|
No i podsumowała… zażartą (a jakże) dyskusję o stanie
polskiej krytyki literackiej na łamach dziennika o cwanej nazwie „Dziennik”.
Magdalena Miecznicka dała upust wszystkim swoim żalom na oponentów, dogłaskała
przyjaciół w moralnej rozterce, powtórzyła po raz pięćdziesiąty swoje wątłe
argumenty i postawiła kropkę nad „i” jakąś anegdotą, która co prawda nijak ma
się do całego tekstu, ale za to świadczy o światowości krytyczki (przepraszam Miecznicką
za ten feministyczny wtrynt), która chwali się, że jest na bieżąco z prasą
francuskojęzyczną. Podsumowała i chwała jej za to, bo naród nie wytrzymałby
zapewne kolejnych szkiców o tym, co w istocie jest kompletnie nieistotne. Bo
niezależność krytyka jest tematem zastępczym, nieważnym. Tak jak niezależność
hydraulika lub szewca ma zerowe znaczenie wobec pytania o jakość wykonanej
roboty. A jakość krytycznej roboty mierzy się skutecznością. Nie dotarcia do
sedna tekstu, ani wpływania na sprzedaż lub niesprzedaż dziełka. Skutecznością
walki o kształt kultury, bo krytyk literacki, nie będący krytykiem kultury to
zwykły recenzent, skupiający się zazwyczaj na własnym intuicyjnym widzimisię,
guściku, estetyce. O jego wartości nie świadczy fakt, że potrafi zjechać
książki i Tokarczuk i - let's say - Herberta, co to niby ma być papierkiem
lakmusowym niezależnej krytyki. Fakt ten świadczy jedynie o tym, że „krytyk”
taki skupia się na upartej wierze w indywidualizm i idiomatyczność
recenzenckiego głosu. I tu jest pies pogrzebany.
Rewolucja w spojrzeniu na krytykę literatury powinna odbyć
się poprzez zmianę perspektywy myślenia o tych dwóch przypadłościach.
Idiomatyczność głosu jest aksjomatem i czynienie zeń tematu rozważań sugeruje
jakoby istnieli krytycy bez idiomu. Bzdura - krytyk bez idiomu krytykiem nie
jest i nie powinniśmy w ogóle brać go pod uwagę. Sprawa indywidualizmu jest
nieco bardziej złożona. Wchodzimy tu bowiem rzeczywiście na grunt myślenia o
kulturze. Krytyk-indywidualista traktuje siebie jako autorytet i drepcze po
ruchomych piaskach elitaryzmu. Krytyk-indywidualista kreuje kulturę
hierarchiczną, w której zajmuje pozycję nadrzędną wobec czytelnika-masy.
Krytyk-indywidualista wreszcie nie może walczyć o zmianę kulturowych
paradygmatów, bo wówczas musiałby zanegować własne dostojeństwo. Instynkt
przetrwania podpowiada mu zatem, że winien konserwować modernistyczny mit
samotnego jeźdźca, konserwując przy okazji inne kody i symbole tradycyjnej
kultury. W gruncie rzeczy nie ma tu różnicy między Miecznicką, Markowskim,
Burkiem, Wyką czy powiedzmy Urbanowskim. Jeśli nawet wektory ich krytycznych
mniemań układają się w innych światopoglądowych kierunkach, to łączy ich
przeświadczenie, że kryterium refleksji krytycznej mieści się w ich własnych interieur.
A jakże mało skuteczna to metod krytycznej analizy i zmiany kultury niech
poświadczy fakt, że mimo wieloletnich zmagań o nasze kulturowe falklandy, wciąż
po uszy tkwimy w przedziwnej mieszance romantyzmu, religijności i innych
lirycznych zabobonów, nie przystojących cywilizowanemu światu (Profesorze
Markowski i inni rewelatorzy liberalnej wojny, przespaliście ze dwie dekady! Nie?).
I tu dochodzimy do jednej z najbardziej grząskich obserwacji
ostatniego tekstu Magdy M. Podział na krytykę konserwatywną i emancypacyjną
(czy progresywistyczną) jest chybiony, jeśli ta druga ma się charakteryzować
„marszem tryumfalnego wyzwolonego «ja»”. Konserwatyzm przeciwstawiony
progresywizmowi to zawężone pole intuicji. Progresywizm bowiem zakłada rozwój,
a rozwój musi odbyć się na zasadach konsensualnych, czyli godzić się na
pozostanie w obrębie paradygmatu kulturowego pewnych elementów tradycyjnych:
dajcie nam pluralizm, zostawimy w spokoju metafizykę; dajcie nam gejów i
lesbijki, nie ruszymy Powstania Warszawskiego. Tak postrzegana emancypacja w
rzeczy samej musi sprowadzać się do „ja”, bo tylko powołując się na „siebie”,
„własny wybór” możemy, nie tracąc wiarygodności, uzasadnić, dlaczego nie dążymy
do realnej zmiany myślenia kulturowego. Owo „ja” zatem jest, by tak rzec, wyjściem
obronną ręką z sytuacji, w której intuicyjnie odczuwamy potrzebę zmian, ale
lękamy się ich dokonać. Tak np. wygląda postawa Markowskiego. Pod względem
dążenia do krytycznego ujęcia dominującej kultury jest w istocie swej
zachowawcza, racjonalizatorska, konsensualna.
