|
Wolność i autorytet, ciągłość i zmiana, chadecy, liberałowie, konserwatyści i socjaldemokraci w jednym klubie… To nie front jedności narodu, to Platforma Obywatelska – przynajmniej jeśli potraktować jej wyborczy program poważnie. A w zasadzie jego pierwszą część, wstęp Donalda Tuska, w którym premier prosi wyborców o głos. Zanim poprosi, odmienia przez wszystkie chyba przypadki takie pojęcia, jak współpraca, kreatywność i inteligentny (!) rozwój. Kreśli wizję modernizacji adekwatnej do „trzeciej fali nowoczesności”, a wszystko to pod przywództwem partii „poza lewicą i prawicą”, Nowego Centrum, dzięki któremu „wolność spotka się ze sprawiedliwością”, i to pod rządami prawa.
Mnóstwo w tym wszystkim modernizacyjnego patosu – program Platformy, na przekór niedawnym jeszcze opowieściom o polityce „tu i teraz”, to jakby kolejne wcielenie znanych z lat 90. opowieści o wielkich celach i wyzwaniach. Ale – uwaga – tym razem bez wyrzeczeń. Nie będzie bolało, żadnych koniecznych kosztów transformacji. Już nie tylko wolny rynek, Unia i NATO – te są już dane, mówi nam premier. Teraz czeka nas „drugi etap modernizacji”, w którym „musimy przejść od etapu podnoszenia efektywności i akumulacji kapitału do budowania zamożności w oparciu o innowacje i tworzenie przewagi konkurencyjnej opartej na wiedzy i kreatywności”.
W swoim programie wyborczym Platforma z pozoru odchodzi od prymitywnego technokratycznego języka ostatnich dwóch dekad. Nie ma mowy, a przynajmniej nie wprost, o fetyszyzacji wzrostu PKB, o zaciskaniu pasa, o mrówczej i wydajnej pracy i likwidacji socjalistycznych złogów państwa opiekuńczego. Autorzy tekstu z pewnością przyswoili nieco nowych pojęć i teorii – niektóre znajdziemy już w głośnym raporcie zespołu Michała Boniego Polska 2030. Nie chodzi już o prymitywny wyzysk, niskie podatki i koszty pracy – liczy się kapitał społeczny, międzyludzkie więzi, pomysły i wyobraźnia. I nawet nie ma wroga klasowego („roszczeniowca”, „populisty”), może dlatego, że w wizji rozwoju Platformy Obywatelskiej nie ma czegoś takiego jak klasy, konflikty czy choćby proste sprzeczności społeczno-ekonomicznych interesów. Nawet biurokracja nie jest bardzo straszna; są oczywiście pewne priorytety, ale nie od razu przecież Kraków zbudowano. Mówiąc krótko – gospodarka miłości.
Wprawdzie rozwój gospodarczy rozumiany jest ambitniej niż kiedyś („jakość życia”, a nie tylko PKB; „wzrost powinien służyć ludziom, a nie odwrotnie”), ale za to jego logice podporządkowane są już niemal wszystkie sfery życia publicznego. Neutralny język „poszerzenia wyboru” skrywa często fundamentalne reformy, które mogą dramatycznie zwiększyć społeczne nierówności. Niektóre pomysły, jeśli sprowadzić je na poziom konkretu, w zasadzie wykluczają się wzajemnie. Koncepcje makroekonomiczne niemal wcale nie odbiegają od przedkryzysowej ortodoksji. I co najważniejsze: platformerska wizja bardziej przyjaznego kapitalizmu (choć samo to słowo, co charakterystyczne, ani razu nie pada) pod postacią „gospodarki opartej na wiedzy” niemal w ogóle nie uwzględnia charakterystycznych dla niego wyzwań – „wyspowego” rozwoju enklaw kreatywności (z upadłym przemysłem w tle), przyspieszonego wyludnienia obszarów peryferyjnych, nakładania się wykluczenia cyfrowego na wykluczenie z „tradycyjnej” kultury, ekspansji sektora niskopłatnych usług itd.
