|
Między jednym kongresem kultury a drugim zapaść czytelnicza staje się faktem. W roku prezydencji Polski w Unii kwitnie ponoć dyplomacja kulturalna, dziennikarze ogłaszają erupcję talentów na światową skalę, Narodowe Centrum Kultury wydaje książki o przemysłach kreatywnych i eleganckie kalendarze wydarzeń kulturalnych, samorządy wielkich miast z programów kulturalnych najchętniej wspierają festiwale, a Polak konsekwentnie czyta coraz mniej i kroi wydatki na kino, teatr, muzeum. Podobny jest w tym do wielu polskich rządów, których polityka zawiodła Polskę na jedno z ostatnich miejsc w Unii Europejskiej pod względem wydatków na kulturę w budżecie państwa.
W Roku Chopinowskim nikt nie zastanawia się nad niską kulturą muzyczną Polaków, by nie powiedzieć analfabetyzmem muzycznym, w Roku Słowackiego czy Miłosza nie zadajemy pytania, dlaczego Polacy nie czytają i nie chcą czytać swoich klasyków. Lubimy chronić naszą tożsamość kulturową, ale nikt nie pyta, co się z nią stanie w społeczeństwie, które wyrzeka się swojego kanonu lub nie umie go krytycznie czytać. Norweskie władze na wieść o tym, że Norweg przestał czytać norweskich pisarzy, wprowadzają program promocji rodzimej literatury obejmujący między innymi zakupy do bibliotek. My zachowujemy spokój ducha, gdy media donoszą, że Polacy najchętniej czytają tłumaczone przeważnie z języka angielskiego bestsellery. Niemiecki czytelnik spiera się o najnowszą powieść Güntera Grassa. My nie debatujemy - a jest nad czym - nad najnowszymi książkami Stefana Chwina, Olgi Tokarczuk, Andrzeja Stasiuka, Ignacego Karpowicza czy Joanny Bator. Albo nie dajemy takim debatom trybuny. Nie czytamy, więc się nie spieramy.
Obwieszczanie spadku czytelnictwa traktowane było do niedawna jak nudne biadolenie niedoinformowanych malkontentów.
Politycy ignorowali sygnały alarmowe badaczy z Biblioteki Narodowej.
Media - póki nie zaczęła spadać sprzedaż prasy - nie przejmowały się tym jakże niemodnym zajęciem, jakim jest czytanie książek. Grunt, że „oglądalność” rosła, czytelnictwo mogło spadać.
W tym czasie w wielu europejskich krajach prowadzone były akcje visible book - książki widocznej: na mapie miasta, w programach telewizyjnych, jako przedmiotu obecnego w serialach telewizyjnych, elementu scenografii wystąpień osób publicznych, zwłaszcza polityków.
Analitycy rynku książki uparcie twierdzili, że Polacy czytają tyle co inni Europejczycy. Gdyby było tak źle - argumentowali i niektórzy argumentują do dziś - wydawcy nie wydaliby 30 tys. tytułów w 2010 r., tylko ograniczali produkcję, niektórzy zaś plajtowali (nie dodają, że blisko 30 proc. tej masy tytułów to prace naukowe, których nakład nie przekracza 100-300 egzemplarzy). O bankructwach póki co nie słychać. Po przegranej batalii o utrzymanie zerowej stawki VAT wydawcy ciągle książki wydają. Co prawda ich żywot jest coraz krótszy - jeśli nie znalazły się wśród sezonowych bestsellerów, trwa trzy-cztery miesiące - a po roku, najdalej dwóch kończą w taniej książce.
Wiadomo dobrze, ile i jakiego rodzaju tytułów mieści się na liście bestsellerów. Szczęśliwców jest niewielu, a niektórzy z nich słono i często kosztem innych tytułów muszą płacić za rynkowy sukces. Jeden z polskich wydawców skarżył się, że honorarium dla celebrytki, za którą ktoś napisał książkę, było tak wysokie, że zysk pojawił się, gdy sprzedaż przekroczyła 40 tysięcy. Rachunek się zgadza i nikt oprócz czytelników nie stracił.
A średnie nakłady książek maleją.
***
Wydawcy nie mają co marzyć o dużych zamówieniach z bibliotek, bo te dostają coraz mniej pieniędzy na uzupełnianie zbiorów. Nie mogą liczyć na lawinowy rozwój e-booków, bo ich cena z powodu 23-proc. VAT jest taka sama jak cena książki papierowej. Czytniki są za drogie, oferta tytułów nieduża, a my wciąż nie jesteśmy społeczeństwem informacyjnym.
