Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Stokfiszewski: Magda M. polskiej krytyki Drukuj
Igor Stokfiszewski   
05.11.2006

No i podsumowała… zażartą (a jakże) dyskusję o stanie polskiej krytyki literackiej na łamach dziennika o cwanej nazwie „Dziennik”. Magdalena Miecznicka dała upust wszystkim swoim żalom na oponentów, dogłaskała przyjaciół w moralnej rozterce, powtórzyła po raz pięćdziesiąty swoje wątłe argumenty i postawiła kropkę nad „i” jakąś anegdotą, która co prawda nijak ma się do całego tekstu, ale za to świadczy o światowości krytyczki (przepraszam Miecznicką za ten feministyczny wtrynt), która chwali się, że jest na bieżąco z prasą francuskojęzyczną. Podsumowała i chwała jej za to, bo naród nie wytrzymałby zapewne kolejnych szkiców o tym, co w istocie jest kompletnie nieistotne. Bo niezależność krytyka jest tematem zastępczym, nieważnym. Tak jak niezależność hydraulika lub szewca ma zerowe znaczenie wobec pytania o jakość wykonanej roboty. A jakość krytycznej roboty mierzy się skutecznością. Nie dotarcia do sedna tekstu, ani wpływania na sprzedaż lub niesprzedaż dziełka. Skutecznością walki o kształt kultury, bo krytyk literacki, nie będący krytykiem kultury to zwykły recenzent, skupiający się zazwyczaj na własnym intuicyjnym widzimisię, guściku, estetyce. O jego wartości nie świadczy fakt, że potrafi zjechać książki i Tokarczuk i - let's say - Herberta, co to niby ma być papierkiem lakmusowym niezależnej krytyki. Fakt ten świadczy jedynie o tym, że „krytyk” taki skupia się na upartej wierze w indywidualizm i idiomatyczność recenzenckiego głosu. I tu jest pies pogrzebany.

Rewolucja w spojrzeniu na krytykę literatury powinna odbyć się poprzez zmianę perspektywy myślenia o tych dwóch przypadłościach. Idiomatyczność głosu jest aksjomatem i czynienie zeń tematu rozważań sugeruje jakoby istnieli krytycy bez idiomu. Bzdura - krytyk bez idiomu krytykiem nie jest i nie powinniśmy w ogóle brać go pod uwagę. Sprawa indywidualizmu jest nieco bardziej złożona. Wchodzimy tu bowiem rzeczywiście na grunt myślenia o kulturze. Krytyk-indywidualista traktuje siebie jako autorytet i drepcze po ruchomych piaskach elitaryzmu. Krytyk-indywidualista kreuje kulturę hierarchiczną, w której zajmuje pozycję nadrzędną wobec czytelnika-masy. Krytyk-indywidualista wreszcie nie może walczyć o zmianę kulturowych paradygmatów, bo wówczas musiałby zanegować własne dostojeństwo. Instynkt przetrwania podpowiada mu zatem, że winien konserwować modernistyczny mit samotnego jeźdźca, konserwując przy okazji inne kody i symbole tradycyjnej kultury. W gruncie rzeczy nie ma tu różnicy między Miecznicką, Markowskim, Burkiem, Wyką czy powiedzmy Urbanowskim. Jeśli nawet wektory ich krytycznych mniemań układają się w innych światopoglądowych kierunkach, to łączy ich przeświadczenie, że kryterium refleksji krytycznej mieści się w ich własnych interieur. A jakże mało skuteczna to metod krytycznej analizy i zmiany kultury niech poświadczy fakt, że mimo wieloletnich zmagań o nasze kulturowe falklandy, wciąż po uszy tkwimy w przedziwnej mieszance romantyzmu, religijności i innych lirycznych zabobonów, nie przystojących cywilizowanemu światu (Profesorze Markowski i inni rewelatorzy liberalnej wojny, przespaliście ze dwie dekady! Nie?).