W dziale dotyczącym opieki przedszkolnej i edukacji szkolnej znajdziemy kilka trafnych propozycji: wprowadzenie nauczania filozofii do szkół (jako sprzyjającej – co ważne – rozwojowi poczucia obywatelstwa), kampanie przeciwko sprzedaży junk food czy szersze dopuszczenie NGO-sów do organizowania działań wolontariackich. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że mają one charakter cząstkowy, nie dotykając nawet istoty problemów polskiej oświaty. To dobrze, że rosną płace nauczycieli, dobrze, że trochę więcej dzieci (bardzo niekonkretna deklaracja) będzie otrzymywało w szkole darmowe obiady, dobrze, że obok orlików powstaną też „astrobazy”, małe obserwatoria stymulujące zainteresowanie uczniów naukami ścisłymi. Ale to wszystko nie zmieni faktu, że w Polsce są technika, a nawet licea gdzie nikt nie potrafi zdać matury, że polska szkoła reprodukuje nierówności społeczne, zamiast je niwelować, że wciąż mnóstwo uczniów rezygnuje z dalszej nauki z powodów czysto materialnych.
W programie PO nie ma mowy o rozbudowanych uczniowskich systemach stypendialnych, które dla partii o korzeniach, bądź co bądź, liberalnych, powinny być oczywistością – nikt jeszcze nie wymyślił lepszego niż oświata mechanizmu „wyrównywania szans” na starcie. Zapowiadane prawo do opieki przedszkolnej pozostanie fikcją, jeśli nie pójdą za nim gwarancje dostatecznego finansowania placówek. Częściowe subwencje z budżetu to za mało, zwłaszcza w przypadku najuboższych, najbardziej potrzebujących gmin.
Kiedy czytamy o promowaniu w liceach „kultury zaradności” i przedsiębiorczości, dostajemy przedsmak tego, czemu służyć ma według PO szkolnictwo wyższe. O ile gimnazja i licea mają jeszcze kształtować „postawy zaangażowania społecznego” (choć skończy się zapewne na rytualnym wolontariacie), o tyle uczelnie są potrzebne już tylko do jednego: mają „kształcić profesjonalistów dla innowacyjnej gospodarki”. Nie oznacza to oczywiście, że uczelnie mają działać na zasadach wyłącznie rynkowych – na kierunkach „zamawianych” przydzielane będą stypendia motywacyjne, rząd ma wspierać badania podstawowe i bezpośrednio aplikowalne.
„Szybka transmisja do gospodarki” to jednak podstawowy cel działalności naukowej, którą zorganizować należy w zasadzie w całości według systemu konkursów na granty. Nauka sprzyjać ma innowacyjności gospodarczej – stąd pomysł Akademickich Inkubatorów Innowacyjności, które ułatwią studentom zakładanie własnej działalności gospodarczej („od pomysłu do przemysłu”). PO zapowiada transfery środków zarówno dla akademickich ośrodków badawczych, jak i przedsiębiorstw, które pragną rozwijać i wdrażać technologiczne innowacje.
Problemów jest tu co najmniej kilka, abstrahując od tego, czy deklarowane niezwykle ostrożnie ośrodki środki faktycznie pozwolą na innowacyjny skok. Uczelnia zostaje całkowicie podporządkowana wymogom konkurencyjności gospodarczej – zapowiadany system finansowania utrudni, jeśli nie wykluczy całkowicie, prowadzenie działalności nieodpowiadającej zapotrzebowaniom rynku pracy i przemysłu. Większe zniżki komunikacyjne dla studentów, stypendia naukowe dla zdolnych maturzystów czy wsparcie systemu wynajmu tanich stancji nie sprawią niestety, że student będzie miał możliwość kształcenia się jako krytyczny i zaangażowany obywatel, zdolny wykroczyć poza oczekiwania grantodawcy.
Jeszcze inny problem to czysto rynkowe rozumienie innowacji – mowa jest o skróceniu procedury patentowania wynalazków czy prawie komercjalizacji usług i produktów bazujących na laboratoriach stworzonych za europejskie fundusze. Ani słowa nie ma natomiast o wspieraniu otwartych licencji czy regule, że innowacje stworzone dzięki środkom publicznym powinny pozostać w domenie publicznej – a przecież grozi całkowita prywatyzacja zysków wypracowanych dzięki wsparciu państwa, nie wspominając o spowolnieniu dalszych innowacji poprzez ograniczenie dostępu do uzyskanych produktów.
Rozdział poświęcony energetyce sprawia wrażenie, jakby PO postanowiła zadowolić wszystkich naraz: górników, Unię Europejską, USA i ekologów. Nie tylko wypełnimy postanowienia pakietu klimatycznego i stworzymy niskoemisyjną energetykę przy zachowaniu niskich cen energii, ale jeszcze zapewnimy sobie bezpieczeństwo energetyczne, transfer nowych technologii i zrównoważony rozwój. Zbudujemy terminal LNG w Świnoujściu i zakontraktujemy gaz z Kataru – choć dzięki ustępliwości PSL gazu, i to drogiego, na najbliższe dekady mamy aż nadto.
