Nie ma minionymi czasy kościół katolicki w Polsce szczęścia. Po aferach pedofilskich, po spadku zaufania do tej instytucji ze względu na kuriozalną polityczną woltyżerkę jej dostojników w obliczu smoleńskiej katastrofy i podczas prezydenckiej elekcji – z ochoczą zgodą kardynała Stanisława Dziwisza na pochówek państwa Kaczyńskich w wawelskich podziemiach na czele.
Po tym, jak hasła wyborcze, godzące w prestiż i pozycję kościoła – przede wszystkim odnoszące się do refundowania metody in vitro – nie tylko przyniosły nadspodziewanie wysokie poparcie dla kandydata SLD, ale stanęły w centrum kampanijnej debaty i zostały poważnie wzięte pod rozwagę przez konserwatystę – Bronisława Komorowskiego, który wygrał wyścig prezydencki.
Po tym, jak badania społeczne, robione latem, wykazały, że nie ma takiej socjologii, wedle której można by udowodnić tezę o przestrzeganiu przez nominalnych katolików jakichkolwiek reguł obyczajności, za którymi opowiada się katechizm. Po tym, jak władze kościelne poniosły klęskę jako partner w rozmowach o zażegnanie kryzysu społecznego związanego ze sprawą krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, która to klęska przypieczętowana została przez (nie)wiernych, wyzywających reprezentantów duchowieństwa od „Judaszy” podczas pierwszej próby przeniesienia krzyża do stołecznego kościoła św. Anny. Po tym, jak – po raz pierwszy od niepamiętnego czasu – pojawiły się masowe protesty antykościelne, a w centrum życia publicznego zagościła debata o relacjach państwo-kościół z nieśmiałymi apelami o przemyślenie kształtu konkordatu w tle.
Po tym, jak cierpliwość do bronienia kościoła przed absurdalnymi poczynaniami jego – kroczących jak we mgle – reprezentantów stracili nawet publicyści z gazety „Rzeczpospolita”. Po tym, jak krzyż z Krakowskiego Przedmieścia trafił nie do świątyni, która miała chełpić się jego obecnością, lecz ukryty został w Pałacu Prezydenckim. Po tym wreszcie, jak jednego z najbardziej znanych duchownych – o. Macieja Ziębę najpierw w atmosferze skandalu usunięto z funkcji dyrektora Europejskiego Centrum Solidarności po porażce upamiętnienia 30-lecia strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, która pochłonąć miała 9 milionów złotych, a następnie – zmuszono do publicznych wyznań na temat swojej depresji i alkoholizmu. Po tym wszystkim dowiadujemy się, że Adam P. – będący pełnomocnikiem kościoła przed Komisją Majątkową Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, który – co gorsza – okazał się pracować jako oficer Służby Bezpieczeństwa w okresie PRL-u – został aresztowany pod zarzutami trzech oszustw na łączną sumę 10 mln złotych oraz korupcji, a – gdyby tego było mało – na kartach sprawy przewija się nazwisko Bronisława Fidelusa – proboszcza Bazyliki Mariackiej w Krakowie, o której prestiżowej pozycji wśród duchowieństwa i wiernych nie trzeba nikogo przekonywać. Na pytanie o przyczyny ostatnich klęsk kościoła można by odpowiedzieć, że prześladuje go pech. Można by również – nieco dosadniej – przywołać słowa z wiersza Krzysztofa Szczypiorskiego 921019 (z listu do angeli) – „taki cud, no kurwa, taki cud”, lub – pozostając w kręgu narodowej literatury oraz sił nadprzyrodzonych – napomknąć o „innych szatanach”, którzy są tu czynni. Sprawa wydaje się jednak dużo prostsza. Kościół katolicki w Polsce uległ daleko posuniętemu procesowi społecznej alienacji. Stracił rozeznanie w nastrojach własnych wiernych, poniósł klęskę jako instytucja, która stawia sobie za cel pośredniczenie w transferze wartości między możliwie szeroką grupą społeczną wiernych, kulturą rozumianą jako przestrzeń kreowania się zbiorowej świadomości i klasą polityczną jako instytucją realizującą postulaty katolików. Proces alienacji będzie ulegał pogłębieniu i możemy się spodziewać, że doniesienia o kolejnych porażkach kościoła katolickiego w Polsce, napływać będą z dotychczasową regularnością. Pozostaje życzyć jego reprezentantom stalowych nerwów, a po cichu namawiać ich do zwinięcia sztandarów i wycofania się w kierunku sfery prywatnego uczestnictwa w życiu duchowym tych ludzi, z którymi jeszcze nie zdołali utracić więzi. Nie ma przyszłości przed kościołem jako trybuną (na szczęście!). Jeśli jakakolwiek przyszłość jest, to wyłącznie przed kościołem jako konfesjonałem, cierpliwie czekającym na tych nielicznych wiernych, którzy religię odbierają w sposób osobisty, a zarazem mają potrzebę jej instytucjonalnego zapośredniczenia. Śpieszcie się, panowie księża, ci ludzie tak szybko odchodzą.
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...