Znane wszystkim wyniki badań Biblioteki Narodowej powinny przerażać i nie pozwolić tym razem na rytualne przed majowymi targami książki artykuły o tym, jak i czego Polacy nie czytają. Kiermasz, festiwal, okazjonalne występy celebrytów, którzy łaskawie lub za godziwe honorarium zechcą zachęcić swoich wielbicieli do czytania książek, niewiele zmienią.
Tymczasem jedna trzecia uczących się i studiujących nie miała w ciągu roku książki w ręku. Brak kontaktu ze słowem drukowanym dłuższym niż kilka stron deklaruje 56 proc. Polaków. Tylko 53 proc. badanych przeczytało tekst dłuższy niż trzy strony maszynopisu. Na pytanie o czytanie prasy 35 proc. oznajmiło, że nie czyniło tego w minionym roku w ogóle, 41 proc. - sporadycznie, do regularnej lektury prasy przyznało się 24 proc. Nie czyta 36 proc. osób na stanowiskach kierowniczych, 44 proc. przedsiębiorców i połowa pracowników administracji i usług. Bardzo zmalał odsetek zagorzałych czytelników - tylko 12 proc. badanych czyta więcej niż siedem książek rocznie. Szaleńców czytających więcej niż 24 tytuły rocznie mieszka w Polsce 5 proc. Wkrótce zostaną zaliczeni do gatunków endemicznych.
***
Coraz trudniejszy jest dostęp do książki. Tam, gdzie warunki finansowe i życiowe są trudne, jedynym miejscem, gdzie kontakt z książką bywa możliwy, jest biblioteka - szkolna czy publiczna. To właśnie zapomniana i niechciana często przez lokalne władze biblioteka okazała się w niedawno prowadzonych badaniach pierwszą, by nie powiedzieć jedyną, wskazaną przez ankietowanych publiczną instytucją godną społecznego zaufania. Nie był nią urząd, nie był Kościół. W demokratycznej Polsce liczba bibliotek z przeszło 10 tys. zmniejszyła się o blisko 2 tys. Zlikwidowano większość filii bibliotecznych. Maleją drastycznie biblioteczne księgozbiory. W 2008 r. średnia zakupów wyniosła 9,6 wolumina na 100 mieszkańców, w 2009 r. już tylko 7,5. Nieznaczny wzrost w 2010 r. nie czyni jeszcze wiosny, standard międzynarodowy to bowiem 30 woluminów. Zmienić tę sytuację może do pewnego stopnia inna polityka dotacji na książki. W wielu krajach prowadzona jest tak, by dotowane tytuły trafiały przede wszystkim do bibliotek, a nie tkwiły w magazynach, by po chwili znaleźć się w księgarniach taniej książki. Gwarantuje to system konkursowych zakupów bibliotecznych. W niektórych krajach skandynawskich tytuły do konkursu mogą - oprócz wydawców - zgłaszać mieszkańcy.
Podczas gdy niektóre samorządy w Polsce nie wstydzą się bibliotek bez toalet, ogrzewania i z minimalnymi funduszami na zakup książek, rząd norweski w 2000 r. postanowił, że żaden czytelnik nie może mieć do biblioteki dalej niż 2 kilometry. W tejże Norwegii, mimo że maleje czytelnictwo prasy drukowanej, rośnie czytelnictwo książek. We Francji i w Niemczech rośnie liczba wypożyczeń bibliotecznych. Francuzi uznali za stan kryzysowy, gdy w jednym roku 31 proc. obywateli nie przeczytało żadnej książki, my przy takich wielkościach zachowaliśmy spokój ducha.
Fatalnemu stanowi sieci bibliotecznej ma zaradzić przygotowywany od 2008 r. rządowy program Biblioteka+ wspierany przez Fundację Melindy i Billa Gatesów. Wspiera on biblioteki wiejskie i w małych ośrodkach, często jedyne placówki kulturalne, by z czasem mogły stać się nowoczesnymi centrami kultury. Kształci bibliotekarzy, by ci na podobieństwo swoich kolegów z innych krajów umieli rozpoznawać potrzeby czytelników i animować życie kulturalne w swoim otoczeniu. Na jego efekty przyjdzie nam jednak poczekać.