Zbudujemy elektrownię atomową i… będziemy wspierać rozproszone źródła energii odnawialnej, czyli małe elektrownie. Sfinansujemy prace nad technologią składowania CO2, a do tego uzyskamy wysoką rentę od amerykańskich koncernów za wydobycie gazu łupkowego – nie wiadomo tylko, dlaczego w negocjacjach amerykańskie koncerny miałyby być życzliwsze od rosyjskiego Gazpromu, a polski rząd bardziej stanowczy. Jeśli weźmiemy jeszcze pod uwagę, że w programie PO nie ma słowa na temat sieci przesyłowych i konieczności ich (drogiej!) modernizacji, to szanse realizacji kilku wizji energetyki naraz – scentralizowanej i rozproszonej, jądrowej i odnawialnej, zielonej i łupkowej – można pozostawić bez komentarza.
Polityka obronna, zagraniczna i europejska to temat-rzeka. PO postanowiła się z nim rozprawić za pomocą „ogólnych słuszności”, niedopowiedzeń i frazesów bez pokrycia. Docelowo 60 procent polskiej armii ma być gotowe „do natychmiastowego użycia”. Tylko gdzie? W programie nie ma mowy o dylemacie: misje zagraniczne kontra obrona terytorialna, ale deklaracja wypełniania zobowiązań sojuszniczych „w misjach pokojowych” (czy „zaprowadzanie pokoju” w Afganistanie też się tu liczy?) i podkreślenie sukcesu w postaci wdrożenia tzw. planów ewentualnościowych NATO sugeruje, że Polacy będą się bić za granicą, a sojusznicy z wdzięczności nas – „jakby co” – obronią, względnie powalczą z nadwiślańską powodzią.
O armii europejskiej i narodowych specjalizacjach ani słowa, poza ogólnikami o wzmacnianiu wymiaru obronnego UE. Co dalej? Od roku 1989 chcieliśmy mieć „Zachód na Wschodzie”, ale co dziś konkretnie oznacza priorytet „zbliżania” krajów Europy Wschodniej i Kaukazu Południowego z UE – tego nie wiadomo. Nie wiadomo też, jak się ma – słuszne skądinąd – „wzmacnianie społeczeństwa obywatelskiego” Białorusi do suwerenności tego kraju, ostatnio mocno nadszarpniętej przez Rosję. Deklaracja wsparcia rozszerzenia Unii o Bałkany to chyba najpoważniejszy konkret w programie PO; trudno tylko powiedzieć, jak się ma do niego np. ostentacyjne uznanie przez Polskę niepodległości Kosowa.
Priorytety polityki unijnej są dwa. Po pierwsze uzyskać z europejskiego budżetu 300 miliardów złotych do roku 2020. Plan godny uznania, a nawet realistyczny, aczkolwiek nie wiadomo, w jaki sposób PO zamierza połączyć deklarowane cele spójnościowe z innowacyjnością. Przy obecnym kształcie funduszy i naszych zdolnościach absorpcji środków na badania i rozwój te cele nie są do końca zbieżne. Nie wiemy również, czy nasze starania o jednolity rynek usług w UE nie stanowią instrumentu walki ekonomicznej za pomocą zaniżonych standardów pracy – o zabezpieczeniach przed dumpingiem socjalnym znowu ani słowa.
Drugi priorytet to zacieśnienie integracji: „nie mniej, a więcej Europy”. Priorytet ściśle powiązany z bardzo ortodoksyjnym myśleniem makroekonomicznym, bo integracja to dziś przede wszystkim rząd gospodarczy duetu Merkozy. Nie dziwi zatem uznanie finansowego „sześciopaku” za największy sukces polskiej prezydencji, skoro PO zapowiada redukcję długu publicznego do 40 procent PKB w ciągu 6 lat (z obecnych 53 procent) i przestrzeganie reguły wydatkowej (wzrost wydatków budżetu zależny od wzrostu PKB). Abstrahując od wiarygodności politycznej tych zapowiedzi, czy ten długofalowy cel nie jest ekonomiczną kwadraturą koła w świetle planów „drugiego etapu modernizacji”, podnoszenia jakości życia, podwyżek pensji w sferze budżetowej, zwiększania nakładów na naukę i rekonstrukcji niemal całej energetyki? A to wszystko bez podnoszenia podatków.
