|
Epitafium – dla dawnych wspólnot, starych hierarchii, wielkich narracji i klasycznej polityki. Tak najzwięźlej można ująć przesłanie tekstów Marka Beylina: Jednostka bierze władzę i Rząd przejściowej demokracji. Obserwacje bieżące i sporo teorii – w oparciu o wydarzenia ostatnich miesięcy i tezy kilku ważnych książek z dziedziny nauk społecznych, autor kreśli imponującą wizję współczesności. Oto Polska nadrabia spóźnioną nieco lekcję indywidualizmu i postmodernizmu. Upadają zbiorowe wiary, praktyki i opowieści. Ludzi nie łączą już na trwałe projekty czy ideologie, ale raczej niestabilne poczucie wspólnoty estetycznej, spontaniczna chęć bycia razem. Pragniemy utwierdzać swą tożsamość w coraz bardziej pokawałkowanym i pozbawionym sensu świecie a nie np. budować wspólną przyszłość – nie wytwarzamy już żadnego obrazu samych siebie, który akceptowałaby zauważalna większość społeczna. Jesteśmy nieufni wobec polityki, często wprost antypolityczni. Państwo nas nie mobilizuje ani nie wyznacza już wielkich celów – jak choćby akcesja do Unii Europejskiej. Straciło ono – podobnie jak wiele innych instytucji – swe elementarne uzasadnienie, jako zwornik społecznej całości. Władza przesunęła się do jednostek i grup mniejszościowych, które od czasu do czasu wywierają na państwo presję. Ono ulega, próbuje nadążyć, choć samo niewiele może – skomplikowany kontekst podejmowania decyzji sprawia zaś, że obywatel ma wrażenie jego obojętności. Faktycznie jednak stało się ono instrumentem społeczeństwa, gwarantem ochrony praw mniejszości. Suwerenem, pisze Beylin, stała się dziś równość stowarzyszona z przykazem ochrony tożsamości i aspiracji każdego człowieka. Ludzkie cierpienie szturmem wdarło się do sfery publicznej, domagając się głośno – i często skutecznie – zadośćuczynienia, a jego siłą sprawczą jest współczucie dla ludzkiej krzywdy.
Dobrze to, czy źle? Ani to apokalipsa ani ziemia obiecana – pisze autor, ale skłania się mocno w stronę optymizmu. Pisze o nowej postaci demokracji i wyprawie społeczeństwa w stronę wolności i równości. Dostrzega pewne mankamenty, ale zdaje się godzić z obiektywnym procesem – państwo winno przeobrażać się na miarę nowych rytmów społecznych.
Brzmi to wszystko bardzo przekonująco. Można jednak odnieść wrażenie, że autor nie zawsze wyciąga pełne konsekwencje z przywoływanych lektur. Przeciwnika „ustawia” sobie w sposób szalenie wygodny – przywołanie smutnych polskich konserwatystów, biadolących nad upadkiem wiary, rodziny, wartości i obyczajów od razu poprawia wszystkim zblazowanym prześmiewcom humor – a Marka Beylina ustawia po dobrej stronie ponowoczesnego wichru dziejów. Akceptuje on zdiagnozowane przez siebie zjawiska „z dobrodziejstwem inwentarza”, jako obiektywne. Głosząc zmierzch ideologii, przyjmuje za dobrą monetę stwierdzenia jawnie zamazujące konfliktowy charakter rzeczywistości, walkę interesów i polityczny wymiar wielu omawianych procesów. A zatem sam uprawia ideologię w czystej postaci.
Na pierwszy ogień – społeczeństwo jednostek. Beylin pisze dużo – i trafnie – o zmierzchu starych instytucji, zwłaszcza Kościoła katolickiego i tradycyjnych, często opresywnych, więzi. Co pojawia się w ich miejsce? Autor przywołuje, za francuskim socjologiem Michelem Maffesolim, ideę „nowych plemion” – ludzkich zbiorowości ufundowanych na spontanicznym, często krótkotrwałym, poczuciu organicznej wspólnoty estetycznej, wspólnoty dobrego smaku. Można uznać, że ich wystąpienie traktuje z ostrożną sympatią. Nie rozwija koncepcji autora Czasu plemion – tymczasem jego diagnozy stawiają pod wielkim znakiem zapytania optymistyczną ocenę całego procesu, zwłaszcza z punktu widzenia polityki. Czy „nowe plemiona” na pewno sprzyjają temu, by państwo stało się – zgodnie z duchem nowej demokracji – instrumentem społeczeństwa?
