NOWOŚĆ W SKLEPIE KP
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Sutowski: Nie przeszli. I co dalej? |
|
|
Michał Sutowski
|
|
03.05.2010 |
Berlin zawsze kolorowy, gówno zawsze brunatne – hasło z demonstracji w berlińskiej dzielnicy Prenzlauer Berg jak mało które oddaje rozmiar pierwszomajowej klęski neonazistów. Skrajna prawica w Niemczech zmieniła ostatnio taktykę – organizuje przemarsze i manifestacje w wielu miastach naraz. Wrogiem są demoliberalne elity („zabójcy narodu”), imigranci i lewacka młodzież. Po raz kolejny jednak – jak ostatnio w Dreźnie – okazało się, że „faszyzm nie przejdzie” i to w sensie tyleż metaforycznym, ile dosłownym. Prawica przegrała – a co na to lewica?
Polska prasa w sobotnich wydarzeniach z Hamburga, Berlina i wielu innych miast niemieckich zdołała dostrzec jedynie lewacką burdę. I faktycznie, tradycyjna Noc Walpurgii, a potem Święto Pracy co najmniej od końca lat 80. przynoszą z Niemiec doniesienia o spalonych samochodach i kontenerach na śmieci, rannych policjantach, zdewastowanych witrynach sklepowych i zamieszkach na ulicach berlińskiego Kreuzbergu czy hamburskiej Schanzenviertel. Rzecz w tym, że sprowadzenie masowych demonstracji pierwszomajowych do rozróby nieokreślonych bliżej chuliganów i ekstremistów to nie tylko uproszczenie. To manewr ideologiczny, charakterystyczny dla dzienników koncernu Springera („Die Welt” czy tabloid „Berliner Zeitung”), ale też większości mieszczańskich neoliberałów. Przykład znajdziemy w Tageszeitung, przytaczającej wyborny dialog z wyborcą FDP zajadającym ostrygi w berlińskim bistro. Demonstracje neonazistów i ich przeciwników uważa on za jednakowo odpychające, po czym dodaje, że „to w końcu lewacy podpalają samochody”, sugerując tym samym, że naziści przynajmniej szanują własność prywatną. Tymczasem przebieg wydarzeń na ulicach niemieckich miast stanowi interesujący barometr politycznych nastrojów – i zarazem symptom istotnych zjawisk społeczno-politycznych, charakterystycznych nie tylko dla współczesnych Niemiec.
Przekaz medialny o niemieckim Pierwszym Maja zdominowała kwestia demonstracji neonazistów, organizowanych przez Narodowodemokratyczną Partię Niemiec (NPD) oraz pomniejsze środowiska skrajnej prawicy. Zapowiedziane marsze odbyły się w kilku miastach, ale poniosły wyraźną porażkę. W Schweinfurcie i Würzburgu przeciwko kilkuset neonazistom protestowało kilkanaście tysięcy kontrdemonstrantów, w Hoyerswerda zablokowano linię kolejową tak, że część członków NPD w ogóle nie wjechała do miasta, w Erfurcie i Rostocku neonaziści musieli skrócić przemarsz z powodu blokad. Spontanicznie zawiązane stowarzyszenia i akcje (1. Mai – Nazifrei! - Pierwszy Maja bez nazistów), żywe łańcuchy i siedzące protesty na trasie manifestacji NPD skutecznie pokrzyżowały jej plany. Najgłośniejszy protest odbył się w Berlinie – w siedzącej blokadzie wzięli udział m.in. liderzy najważniejszych partii lewicowych, z wiceprzewodniczącym Bundestagu, Wolfgangiem Thierse na czele. Ponad dwustu „brunatnych” aresztowano po tym, jak próbowali uruchomić spontaniczną demonstrację w innym niż zaplanowane miejscu – siedzący protest lewicy okazał się nad wyraz skuteczny. Choć prowadzony był na granicy prawa, zmusił NPD do jego otwartego naruszenia. Skinheadów na szczęście aresztowano sprawnie – kontrdemonstrantów policja usuwała z ulic niezbyt gorliwie.
Pierwszy Maja 2010 okazał się – wbrew histerycznym zapowiedziom konserwatywnej prasy i policji, która wieszczyła ofiary śmiertelne – najspokojniejszym od wielu lat. Z kilkuset aresztowanych ponad połowa to neonaziści, a liczba rannych policjantów (około setki) jest pięciokrotnie niższa niż w zeszłym roku. O „pocieszającym wyniku” mówił sam szef berlińskich sił porządkowych. Zamieszki wywoływane przez najbardziej radykalnych anarchistów, do których dołączyli zupełnie apolityczni zadymiarze znalazły się w cieniu – na pierwszy plan wysunął się pokojowy, antynazistowski kontrprotest. Spontaniczna, oddolna organizacja, bierny, lecz skuteczny opór przeciw NPD, stanowcze odcięcie się od przemocy radykałów, wreszcie szeroki sojusz – od anarchistów i punków, przez socjalistów, Zielonych, Die Linke aż po SPD. I do tego względny rozsądek policji, która nie prowokowała zbędnych starć (z jednym wyjątkiem – w sieci krąży film, na którym policjant kopie leżącą demonstranta). Obywatelskie nieposłuszeństwo (siedzące protesty były najczęściej nielegalne) spotkało się z dość powszechnym uznaniem – choć zdarzały się głosy ze strony chadeków (a nawet samej SPD), że „demokracji nie można bronić, łamiąc prawo”. Bierny opór (blokadę ulic, torów, chodników) powszechnie potraktowano jako uzasadnioną i usprawiedliwioną reakcję na manifestacje poglądów, dla których w demokratycznym państwie nie może być miejsca, a liderzy partyjni zdołali zawiesić na chwilę doraźne spory. Czyżby idylla sprawnego i aktywnego „społeczeństwa politycznego”?