***
Biblioteki przechodzą na świecie, tak jak całe czytelnictwo, technologiczną rewolucję. Ich zasoby mogą stać się zgoła nieograniczone. Ale nie zapominajmy, że to nie narzędzie, jakim posłuży się człowiek, ani postać, jaką przybierze książka, decyduje o nawyku czytania. Zmieniają one naturę tego procesu: ograniczając na przykład udział takich zmysłów jak dotyk, zapach czy słuch. E-book nie szeleści, nie pachnie i nie można w nim zaginać kartek lub robić dopisków na marginesach. Dla tradycjonalistów jest to przeszkodą, dla przyszłych pokoleń może nie mieć znaczenia. Warunek wstępny jednak pozostaje ten sam: nawyk, potrzeba czytania i rozumienie tekstu. Gdy nie zostanie spełniony, na nic się zdadzą programy poprawiające infrastrukturę bibliotek.
Równie zła jak polityczne zaniechanie w sprawie kryzysu książki jest społeczno-medialna aura wokół tak dziwnego zajęcia jak czytanie, które przeszło w ciągu ostatnich 20 lat z listy podstawowych zadań systemu edukacyjnego do rodzaju przyjemności czasu wolnego. Przyjemności - dodajmy - osobliwej, której oddają się cierpiące na niedostatek ciekawszych rozrywek dziwaki pięknoduchy. Będąc gwiazdą TV, można w publicznej telewizji chwalić się tym, że nie czyta się książek. W programie kulturalnym. Można pokonywać kolejne szczeble edukacji, z maturą włącznie, nie czytając. Można zdobyć dyplom wyższej uczelni i rzucić raz na zawsze książkę w kąt. Rodzice z renomowanej prywatnej szkoły w Warszawie bronią dzieci przed obowiązkiem czytania kilku książek w semestrze, bo pociechy są zmęczone albo mają tyle ciekawszych zajęć pozalekcyjnych. A czytać już potrafią. Sprowadzamy na świat dzieci, nie wiedząc, że wychowanie do książki przynosi najlepsze efekty, gdy zaczyna się we wczesnym wieku przedszkolnym, a czytanie ze zrozumieniem warunkuje postępy w nauce.
Roman Chymkowski, kierownik Pracowni Czytelnictwa Biblioteki Narodowej, jawnie okazywaną pogardę dla słowa pisanego uważa za groźną prognozę cywilizacyjną dla Polski i dowód pozornej modernizacji, jaką przeszedł polski system edukacyjny. Głosi niepopularną dziś w Polsce opinię, że czytanie nie jest przyjemnością. To w pierwszej kolejności podstawowy obowiązek szkolny. Umiejętność czytania ze zrozumieniem i wysławiania się są warunkami podstawowymi i bezwzględnymi w zdobywaniu przez człowieka innych umiejętności. Ten wysiłek jest długoletni, by nie powiedzieć ustawiczny, i na samym początku drogi męczy.
I ma męczyć. Przyjemność, jeśli się pojawia, jest nagrodą.
***
Przyzwoliliśmy na zepchnięcie tej kompetencji do sfery rozrywki i przyjemności. Być może polskie elity kulturalne, tracąc miejsce w społecznej hierarchii, próbują w ten sposób przekonać do książki nieprzekonanych: „Nie wyrzekaj się tej przyjemności. Można żyć bez książki, ale co to za życie!”. W niedalekiej przyszłości umiejętność czytania ze zrozumieniem stać się może oznaką kultury wysokiej i elitarności. Dlaczego jednak jeden z największych banków austriackich finansuje program promujący czytanie? Buduje wizerunek firmy. Zgoda. Ale może w jego interesie jest, by klienci rozumieli treść podpisywanych umów? Dlaczego żaden z działających w Polsce banków nie wpadł na taki pomysł?
Wizja społeczeństwa podzielonego na elity i wykluczonych, w którym żyją nieczytający absolwenci szkół wyższych, z czasem analfabeci funkcjonalni z wyboru, wśród nich lekarze, prawnicy i urzędnicy państwowi po plebejsku nieufni do oświaty i kultury jako pańskiej fanaberii, przeraża równie jak powieść sprzed lat o cywilizacji książki zakazanej Raya Bradbury’ego „Fahrenheit 457” i film François Truffauta na jej podstawie. Polskim horrorem może być wojna kiboli z czytolami (gratulacje dla Jasia Kapeli z Krytyki Politycznej za koncept).
Związek między czytaniem a osiągnięciami edukacyjnymi, podobnie jak związek między zdobywanymi od wczesnych lat życia nawykami uczestnictwa w kulturze są w skali mikro szansą na ciekawsze, bezpieczniejsze materialnie życie, a w skali makro - budową cywilizacyjnego potencjału społeczeństwa. Wiedzą to Skandynawowie, którzy od lat największy nacisk kładą na edukację czytelniczą wśród najmłodszych. W Polsce w dyskusjach na ten temat wraca argument braku pieniędzy. Kształcenie umiejętności czytania ze zrozumieniem i wysławiania się dzieci i młodzieży powinien być jednak, zwłaszcza w czasie kryzysu, w społeczeństwie o niskim kapitale społecznym priorytetem ważniejszym niż budowa kolejnego muzeum bez eksponatów, że o stadionach niszczonych potem przez kiboli nie wspomnę.
