznym doktrynerstwem. Autorzy z pasją krytykują amerykański model opieki zdrowotnej i kapitałowy system emerytalny, celnie punktując hipokryzję nastawionych na zysk prywatnych ubezpieczycieli i nieefektywność „rynkowych” rozwiązań w tych obszarach. Ich koncepcje powszechnych ubezpieczeń wzajemnych (zdrowotnych, od wypadków etc.) z pewnością powinny stać się przedmiotem debaty na poziomie parlamentu – i wyrzutem sumienia dla autorów prywatyzacji PZU i kilku wielkich reform. Ale jednocześnie dowiadujemy się, że po komercjalizacji placówek ochrony zdrowia „szpitale pozostają tymi samymi szpitalami […], lekarze i pielęgniarki tymi samymi lekarzami i pielęgniarkami, tylko inaczej i wyżej wynagradzanymi w instytucjach służby zdrowia bardziej gospodarnych i lepiej zorganizowanych”. Jak do tej „oczywistości” ma się sytuacja w skomercjalizowanych ZOZ-ach, gdzie powszechną praktyką stały się umowy „śmieciowe” i nieksięgowane nadgodziny?

Młody Leszek Kołakowski uczył, że należy doceniać niekonsekwencję, wydaje się jednak, że w pewnym momencie autorzy książki nieco przekroczyli jej dopuszczalne granice. Bardzo trafnie piszą np. o błędach transformacji w NRD, w tym o nazbyt szybkim otwarciu tamtejszej gospodarki na rynki rozwinięte: „Politycy wiedzieli sami lepiej; niewidzialna ręka rynku miała sama zrobić swoje. Zrobiła: cała warstwa średnich i drobnych przedsiębiorstw, na której opierał się eksport NRD, szybko padła bez dostępu do jakiegoś zorganizowanego hurtu, nie wytrzymując konkurencji rynkowej z przedsiębiorstwami Niemiec Zachodnich”. Twórcy polskiej transformacji gospodarczej również pragnęli integracji polskiej gospodarki ze światem za wszelką cenę. Dlaczego więc zaledwie stronę (!) wcześniej bracia Bratkowscy ubolewają, że Leszek Balcerowicz nie otrzymał Nagrody Nobla? Doktryna ekonomiczna, jaką wyznawał i firmował swym autorytetem, daleko wykraczała przecież poza politykę pieniężną. Obejmowała m.in. reguły konkurencji i interwencji państwa, zgodnie z którymi nie było możliwe m.in. utrzymanie przy życiu i rozwój polskich stoczni (słusznie postulowane przez autorów!). Ojciec polskiej transformacji bynajmniej nie pragnął również „planowanego” rozwoju przemysłu na wzór Japonii, tak bliskiego Andrzejowi i Stefanowi Bratkowskim. To właśnie „niewidzialna ręka rynku miała sama zrobić swoje”…

Tematów, wątków i propozycji reform jest w tej książce mnóstwo. Rozwój stowarzyszeń kredytu wzajemnego i lokalnych banków kredytujących rozwój powiązanych z samorządem – na wzór niemiecki. Bardzo ciekawa krytyka podatku VAT. Likwidacja monopoli energetycznych i konglomeratów w przemyśle wydobywczym; racjonalizacja wydatków na ochronę zdrowia przez nacisk na profilaktykę – wraz z regułą, że „zdrowie nie jest sprawą prywatną”. Świetny, erudycyjny rozdział o gospodarce wodnej i energetyce, prezentujący twarde, a rzadko spotykane w naszym kraju argumenty ekonomiczne przeciwko energetyce jądrowej.

Autorzy często przywołują argument „sprawdzonych rozwiązań”, których z braku wyobraźni, nadmiernego przywiązania elit do jakiejś doktryny albo po prostu lobbingu grup interesu dotąd nie wdrożyliśmy, a najczęściej nawet nie przedyskutowaliśmy. Dzięki temu Gra o jutro 2 stanowi niezwykły rezerwuar przykładów koncepcji i praktyk ustrojowych i gospodarczych z różnych krajów. Co do niektórych nie ma wątpliwości, że uczyniłyby zarówno nasz rodzimy system polityczny, jak i kapitalizm sprawiedliwszym i efektywniejszym. Chodzi tu zwłaszcza o instytucje wzajemnych ubezpieczeń i kredytu, stłamszone przez komercyjnych ubezpieczycieli i system bankowy. W wielu pozostałych przypadkach pojawia się jednak kilka zasadniczych problemów.

Po pierwsze: kwestia etapu rozwoju kapitalizmu i miejsca w globalnym podziale pracy. Bratkowscy słusznie krytykują giełdyzację gospodarki i horrendalną produkcję wirtualnego pieniądza, a także manipulacje wielkich gospodarczych konglomeratów czy korporacji. Zbyt łatwo jednak utożsamiają ten problem z „modelem kulturowym”, sugerując przez to możliwość powrotu do „kapitalizmu Main Street zamiast Wall Street” na zasadzie zmiany indywidualnych postaw. Trudno w warunkach dyktatu anonimowych „rynków” i instytucji finansowych myśleć o zmianie paradygmatu z rentierskiej spekulacji na pracowitość i oszczędność za pomocą (r)ewolucji świadomościowej – bez fundamentalnej zmiany politycznej na skalę planety, albo co najmniej dużego jej regionu.