W przypadku kolei, emeryturach i służbie zdrowia Platforma Obywatelska, prawdopodobnie z braku odpowiedzi na skrzeczącą pospolitość, kurczowo trzyma się tzw. sprawdzonych wzorców. I tak, choć czytamy o „solidarności pokoleń”, receptą na kryzys systemu emerytalnego są ulgi podatkowe dla indywidualnie oszczędzających – obecnie marne kilka procent Polaków – i agresywniejsze inwestowanie przez OFE w przypadku ludzi młodych – choć kryzysowe doświadczenia wskazują, że rynek kapitałowy to nie najlepsza gwarancja „złotej jesieni” życia.
W służbie zdrowia, obok ogólnie słusznych planów informatyzacji usług i obniżenia dopłat do leków refundowanych, sposobem na poprawę jakości usług NFZ jest stworzenie konkurencyjnych funduszy. PO zapowiada gwarancje równego dostępu – problem w tym, że przejście części płatników składek do funduszy konkurencyjnych może jedynie pogłębić kryzys finansowania NFZ. W skrajnym przypadku, jeśli zamożniejsi, młodsi i zdrowsi odejdą, w NFZ zostaną tylko chorzy emeryci i renciści.
Jeśli chodzi o trzeci newralgiczny obszar – kolej – to nie bardzo wiadomo, jak prywatyzacja spółek Grupy PKP miałaby rozwiązać dotychczasowe problemy, tj. nieprzejrzysty system dotowania połączeń, nieracjonalne formy konkurencji (trzy pociągi trzech przewoźników w odstępie 10 minut na tej samej trasie) i zamykanie nierentownych połączeń. I znowu – o irracjonalnym podziale środków na polski transport (84 procent na drogi, 16 na kolej) – ani słowa.
Zarzuty wobec kolejnych punktów można by mnożyć: deklaracja o „pełnym i otwartym dostępie do informacji publicznej” brzmi żałośnie w świetle przygód z ustawą na ten temat. Polityka kulturalna poczyniła pewien postęp od czasu Kongresu Kultury w 2009 roku – „kultura się opłaca” to zawsze więcej niż „kultura ma się sama sfinansować”. Programy rozbudowy bibliotek czy przywrócenia edukacji artystycznej do szkół zasługują na uznanie, ale do akceptacji przez PO faktu, że redystrybucja kompetencji kulturowych przez szkołę to warunek sine qua non realnej demokracji w Polsce, bardzo jeszcze daleko. Pomysł, że „sądami pokierują dyrektorzy wybrani spośród specjalistów z zakresu zarządzania instytucjami publicznymi, finansów publicznych, prowadzenia nwestycji i gospodarowania mieniem Skarbu Państwa”, brzmi dość upiornie – jak zamierzają mierzyć wydajność sprawiedliwości?
Programy wyborcze partii politycznych mało kto dzisiaj czyta. Nie traktują ich poważnie wyborcy, o samych politykach nie wspominając. Programem nie wygrywa się kampanii, w związku z tym można w nim napisać w miarę szczerze, co się uważa za przekonujące i realistyczne w danych warunkach. Program PO pokazuje zatem granice wyobraźni elity tej formacji. Pomimo stosunkowo nowoczesnego języka diagnoza rzeczywistości społecznej Polski po pierwszej dekadzie XXI wieku jest, mówiąc delikatnie, mocno ograniczona.
Na niestabilne zatrudnienie i niepewność na rynku pracy wśród absolwentów PO nie ma pomysłów – poza ograniczeniem korzystania z bezpłatnych staży przez pracodawców i uwolnieniem dostępu do niektórych zawodów. Gospodarkę opartą na wiedzy i przemysły kreatywne traktuje się niemal jak uniwersalne panaceum na wszelkie problemy – nie zwracając uwagi na właściwe im sprzeczności. Doświadczenie fińskie pokazuje, że „cyfrowy” kapitalizm rodzi szybkie rozwarstwienie, zwłaszcza regionalne, i wymaga daleko posuniętej interwencji państwa. Doświadczenia brytyjskie – że same przemysły kreatywne pozwalają zatrudnić stosunkowo wąską elitę, reszta bywa skazana na świadczenie jej niskopłatnych usług.
To wszystko nie są kwestie techniczne, ale polityczne – nie potrzeba zatem żadnego miłosnego „porozumienia ponad podziałami”, ale organizacji tych wszystkich grup, których przemiany gospodarcze tak czy inaczej dotkną. Bez nacisku z „dołu”, bez wizji wniesionych z zewnątrz, bez artykulacji nowych konfliktów przez związki zawodowe, kongresy środowiskowe, ruchy społeczne „drugi etap modernizacji” wyjdzie Platformie mniej więcej tak, jak „pierwszy etap reformy gospodarczej” rządowi Messnera. Tylko że rząd, jak mawiał klasyk, zawsze się wyżywi. Z nami może być gorzej.
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...