Przygotowana przez resort kultury „Strategia rozwoju kapitału społecznego”, która właśnie wchodzi w fazę społecznych konsultacji, w części diagnostycznej nie wspomina o zapaści czytelniczej i niskich kompetencjach językowych Polaków w różnych grupach wiekowych i społecznych (z absolwentami wyższych uczelni włącznie). Podobnie w części programowej, jednak dotyczącej rozwoju potencjału kulturowego i kreatywnego, nie pojawia się kwestia czytelnictwa i kształcenia kompetencji językowych, która wydaje się kluczowa. Wyobrażam sobie częściowy remont domu, nie wyobrażam sobie jego budowy od dachu.
Powtórzmy: nie wyjdziemy z czytelniczej zapaści, nie zbudujemy kapitału społecznego, nie podejmując systemowych, rozpisanych na lata decyzji naprawczych. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przygotowuje od dwóch lat odpowiedni program. Nie uwierzę w jego skuteczność bez poważnej społecznej debaty na ten temat, dogłębnej diagnozy kryzysu i wieloletnich, adresowanych do różnych grup wiekowych i społecznych rozwiązań angażujących kilka resortów - od resortu kultury po resorty edukacji, nauki, pracy, finansów i spraw wewnętrznych - niezależnie od zmian rządów i politycznych opcji.
Ruch Obywatele Kultury proponuje podstawowe założenia społecznego, planowanego na 15 lat programu. Są to:
1. Polityka wyrównywania szans i reforma szkolnictwa dostosowane do dyrektyw Unii Europejskiej, która za priorytet przyjmuje kształcenie myślenia krytycznego i twórczego.
2. Program alfabetyzacji, kształcenia kompetencji językowych i wychowania do książki dziecka od trzeciego roku życia.
3. Szkolne programy promujące czytanie: lekcje biblioteczne, nowoczesne biblioteki szkolne, programy twórczego pisania, recenzowania i dyskusji wokół książek.
4. Stworzenie systemu wieloletniego obrotu podręcznikami.
5. Stworzenie nowoczesnego programu na rzecz modernizacji i uzupełnienia zbiorów bibliotek oraz systemowego kształcenia bibliotekarzy animatorów kultury.
6. Wprowadzenie systemu zakupu konkursowego książek dla bibliotek zamiast dotacji dla wydawców.
7. Stworzenie ochronnego systemu ulg i pomocy dla małych i średnich księgarń, kawiarnioksięgarń i bibliotek, w tym prywatnych, poprzez obniżki czynszów i ulgi podatkowe.
8. Programy promujące czytelnictwo i kształtujące nawyki kulturalne w mediach w czasie dostępnym dla wszystkich grup społecznych i wiekowych przy jednoczesnym zawieszeniu kryterium oglądalności w ich ocenie. Media publiczne powinny być zobowiązane do prowadzenia skierowanej do rodziców wieloletniej kampanii społecznej wspierającej rozwój kompetencji językowych i pierwszy kontakt z książką.
Program promocji czytelnictwa i zwalczania analfabetyzmu funkcjonalnego wymaga wieloletniego monitoringu i stałej oceny skuteczności wedle uzgodnionych kryteriów. By na przykład takie rozwiązania systemowe i technologiczne, jak zakup za miliard złotych laptopów dla uczniów, wiązały się ze wzrostem kompetencji językowych i cywilizacyjnych użytkowników.
Przytaczane ostatnio w prasie badania PISA „Uczyć się uczenia” z grudnia 2010 r., w których polscy gimnazjaliści po raz pierwszy od wielu lat dołączyli w testach kompetencyjnych do swych skandynawskich, niemieckich i węgierskich kolegów, budzą nadzieję i potwierdzają zasadę. Punktem wyjścia są - powtórzę namolnie - kompetencje językowe.
***
Świat zmierza ku społeczeństwu informacyjnemu, nam grozi pozostanie na etapie pozornej modernizacji. Alternatywa jest bezwzględna. Tym razem ofiarami historii będziemy z własnej woli i na własne życzenie. I nikt nam współczuł nie będzie.
*Beata Stasińska - redaktorka, wydawca, działaczka kultury
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 14 maja 2011.
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...