Po drugie, autorzy w niewielkim stopniu zwracają uwagę na problem nierówności, tak na poziomie redystrybucji dochodów, jak i zdolności partycypacyjnych jednostek. Mowa jest o pomocy społecznej czy stypendiach, ale już nie o związkach zawodowych (chyba że z irytacją). Organizacje pracownicze traktowane są jako część problemu, a podstawowym obiektem troski zdają się przedsiębiorcy. Bratkowscy pomijają fakt, że wiele spośród słusznie proponowanych przez nich instytucji (np. oszczędnościowych) działa powszechnie tylko w sytuacji, gdy obywatele mają co oszczędzać – co w Polsce nie jest oczywiste. Całkowicie pomijają rodzącą się (zwłaszcza w Polsce!) „nową klasę” osób zatrudnianych wyłącznie dorywczo, do których z trudem stosują się tradycyjne systemy zabezpieczenia społecznego.

Po trzecie wreszcie, szalenie problematyczny wydaje się w polskich warunkach schemat „oddolnego rozwoju” zaczerpnięty ze społeczeństw, w których liberalny indywidualizm łączył się z centralną (bo awangardową) pozycją w historii kapitalizmu. Trzeba najpierw przemyśleć kwestię samego podmiotu modernizacji – w kraju półperyferyjnym, o postfeudalnej strukturze społecznej („pany” kontra „chamy”) i problematycznej tożsamości narodowej. Odbudowę społecznej i gospodarczej podmiotowości bez silnej interwencji państwa chyba trudno sobie w tych warunkach wyobrazić.

Pomimo szeregu zastrzeżeń do Gry o jutro 2 bezwzględnie należy oddać Andrzejowi i Stefanowi Bratkowskim, inteligentom wyjątkowo zasłużonym na polu rodzimego „pozytywizmu” ostatniego półwiecza, że dokonali dzieła chyba bez precedensu w III RP. O ile powstały już ważne książki krytyczne (z pracą prof. Tadeusza Kowalika na czele, ale także tekstami konserwatystów, Jadwigi Staniszkis czy Rafała Matyi), o tyle brakowało obszernej i wielowymiarowej propozycji kluczowych reform dla Polski. Reform, które wykraczałyby poza doktrynerskie schematy cięcia wydatków publicznych i prywatyzowania wszystkiego, poza banał „wspólnego dobra” czy otwartości i ogólnie słusznej nowoczesności. Albo – z drugiej strony – poza demaskację agenturalnych spisków. Intelektualny rozmach i szerokość ujęcia problemów teraźniejszości i przyszłości w Grze o jutro 2 stawiają poprzeczkę wysoko, zwłaszcza lewicy. Autorzy bowiem piszą nie tylko o dobrych ideach, ale także o dobrych instytucjach, o czym polscy intelektualiści permanentnie zapominają. Niestety, na tym też rola autorów książki się kończy. Czy wystarczy to do otwarcia „przyszłościowej” debaty w Polsce?

  

Stefan Bratkowski, Andrzej Bratkowski, Gra o jutro 2, Warszawa 2011

  

Tekst jest fragmentem nadchodzącego numeru „Krytyki Politycznej” (KP27 – 28), zatytułowanego Miejsca transformacji. Numer już wkrótce! 

