|
Na czołówki gazet powrócił wizerunek Frances Inglis – Brytyjki, która dwa lata temu wstrzyknęła swojemu synowi – Tomowi – będącemu w stanie wegetatywnym, heroinę, by dokonać na nim zabiegu dobrej śmierci. Sędzia Brian Baker, skazujący niemal sześćdziesięcioletnią kobietę na karę dożywotniego pozbawienia wolności, uzasadnił swoją bezwzględność taką oto apostrofą: „Wiedziała Pani, że łamie normy społeczne, wiedziała Pani, że łamie prawo, znała Pani konsekwencje”. Jeśli zastanowimy się jednak, o jakie „normy społeczne” chodzi, po raz kolejny uzmysłowimy sobie, że spór o dobrą śmierć nie przebiega na linii domniemanej „świętości życia” i domniemanego braku szacunku doń, lecz dotyczy wizji człowieka jako indywidualisty, niepowiązanego siecią emocji, zależności i odpowiedzialności z innymi – bliskimi i dalszymi – współżyjącymi, oraz wizji przeciwnej, w której każdy z nas jest integralną częścią zbiorowości, mniejszej lub większej wspólnoty. W następstwie zaś, jest to spór między obojętnością na cierpienie, a współodczuwaniem, które prowadzi do jego minimalizacji. Paradoks argumentu „świętości życia” – który z pozoru wywodzi się z troski o zachowanie tradycyjnego kształtu społecznych więzi – polega na tym, że mógł się on stać skutecznym orężem w walce przeciw dobrej śmierci dopiero w momencie, gdy na gruncie wolnorynkowego, zatomizowanego społeczeństwa doszło do ukształtowania się silnego fundamentu indywidualistycznego czy egoistycznego. Argument ten – pozornie odwołujący się do zewnętrznej instancji, jaką ma być sacrum – w istocie apeluje do poczucia szczególności naszej osoby i wyjątkowości naszego życia, innymi słowy do naszego narcyzmu i wywoływanego wolnorynkowymi przemianami poczucia wyższości osobistej korzyści nad korzyścią innych. Pytanie obrońców domniemanej „świętości życia” w kontekście dobrej śmierci, jakkolwiek by nie brzmiało, sprowadza się do takiego mniej więcej orzeczenia: „czy gdyby ktoś powiedział ci, że twoje życie nie jest warte tego, byś je kontynuował, przyjąłbyś ten argument i wraził zgodę na poddanie się eutanazji?”. Ukształtowani w „społecznej normie” egoizmu i podejrzliwości względem innej osoby jako konkurenta w domenie życia, burzmy się na samą myśl, że nasza wyjątkowość i szczególność naszego osobistego doświadczenia – ów kapitał, który otrzymaliśmy od losu – może zostać poddana w wątpliwość. Oto pokarm, jakim żywi się ideologia „świętości życia”, niemająca wiele wspólnego z jego domniemanym, transcendentnym umocowaniem, ani tradycyjnym kształtem społecznych więzi.
Sprawa Frances Inglis i sprawy jej podobne lokują się w centrum debaty na temat wyboru, co do momentu zaprzestania życia. Obcujemy tu z „eutanazją adobrowolną”, a zatem dobrą śmiercią, której zostaje poddany mężczyzna lub kobieta, nie mogący ani wyrazić pragnienia zakończenia życia, ani pragnieniu temu zaprzeczyć. Zazwyczaj są to sytuacje związane z długotrwałymi stanami wegetatywnymi. Wówczas decyzja o zaprzestaniu podtrzymywania życia spoczywa na barkach najbliższych. Przypadek rodziny Inglis (pozostali synowie Frances stanęli w obronie matki) pokazuje, że decyzja ta podyktowana jest ogromnym cierpieniem psychicznym osób związanych z osobą, pozostającą w stanie wegetatywnym, silnymi emocjami – miłością, wspomnieniami, poświęceniem. Cierpienie to nie znajduje odzwierciedlenia w cierpieniu osoby, pozostającej w stanie wegetatywnym, o której wiemy, że nie odczuwa nic. Zarazem przypadek taki uzmysławia nam z całą mocą, że nie jesteśmy autonomicznymi bytami, które samostanowią o własnym życiu (to postawa indywidualistyczna i egoistyczne właśnie), jesteśmy natomiast wypadkową związków, o różnorakim stopniu zależności i emocjonalności, z innymi – najbliższymi nam osobami, podobnie jak inni – nasze matki, ojcowie, partnerki, partnerzy, przyjaciele, krewni – nie są autonomiczni, lecz stanowią wypadkową więzi, które tworzą z nami. Gdy zrozumiemy, że Tom Inglis nie był wyłącznie jednostką o własnym repertuarze cech i korzyści, ale składał się również z emocji innych – m.in. matki Frances – dostrzeżemy, że dobra śmierć, która go spotkała – uwalniająca matkę i pozostałych bliskich od ogromu psychicznego cierpienia, jakie towarzyszyło im dzień w dzień przez szereg miesięcy jego nie budzącej nadziei na poprawę wegetacji – znajduje swoje całkowite usprawiedliwienie w wizji człowieka jako splotu innych, bliskich mu osób, oraz współodczuwaniu, budzącym pragnienie minimalizowania ich cierpienia.
Kluczowe pytaniem, jakie powinno padać w sytuacjach sporu o dobrą śmierć nie może brzmieć: „czy gdyby ktoś powiedział ci, że twoje życie nie jest warte tego, byś je kontynuował, przyjąłbyś ten argument i wraził zgodę na poddanie się eutanazji?”. Prawdziwe pytanie brzmi bowiem: „czy gdybyś wiedział, że najbliższe ci osoby odczuwają długotrwałe, ogromne cierpienie, które może ustąpić, gdy zgodzisz się zaprzestać swojego życia, uczyniłbyś to?”. To właśnie na odpowiedzi na tak zadane pytanie winniśmy fundować nowe „normy społeczne”, a w konsekwencji nowe – mniej nieludzkie – „prawo”.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...