Fundament nowego plemienia – estetyka nie zna grzechu i winy, dziejów indywidualnego i zbiorowego wahania, upadku i nawrócenia – zna tylko pozbawioną historii brzydotę i śmieszność, bo przecież osoba ubrana nieodpowiednio jest po Bergsonowsku i brzydka i komiczna. Kierując się estetyką, wszystkie decyzje podejmuje się ad hoc, a wybór jest zadany z góry w samym smaku […] Neoplemię to grupa ludzi, którzy rozpoznają się po tym, że się podobnie ubrali – wywód socjolożki, dr Marty Bucholc, autorki polskiego przekładu Maffesolego, uzmysławia nam głębię problemu. Ten typ zbiorowości odrzuca etyczność, jako świadomy wybór przestrzeganych reguł, na rzecz spontanicznej empatii – ale tylko w obrębie plemienia! Oznacza to, że nie ma reguł etycznych wspólnych dla wszystkich plemion, tzn. ważnych dla całego społeczeństwa. Nie ma też racjonalnej płaszczyzny porozumienia – są tylko emocje i plemienne poczucie „smaku”, nieprzekładalne na doświadczenie innych. Czas plemion to czas bezlitosnej walki o dominację – a nie radosnej ekspresji różnych potrzeb i tożsamości. Nie liczą się argumenty ani nawet interesy – liczy się wówczas Moc. Polityka odpowiada zaś za „harmonię konfliktu” – okiełznanie ludzkiej ekspresji tak, by nie rozbiła ona społecznej całości. Nie ma jednak miejsca na polityczną racjonalność. Na dialog stron, harmonizację interesów a zwłaszcza – na etyczną podstawę dla wspólnych reguł zbiorowości.
Może nie jest aż tak źle? Może empatia przekracza jednak granice „plemion”? Marek Beylin pisze wręcz, że współczucie dla pokrzywdzonych albo tych, którzy za pokrzywdzonych się uważają, jest dziś jedną z sił sprawczych w społeczeństwie. Za izraelską socjolożką Evą Illouz wskazuje na to, jak język krzywdy i cierpień zajmuje coraz więcej miejsca w debacie publicznej – nawet królowie i księżniczki zwierzają się przed kamerami ze swych dziecięcych traum i doznanych w dorosłym świecie niesprawiedliwości. „Urzekła nas Twoja historia”, pragniemy usłyszeć i otrzymać zadośćuczynienie. To fakt. Ale sama Illouz w swych Uczuciach w dobie kapitalizmu zauważa trzeźwo, że empatia, zrozumienie emocji drugiego człowieka i zdolność przekazu własnych stały się osobistym kapitałem. To aktywa na rynku – przeliczalne na twardą walutę i coraz bardziej decydujące o naszym powodzeniu a w konsekwencji statusie społecznym. Empatia i emocjonalny ekshibicjonizm ale także wrażliwość na krzywdę Innego zostały utowarowione i wcale nie muszą się przekładać na realne mechanizmy solidarności. Bez trudu wpłacamy spore nawet sumy na ratowanie głodujących dzieci w Darfurze czy szczepionki dla niemowląt w Angoli – nasz entuzjazm dla zniesienia dopłat dla europejskiego rolnictwa nie jest już tak wielki. To zresztą nie tylko problem relacji pomiędzy realną solidarnością (stworzenie równych szans) a jałmużną, która nie zmienia stosunku poddaństwa między Nami a Nimi. To także kwestia rozdźwięku między „bezpiecznym”, wywołującym wzruszenie obrazem cierpienia na odległym kontynencie a irytującym, niesmacznym czy wręcz obrzydliwym widokiem menela na pobliskim dworcu. I wreszcie – może tu dotkniemy kwestii najistotniejszej – czy jedną z manifestacji „współczucia” nie są fundacje na rzecz chorych dzieci? Zbiórki datków przy kasach restauracji – tej samej sieci, która w USA protestowała przeciwko prawnym ograniczeniom promocji najbardziej niezdrowych… zestawów dla dzieci? Wspominanie jeszcze o „społecznej odpowiedzialności biznesu” zredukowanej do elementu ocieplania wizerunku marki wydaje się aż nazbyt banalne.
