NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Stasińska: Czytaj albo giń! Drukuj
Beata Stasińska   
30.05.2011

Między jednym kongresem kultury a drugim zapaść czytelnicza staje się faktem. W roku prezydencji Polski w Unii kwitnie ponoć dyplomacja kulturalna, dziennikarze ogłaszają erupcję talentów na światową skalę, Narodowe Centrum Kultury wydaje książki o przemysłach kreatywnych i eleganckie kalendarze wydarzeń kulturalnych, samorządy wielkich miast z programów kulturalnych najchętniej wspierają festiwale, a Polak konsekwentnie czyta coraz mniej i kroi wydatki na kino, teatr, muzeum. Podobny jest w tym do wielu polskich rządów, których polityka zawiodła Polskę na jedno z ostatnich miejsc w Unii Europejskiej pod względem wydatków na kulturę w budżecie państwa.

ksiazki1.jpgW Roku Chopinowskim nikt nie zastanawia się nad niską kulturą muzyczną Polaków, by nie powiedzieć analfabetyzmem muzycznym, w Roku Słowackiego czy Miłosza nie zadajemy pytania, dlaczego Polacy nie czytają i nie chcą czytać swoich klasyków. Lubimy chronić naszą tożsamość kulturową, ale nikt nie pyta, co się z nią stanie w społeczeństwie, które wyrzeka się swojego kanonu lub nie umie go krytycznie czytać. Norweskie władze na wieść o tym, że Norweg przestał czytać norweskich pisarzy, wprowadzają program promocji rodzimej literatury obejmujący między innymi zakupy do bibliotek. My zachowujemy spokój ducha, gdy media donoszą, że Polacy najchętniej czytają tłumaczone przeważnie z języka angielskiego bestsellery. Niemiecki czytelnik spiera się o najnowszą powieść Güntera Grassa. My nie debatujemy - a jest nad czym - nad najnowszymi książkami Stefana Chwina, Olgi Tokarczuk, Andrzeja Stasiuka, Ignacego Karpowicza czy Joanny Bator. Albo nie dajemy takim debatom trybuny. Nie czytamy, więc się nie spieramy.

Obwieszczanie spadku czytelnictwa traktowane było do niedawna jak nudne biadolenie niedoinformowanych malkontentów.

Politycy ignorowali sygnały alarmowe badaczy z Biblioteki Narodowej.

Media - póki nie zaczęła spadać sprzedaż prasy - nie przejmowały się tym jakże niemodnym zajęciem, jakim jest czytanie książek. Grunt, że „oglądalność” rosła, czytelnictwo mogło spadać.

W tym czasie w wielu europejskich krajach prowadzone były akcje visible book - książki widocznej: na mapie miasta, w programach telewizyjnych, jako przedmiotu obecnego w serialach telewizyjnych, elementu scenografii wystąpień osób publicznych, zwłaszcza polityków.

Analitycy rynku książki uparcie twierdzili, że Polacy czytają tyle co inni Europejczycy. Gdyby było tak źle - argumentowali i niektórzy argumentują do dziś - wydawcy nie wydaliby 30 tys. tytułów w 2010 r., tylko ograniczali produkcję, niektórzy zaś plajtowali (nie dodają, że blisko 30 proc. tej masy tytułów to prace naukowe, których nakład nie przekracza 100-300 egzemplarzy). O bankructwach póki co nie słychać. Po przegranej batalii o utrzymanie zerowej stawki VAT wydawcy ciągle książki wydają. Co prawda ich żywot jest coraz krótszy - jeśli nie znalazły się wśród sezonowych bestsellerów, trwa trzy-cztery miesiące - a po roku, najdalej dwóch kończą w taniej książce.

Wiadomo dobrze, ile i jakiego rodzaju tytułów mieści się na liście bestsellerów. Szczęśliwców jest niewielu, a niektórzy z nich słono i często kosztem innych tytułów muszą płacić za rynkowy sukces. Jeden z polskich wydawców skarżył się, że honorarium dla celebrytki, za którą ktoś napisał książkę, było tak wysokie, że zysk pojawił się, gdy sprzedaż przekroczyła 40 tysięcy. Rachunek się zgadza i nikt oprócz czytelników nie stracił.

A średnie nakłady książek maleją.

***

Wydawcy nie mają co marzyć o dużych zamówieniach z bibliotek, bo te dostają coraz mniej pieniędzy na uzupełnianie zbiorów. Nie mogą liczyć na lawinowy rozwój e-booków, bo ich cena z powodu 23-proc. VAT jest taka sama jak cena książki papierowej. Czytniki są za drogie, oferta tytułów nieduża, a my wciąż nie jesteśmy społeczeństwem informacyjnym.

Znane wszystkim wyniki badań Biblioteki Narodowej powinny przerażać i nie pozwolić tym razem na rytualne przed majowymi targami książki artykuły o tym, jak i czego Polacy nie czytają. Kiermasz, festiwal, okazjonalne występy celebrytów, którzy łaskawie lub za godziwe honorarium zechcą zachęcić swoich wielbicieli do czytania książek, niewiele zmienią.