I tu dochodzimy do jednej z najbardziej grząskich obserwacji ostatniego tekstu Magdy M. Podział na krytykę konserwatywną i emancypacyjną (czy progresywistyczną) jest chybiony, jeśli ta druga ma się charakteryzować „marszem tryumfalnego wyzwolonego «ja»”. Konserwatyzm przeciwstawiony progresywizmowi to zawężone pole intuicji. Progresywizm bowiem zakłada rozwój, a rozwój musi odbyć się na zasadach konsensualnych, czyli godzić się na pozostanie w obrębie paradygmatu kulturowego pewnych elementów tradycyjnych: dajcie nam pluralizm, zostawimy w spokoju metafizykę; dajcie nam gejów i lesbijki, nie ruszymy Powstania Warszawskiego. Tak postrzegana emancypacja w rzeczy samej musi sprowadzać się do „ja”, bo tylko powołując się na „siebie”, „własny wybór” możemy, nie tracąc wiarygodności, uzasadnić, dlaczego nie dążymy do realnej zmiany myślenia kulturowego. Owo „ja” zatem jest, by tak rzec, wyjściem obronną ręką z sytuacji, w której intuicyjnie odczuwamy potrzebę zmian, ale lękamy się ich dokonać. Tak np. wygląda postawa Markowskiego. Pod względem dążenia do krytycznego ujęcia dominującej kultury jest w istocie swej zachowawcza, racjonalizatorska, konsensualna.

Jak zatem powinien wyglądać realny podział w sferze krytyki kultury?

Nieobecnym aktorem sporu na łamach „Dziennika” jest Kinga Dunin. Wielokrotnie przywoływana do tablicy, odmówiła zabrania głosu. Czyżby zatem (idąc tropem Miecznickiej) uważała, że „salon inteligencki”, na którym „króluje dyskurs emancypacyjny”, ma się tak dobrze, że nie ma co bronić go własną ręką? A może nieobecność głosu Kingi Dunin świadczy o jej przekonaniu, że istota sporu jest zupełnie gdzie indziej, że uczestnicy owej debaty stanowią faktycznie jedną stronę kulturowego lustra. Bo tak naprawdę linia podziału przebiega między konserwatystami, wśród których aktualnie znajdują się również intelektualiści liberalni, a krytyczną lewicą, której celem jest zanegowanie kształtu kultury, w jakiej funkcjonujemy i zaproponowanie alternatywnej wizji, niewchodzącej w dialog czy filiację ani z postawą konserwatywną - za cel stawiającą sobie podtrzymanie ciągłości tradycyjnej kultury, będącej współcześnie mieszanką chrześcijańskich wartości, wolnego rynku, organizowania wyobraźni zbiorowej wokół mitów martyrologicznych i kontrolowanego przez ową wyobraźnię indywidualizmu, który rację przyznaje zwycięzcom - ani emancypacją w rozumieniu liberalnym, dążącą do korekty kultury, odrzucającą aksjomatyczność wartości transcendentnych, redefiniującą symbole wspólnotowe, poprzez nacisk na różnicę, nie podobieństwo, uznającą tym samym wyższość indywidualizmu i pluralizmu, do którego prowadzi nieustanny dialog kulturowy, nad opcją romantycznej jedni.

Problem w tym, że tak postrzegana opcja emancypacyjna jest już nieaktualna. Celem krytyki lewicowej wyrosłej z emancypacyjnego pnia jest przeanalizowanie dominujących (a zatem będących przedmiotem konsensu, niepodlegających dyskusji) punktów przecięcia się myślenia konserwatywnego i liberalnego, określenie w ten sposób ideologii kulturowej, stanowiącej niewidzialne narzędzie wykluczenia i zaproponowanie spójnej, alternatywnej wizji kultury, która doprowadziłaby do autentycznej zmiany. Jednym z elementów zawłaszczania i wchłaniania przez dominujący język jest milczące przekonanie, że wszystko da się jakoś obgadać, że wszystkiemu da się zaradzić, jeśli tylko usiądziemy przy jednym stole i nawet sprzeczając się nieco, popijemy sobie z dzióbków. Wiarę tę podzielają wszyscy uczestnicy debaty na łamach „Dziennika” nie dostrzegając owego prostego mechanizmu. Otóż nie wszystko da się obgadać, nie wszystkiemu da się zaradzić przy współudziale konserwatystów i konsensualistów. I właśnie dlatego Kinga Dunin odmówiła partycypacji w tym zebraniu miłośników starych dobrych prawd.