Wolny rynek i kapitalizm to pojęcia – i realne zjawiska – całkowicie pominięte przez Marka Beylina w jego imponującej skądinąd panoramie współczesnej Polski, społeczeństwa i państwa. I może stąd właśnie wynika trzeci problem – przekonanie o „naturalnej” słabości państwa w warunkach opisywanych przemian społecznych. Publicysta „Wyborczej” sugeruje państwu rolę „patrona”, który zamiast hamować (jak obecnie PO), będzie czynnie wspierał społecznie artykułowane dążenia, ale nie – narzucał ludziom abstrakcyjne projekty. Wszystkie one zawierają się jednak w schemacie „walki z dyskryminacją”, znoszenia zastanych barier kulturowych i instytucjonalnych, w najlepszym razie „wyrównywania szans” edukacyjnych i w dostępie do kultury. Prawie nic o redystrybucji ekonomicznej. Dlaczego? Możemy się tylko domyślać. Powszechne mniemanie (także wśród akademików) głosi, że w dobie globalizacji państwo narodowe traci na mocy i podmiotowości. W takiej sytuacji można by faktycznie uznać pewną zgodność pomiędzy niezdolnością i niechęcią społeczeństwa do artykulacji postulatów o charakterze całościowym a realnym i postępującym bezwładem państwa w takich kwestiach, jak podatki, prawa pracownicze czy transfery socjalne.
Rzecz w tym, że państwo może dziś całkiem dużo. Jak pisze wybitna socjolożka Saskia Sassen, każde działające państwo jest złożoną organizacją z dużymi zdolnościami radzenia sobie z rozmaitymi wyzwaniami i niewspółmiernymi uregulowaniami politycznymi. Nawet najbogatsza korporacja nie jest zdolna do tak złożonych działań jak państwo. Autorka Globalnego miasta wskazuje, że niektóre agendy państwa zostały wręcz wzmocnione na skutek globalizacji: to przede wszystkim ministerstwa finansów, banki centralne i generalnie całe piony wykonawcze, które są wciąż najważniejszym ogniwem wdrażania mechanizmów globalnego kapitalizmu. Osłabły za to władze ustawodawcze (systematycznie pozbawiane kompetencji prawodawczych, ale i nadzorczych) i agendy związane ze świadczeniem usług opiekuńczych na korzyść klas niższych i średnich.
Problemem państwa nie jest deficyt władzy, której ma ono bardzo dużo. Nie tylko w „stanie wyjątkowym” (jak amerykański Patriot Act czy europejskie tzw. ustawy antyterrorystyczne), ale również w stanie „normalnym”, zwłaszcza w obszarze kontroli gospodarki. Jego moce sprawcze są wciąż ogromne – kwestią spekulacji pozostaje, czy większe od Mocy poszczególnych zbiorowości pokawałkowanego społeczeństwa.
Jeśli uwzględnić ciemne strony nowych form społecznych, uwikłanie wielu przejawów społecznej ekspresji w mechanizmy rynku, wreszcie ambiwalentną sytuację państwa, które dużo może, ale nie zawsze chce – obraz „nowej demokracji” przestaje być jednoznaczny, nawet dla zadeklarowanych „postępowców”. Być może nasza „antypolityczność” i nieufność wobec państwa ma bardziej złożone przyczyny niż tylko „obiektywne” tendencje rozwoju zachodnich społeczeństw? Być może za nowymi formami społecznej ekspresji stoi także niedostatek demokratycznej reprezentacji – której źródłem są określone tendencje polityczne ostatnich trzech dekad? I może w związku z tym należy powalczyć o państwo jako prawdziwy instrument społeczeństwa? Bez mitów smoleńskiego męczeństwa czy łupkowo-atomowej autarkii, za to z demokratycznym projektem – zamiast pseudodemokratycznej ekspresji estetycznych różnic? Indywidualizm, wielość pragnień, dążeń i przedstawień nie wyklucza solidarności – także tej materialnej. Być może to ona będzie warunkiem przetrwania jakichkolwiek innych form więzi, niż tylko estetyczne. Bo jak te zatriumfują – to i liberalnym inteligentom może zabraknąć woli Mocy.
Korzystałem z:
Marta Bucholc, Estetyka przekonań politycznych, [w:] Paweł Śpiewak (red.), Dawne idee, nowe problemy. Studia i analizy Instytutu Socjologii UW, Wydawnictwo UW 2010;
Eva Illouz, Uczucia w dobie kapitalizmu, tłum. Z. Siembierowicz, Oficyna Wydawnicza 2010;
Michel Maffesoli, Czas plemion, tłum. M. Bucholc, PWN 2008;
Saskia Sassen, The Potential for a Progressive State, [w:] Jonathan Pugh (red.), What is Radical Politics Today?, Palgrave MacMillan 2009.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 6-7 listopada 2010 r.
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...