Nie ma tak dobrze. Reakcja na przemarsz neonazistów była szybka, adekwatna i skuteczna. Problem w tym, że NPD udało się narzucić medialną „agendę dnia” – nie tyle na swoją korzyść, ile na niekorzyść lewicy. Pierwszy Maja pokazał względną słabość prawicowej ekstremy, którą zgodna akcja obywatelskich sił od lewa do centrum potrafi zepchnąć na margines. Jednocześnie nie udało się w sposób wystarczająco dobitny zaznaczyć tych problemów, które właśnie w Święto Pracy wyartykułować powinna lewica. Demonstracje nazistów i kontrdemonstracje przyćmiły nie tylko chuligańskie burdy, ale i wszystko to, co powiedziano o sprawach społecznych i gospodarczych na licznych wiecach partii i środowisk lewicowych a także wciąż w Niemczech potężnych związków zawodowych. A kwestii, które należy wykrzyczeć, jest mnóstwo. Wciąż niezbadane są realne źródła kryzysu, niewyciągnięte konsekwencje wobec jego sprawców, brak zmian systemowych – agencje ratingowe wciąż decydują o życiu i śmierci na finansowym rynku. Brak stabilnych miejsc pracy, brak krajowej płacy minimalnej, obniżki podatków rujnujące państwowy budżet, coraz to kolejne zakusy na instytucje państwa socjalnego. Wreszcie – brak spójnych pomysłów na integrację społeczną bezrobotnych, imigrantów, wykluczonych. Wszystkie te niemieckie bolączki dotyczą w mniejszym bądź większym stopniu wszystkich krajów Europy.
Na pierwszomajowych wiecach wszystko to powiedziano, ale – jak zauważył jeden z komentatorów „Frankfurter Rundschau” – mało kto chciał słuchać. Masy łatwo zmobilizować w konkretnym celu – żywy łańcuch przeciw energii atomowej zgromadził ostatnio… 120 tysięcy demonstrantów. Przeciw faszystom stanęli ramię w ramię socjalliberałowie z anarchopunkami, na wiece robotnicze w Berlinie czy Frankfurcie przyszło po kilkanaście tysięcy ludzi. Patrząc z polskiej perspektywy – wielkie to sukcesy, można o Niemczech powiedzieć, jak niegdyś Cezary Michalski: „kraj spełnionych marzeń”. W Polsce nawet z kościelnych ambon usłyszymy wyłącznie o dobrodziejstwach atomu, atak skinheadów na antyfaszystów prasa liberalna nazywa „bijatyką”, a największą atrakcją rachitycznych pochodów pierwszomajowych jest dowcip Joanny Senyszyn.
Czy niemiecka lewica ma zatem powody do zadowolenia? Nie. Ich związkom zawodowym – jak w całej niemal Europie – brakuje pomysłu na to, jak słuszne postulaty socjalne wyrazić w języku, który przyciągnie różne grupy. Zarówno kasjerka w hipermarkecie, jak i programista-freelancer pracują „elastycznie”. Oboje mogą nie lubić nazistów – na chodniku w Prenzlauer Berg z chęcią usiądą wspólnie. Nie spotkają się jednak na wiecu, którego treść wykracza poza protest „jednej sprawy” – nowe formy zatrudnienia stawiają ich często po przeciwnej stronie barykady.
Co prawda, w naszym kraju problem ten brzmi nieco abstrakcyjnie – w końcu największy polski związek zawodowy bardziej niż praw pracowniczych broni dziś pamięci o „misji katyńskiej”, równie mocno, jak kiedyś życia nienarodzonych. Patrząc na dzisiejsze Niemcy, mamy jednak przed oczami wielki problem całej europejskiej lewicy – rozpaczliwy brak nowej formuły dla ochrony praw socjalnych w sytuacji, gdy dawne podziały klasowe zmieniły swą postać.
Satysfakcja z tłumów na niemieckim wiecu antyatomowym czy blokadzie marszu nazistów nie powinna przesłonić faktu, że lewicy brak dziś pomysłu na odbudowę masowej tożsamości politycznej, która przetrwałaby jeden pochód, strajk czy żywy łańcuch. Klęska faszyzmu nie jest jeszcze zwycięstwem sił progresywnych – walka z ekstremą to walka z symptomem a nie przyczyną. Słuszna ale nie wystarczająca. Warto o tym pamiętać u nas, szczególnie gdy niektórym walka z „widmem kaczyzmu” przesłania cały świat.
Zobacz też: Fotoreportaż Joanny Erbel - 1 maja w Berlinie
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 04.05.2010 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...