Krytyka literatury jest jednym z narzędzi radykalnych przemian społecznych. Dla krytyka literatury nie jest ważne czy jest zależny czy niezależny, czy przypisany jest do takiego czy śmakiego środowiska, czy pisze do takiej czy srakiej gazety. Ważna jest świadomość celu, jaki chce osiągnąć wespół z innymi uczestnikami światopoglądowej gry, celu, którym jest społeczna zmiana. Ważna jest analiza dominujących kodów kulturowych, które nie pozwalają zmiany tej dokonać, są bowiem niewidzialnym narzędziem wchłaniania wszelkiego oporu. Ważna jest świadomość, jakie składniki, tradycje, węzły symboliczne winny kulturę definiować, by dokonała się realna zmiana społecznego myślenia i jakości życia.

Reszta to tylko literatura.

Komentarze
Dodaj nowy
thomas  - mętnie, mętnie   |05.11.2006 22:00:50
Zmęczyłem się niemiłosiernie czytając ten tekst. Mam prośbę do redakcji KP, żeby
dzieliła zdania-glizdy na krótsze segmenty, bo nie sposób skupić uwagi na takim
kantowskim stylu pisania.

Ad rem. Krytyka literacka może być narzędziem
społecznej zmiany. ALE:
- nie jest wcale w tym skuteczna (w kraju, gdzie prawie
nikt nie czyta literatury, jeszcze mniej osób przejmuje się krytyką
literacką)
- nie wszyscy to lubią, bo trudno uniknąć
protekcjonalizmu.

Prawdę mówiąc, widząc mentorskie teksty Kingi Dunin na
temat literatury, po prostu nie doczytywałem ich do końca. Nie chcę, żeby mnie
wychowywał krytyk literacki. I czasem wolę zwykłe teksty przyziemnych
recenzentów, bo oni przynajmniej nie będą programowo oszukiwać, że bełty
polskich literatów są coś warte. Bo najczęściej nie są, a przydawanie im
wartości powoduje, że ja mam - że zacytuję redaktora Sierakowskiego (na temat
Giertycha w Gdańsku), że mam "estetyczny rzyg".

Dlatego ja wolę
Piotra Kuncewicza od Dunin czy - tym bardziej - Berezy. Przynajmniej wtedy
czegoś się o książce dowiem.

Co innego w wypadku eseju, ten rządzi się innymi
prawami. Ale u Kingi Dunin nie jest on krytyką literacką. I chwała boginiom (if
any).
JasiekK  - Tak, ale…   |06.11.2006 22:24:47
Jak najbardziej zgadzam się z autorem. Niestety najciekawsza kwestia w całej
wypowiedzi nie została rozwiązana. Nie udzielono odpowiedzi na pytanie, co
dokładnie zmieniać i jak. Diagnoza jest moim zdaniem trafna, ale dlaczego autor
nie pokusił się choć na hipotetyczną próbę wskazania drogi, którą należałoby
pójść, aby dokonać tak oczekiwanej przez nas zmiany? Posługiwanie się ogólnikami
w żaden sposób nie zbliża nas do poprawy sytuacji. Bo czym jest "spójna,
alternatywna wobec liberalno-konserwatywtnej kultura"? Czy jest jedna?
Pytania w tym temacie można mnożyć, brakuje mi jednak dyskusji nad kierunkiem.
Boje się, że to ze względu na brak chęci wzięcia na siebie odpowiedzialności.
Adresuję to już do w większym stopniu do ogółu raczej niż do autora. Lewica w
Polsce, i nie tylko, na Polsce działań kończyć nie można, musi się zjednoczyć.
Od tego trzeba zacząć, a potem dyskutować o zmianie i działaniach mających ją w
życie wprowadzić.
Zasięg oddziaływania krytyków literackich jest bardzo
ograniczony, zresztą oni sami często odcinają się od tych, którzy są motorem
każdej zmiany, czyli "zwykłych" ludzi, "mas". Oczywiście
potrzebny jest przewodnik, ale musi on/ona mieć kogoś kogo może prowadzić.
Tutaj, moim zdaniem, jest pies pogrzebany, zapomina się o ludziach, a to
przecież dla nich, i dzięki nim zaprowadzane są zmiany.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 05.11.2006 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.90615 Seconds