Komentarze
Dodaj nowy
kot   |04.06.2011 14:34:29
Jeżeli książka Bratkowskich jest ewenementem, to tekst krytyczny Sutowskiego,
bez przesady, jest rewelacją, bo wychodzi poza dotychczasowy paradygmat
krytyczny i widać,że jest budowany w oparciu o szerszą konstrukcje intelktualną
oświęcimer   |04.06.2011 21:24:01
Pierwszy tekst Sutowskiego, bez doktrynerskiego zadęcia (no może lekkie
przebitki). Da się czytać
arnaldos  - Solidarnosc nad Tamiza   |04.06.2011 21:43:55
Wprawdzie nie czytałem jeszcze, ale chciałbym zwrócić uwagę na pewien szczegół.
Otóż pobieżna lektura Kuronia (albo Abramowskiego), nie mówiąc o tradycjach
samorządnościowych II RP, wystarczy, ażeby stwierdzić, że "oddolna
modernizacja" to wielka, choć zapomniana Polska tradycja radykalno-lewicowa,
wyrastająca właśnie z doświadczeń z próbami modernizacji państwowej, tak przed
jak i po 1945 roku. Przed wojna wielkim marzeniem lewicy w Polsce (podobnie jak
na "Zachodzie" - patrz świetne "Populist Vision" Postela o
postępowym populizmie w Ameryce) było żeby połączyć rozwojowe zalety
"ekonomii skali" jaką dawały wielkie korporacje, i demokratyczne
decydowanie o dzieleniu owoców wzrostu (patrz Żoliborski WSM - socjalizm w
jednej dzielnicy). Spółdzielczość była właśnie takim pomysłem, który nabierał na
znaczeniu w miarę jak międzywojenne Państwo modernizowało sie kosztem ludu
(głownie chłopskiego). Po wojnie, dla tej lewicy, która utożsamiał Kuroń i idea
samorządności, normatywnym kryterium było to, czy modernizacja niesie ze sobą
możliwość decydowania o własnym losie. Cale XX-wieczne doświadczenie (po obu
stronach żelaznej kurtyny) dawało odpowiedz negatywna (pisał Kuroń ze
samorządność to nie tylko przeciwieństwo totalitaryzmu, ale Zachodniej
demokracji). Z tych wszystkich względów, należy przemyśleć tą tradycję, a nie
odrzucać ją jako Tocquevillowski miraż, na którym Polska, państwo z traumą (czy
na ten wlasnie fakt nie powołują się nielubieni przez S.
arnaldos   |04.06.2011 22:39:23
… nie moze sobie pozwolic[Moderatora uprasza sie o podanie liczby dozwolonych
znakow]Zresztą nie jest też prawdą, że tylko państwa o dużym stopniu ciągłości
mogą sobie na takie pomysły pozwolić. Hiszpania, państwo równie straumatyzowane,
co nasze, ma najbardziej zdecentralizowany w Europie aparat państwowy (
eurypides77   |04.06.2011 23:24:14
Drobna uwaga ad vocem - o ile posługiwanie się przymiotnikiem
"anglosaski" w odniesieniu do modelu kapitalizmu albo systemu prawnego
ma jako taki sens, to w odniesieniu do ustroju politycznego, jest to określenie
nadwyraz mylące.

USA to system skrajnie prezydencki, podczas gdy Zjednoczone
Królestwo to jeden z najsilniejszych systemów parlamentarnych (gdzie parlament
zresztą, a nie gmina jest suwerenem, jak autor wydaje się sugerować). Nie
przesadzałbym też z tą władzą gmin, zwłaszcza w Anglii, zaś USA to klasyczny
(choć federalny) system trój- nie dwu-stopniowy (hrabstwo, stan, federacja).
KrzysztofMazur   |05.06.2011 10:58:38
Zmiana w kierunku decentralizacji się dokona, gdy państwa zwyczajnie splajtują.
Co jest przesądzone - długi stale rosną, nikt nie zamierza ich zmniejszać, a
ilość kapitału nie rośnie lub nawet spada. W takiej sytuacji państwa muszą paść,
aczkolwiek będzie to długo trwało.

P.Sutowski razem z KP wierzy, że to źli
neoliberałowie obalili socjaldemokrację, czyli elity intelektualne sterują
światem. Tak prosto niestety nie jest. Socjaldemokracja, tak samo jak i komuna,
upadła dlatego że zmieniła się struktura demograficzna społeczeństw (a nie z
powodu neoliberałów i solidarności). Socjalizm może funkcjonować tylko przy
nadmiarze zasobów, czyli wówczas gdy większość społeczeństwa jest młoda i
pracuje. Gdy społeczeństwo się starzeje, nie można dzielić bogactwa, bo go nie
ma i wraca tzw. wolny rynek (proszę zauważyć, że ja tego nie
wartościuję).
Neoliberalizm był próbą ratowania państwa, poprzez jego
zmniejszenie, co się na jakiś czas udało, ale ten czas się kończy.
Powrót do
oszczędzania na poziomie lokalnym i ubezpieczeń wzajemnych nastąpiłby, gdyby
tylko państwa pozwoliły splajtować tzw. prywatnym bankom (które obracają nie
swoimi pieniędzmi, więc są raczej cudze niż prywatne). Ale państwa ‘muszą’
ratować banki, więc same podzielą ich los.
Oczywiście wtedy ‘winni’ będą
‘spekulanci’ i neoliberałowie.
Mergiel  - ad Krzysztof Mazur   |12.06.2011 00:53:06
"Neoliberalizm" to chwyt marketingowy, szyld i epitet, którym posługują
się jedni socjaliści lub lepiej etatyści przeciwko drugim socjalistom-etatystom
w walce o podział podatkowych łupów. W rzeczywistości, nie powrócono do żadnego
wolnego rynku, nie było w tym kierunku ani jednego kroku, cały czas rozrastają
się tylko regulacje (patrz prawodawstwo UE i nasze). Ustala się limity produkcji
niemal wszystkiego(patrz cukier). Nie ma wolnego międzynarodowego handlu. Plajta
"prywatnych" banków nie jest przyczyną kłopotów obecnych państw, ona je
jedynie zaostrzyła. Nie można w nieskończoność funkcjonować w permanentnym
deficycie budżetowym.Jak ktoś myśli inaczej niech poda przykłady co w
rzeczywistości zliberalizowano poza obyczajami i narkotykami.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 05.06.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.09629 Seconds