Jak zatem powinien wyglądać realny podział w sferze krytyki kultury?
Nieobecnym aktorem sporu na łamach „Dziennika” jest Kinga
Dunin. Wielokrotnie przywoływana do tablicy, odmówiła zabrania głosu. Czyżby
zatem (idąc tropem Miecznickiej) uważała, że „salon inteligencki”, na którym
„króluje dyskurs emancypacyjny”, ma się tak dobrze, że nie ma co bronić go
własną ręką? A może nieobecność głosu Kingi Dunin świadczy o jej przekonaniu,
że istota sporu jest zupełnie gdzie indziej, że uczestnicy owej debaty stanowią
faktycznie jedną stronę kulturowego lustra. Bo tak naprawdę linia podziału
przebiega między konserwatystami, wśród których aktualnie znajdują się również
intelektualiści liberalni, a krytyczną lewicą, której celem jest zanegowanie
kształtu kultury, w jakiej funkcjonujemy i zaproponowanie alternatywnej wizji,
niewchodzącej w dialog czy filiację ani z postawą konserwatywną - za cel
stawiającą sobie podtrzymanie ciągłości tradycyjnej kultury, będącej
współcześnie mieszanką chrześcijańskich wartości, wolnego rynku, organizowania
wyobraźni zbiorowej wokół mitów martyrologicznych i kontrolowanego przez ową
wyobraźnię indywidualizmu, który rację przyznaje zwycięzcom - ani emancypacją w
rozumieniu liberalnym, dążącą do korekty kultury, odrzucającą aksjomatyczność
wartości transcendentnych, redefiniującą symbole wspólnotowe, poprzez nacisk na
różnicę, nie podobieństwo, uznającą tym samym wyższość indywidualizmu i
pluralizmu, do którego prowadzi nieustanny dialog kulturowy, nad opcją
romantycznej jedni.
Problem w tym, że tak postrzegana opcja emancypacyjna jest
już nieaktualna. Celem krytyki lewicowej wyrosłej z emancypacyjnego pnia jest
przeanalizowanie dominujących (a zatem będących przedmiotem konsensu, niepodlegających
dyskusji) punktów przecięcia się myślenia konserwatywnego i liberalnego,
określenie w ten sposób ideologii kulturowej, stanowiącej niewidzialne
narzędzie wykluczenia i zaproponowanie spójnej, alternatywnej wizji kultury,
która doprowadziłaby do autentycznej zmiany. Jednym z elementów zawłaszczania i
wchłaniania przez dominujący język jest milczące przekonanie, że wszystko da
się jakoś obgadać, że wszystkiemu da się zaradzić, jeśli tylko usiądziemy przy
jednym stole i nawet sprzeczając się nieco, popijemy sobie z dzióbków. Wiarę tę
podzielają wszyscy uczestnicy debaty na łamach „Dziennika” nie dostrzegając
owego prostego mechanizmu. Otóż nie wszystko da się obgadać, nie wszystkiemu da
się zaradzić przy współudziale konserwatystów i konsensualistów. I właśnie
dlatego Kinga Dunin odmówiła partycypacji w tym zebraniu miłośników starych
dobrych prawd.
Krytyka literatury jest jednym z narzędzi radykalnych
przemian społecznych. Dla krytyka literatury nie jest ważne czy jest zależny
czy niezależny, czy przypisany jest do takiego czy śmakiego środowiska, czy
pisze do takiej czy srakiej gazety. Ważna jest świadomość celu, jaki chce
osiągnąć wespół z innymi uczestnikami światopoglądowej gry, celu, którym jest
społeczna zmiana. Ważna jest analiza dominujących kodów kulturowych, które nie
pozwalają zmiany tej dokonać, są bowiem niewidzialnym narzędziem wchłaniania
wszelkiego oporu. Ważna jest świadomość, jakie składniki, tradycje, węzły
symboliczne winny kulturę definiować, by dokonała się realna zmiana społecznego
myślenia i jakości życia.
Reszta to tylko literatura.
Na podobny temat
|
Może nie stereotyp matki polki ale st...
Jakiś problem z czytaniem ze zrozumie...