Tymczasem jedna trzecia uczących się i studiujących nie miała w ciągu roku książki w ręku. Brak kontaktu ze słowem drukowanym dłuższym niż kilka stron deklaruje 56 proc. Polaków. Tylko 53 proc. badanych przeczytało tekst dłuższy niż trzy strony maszynopisu. Na pytanie o czytanie prasy 35 proc. oznajmiło, że nie czyniło tego w minionym roku w ogóle, 41 proc. - sporadycznie, do regularnej lektury prasy przyznało się 24 proc. Nie czyta 36 proc. osób na stanowiskach kierowniczych, 44 proc. przedsiębiorców i połowa pracowników administracji i usług. Bardzo zmalał odsetek zagorzałych czytelników - tylko 12 proc. badanych czyta więcej niż siedem książek rocznie. Szaleńców czytających więcej niż 24 tytuły rocznie mieszka w Polsce 5 proc. Wkrótce zostaną zaliczeni do gatunków endemicznych.

***

Coraz trudniejszy jest dostęp do książki. Tam, gdzie warunki finansowe i życiowe są trudne, jedynym miejscem, gdzie kontakt z książką bywa możliwy, jest biblioteka - szkolna czy publiczna. To właśnie zapomniana i niechciana często przez lokalne władze biblioteka okazała się w niedawno prowadzonych badaniach pierwszą, by nie powiedzieć jedyną, wskazaną przez ankietowanych publiczną instytucją godną społecznego zaufania. Nie był nią urząd, nie był Kościół. W demokratycznej Polsce liczba bibliotek z przeszło 10 tys. zmniejszyła się o blisko 2 tys. Zlikwidowano większość filii bibliotecznych. Maleją drastycznie biblioteczne księgozbiory. W 2008 r. średnia zakupów wyniosła 9,6 wolumina na 100 mieszkańców, w 2009 r. już tylko 7,5. Nieznaczny wzrost w 2010 r. nie czyni jeszcze wiosny, standard międzynarodowy to bowiem 30 woluminów. Zmienić tę sytuację może do pewnego stopnia inna polityka dotacji na książki. W wielu krajach prowadzona jest tak, by dotowane tytuły trafiały przede wszystkim do bibliotek, a nie tkwiły w magazynach, by po chwili znaleźć się w księgarniach taniej książki. Gwarantuje to system konkursowych zakupów bibliotecznych. W niektórych krajach skandynawskich tytuły do konkursu mogą - oprócz wydawców - zgłaszać mieszkańcy.

Podczas gdy niektóre samorządy w Polsce nie wstydzą się bibliotek bez toalet, ogrzewania i z minimalnymi funduszami na zakup książek, rząd norweski w 2000 r. postanowił, że żaden czytelnik nie może mieć do biblioteki dalej niż 2 kilometry. W tejże Norwegii, mimo że maleje czytelnictwo prasy drukowanej, rośnie czytelnictwo książek. We Francji i w Niemczech rośnie liczba wypożyczeń bibliotecznych. Francuzi uznali za stan kryzysowy, gdy w jednym roku 31 proc. obywateli nie przeczytało żadnej książki, my przy takich wielkościach zachowaliśmy spokój ducha.

Fatalnemu stanowi sieci bibliotecznej ma zaradzić przygotowywany od 2008 r. rządowy program Biblioteka+ wspierany przez Fundację Melindy i Billa Gatesów. Wspiera on biblioteki wiejskie i w małych ośrodkach, często jedyne placówki kulturalne, by z czasem mogły stać się nowoczesnymi centrami kultury. Kształci bibliotekarzy, by ci na podobieństwo swoich kolegów z innych krajów umieli rozpoznawać potrzeby czytelników i animować życie kulturalne w swoim otoczeniu. Na jego efekty przyjdzie nam jednak poczekać.

***

Biblioteki przechodzą na świecie, tak jak całe czytelnictwo, technologiczną rewolucję. Ich zasoby mogą stać się zgoła nieograniczone. Ale nie zapominajmy, że to nie narzędzie, jakim posłuży się człowiek, ani postać, jaką przybierze książka, decyduje o nawyku czytania. Zmieniają one naturę tego procesu: ograniczając na przykład udział takich zmysłów jak dotyk, zapach czy słuch. E-book nie szeleści, nie pachnie i nie można w nim zaginać kartek lub robić dopisków na marginesach. Dla tradycjonalistów jest to przeszkodą, dla przyszłych pokoleń może nie mieć znaczenia. Warunek wstępny jednak pozostaje ten sam: nawyk, potrzeba czytania i rozumienie tekstu. Gdy nie zostanie spełniony, na nic się zdadzą programy poprawiające infrastrukturę bibliotek.

Równie zła jak polityczne zaniechanie w sprawie kryzysu książki jest społeczno-medialna aura wokół tak dziwnego zajęcia jak czytanie, które przeszło w ciągu ostatnich 20 lat z listy podstawowych zadań systemu edukacyjnego do rodzaju przyjemności czasu wolnego. Przyjemności - dodajmy - osobliwej, której oddają się cierpiące na niedostatek ciekawszych rozrywek dziwaki pięknoduchy. Będąc gwiazdą TV, można w publicznej telewizji chwalić się tym, że nie czyta się książek. W programie kulturalnym. Można pokonywać kolejne szczeble edukacji, z maturą włącznie, nie czytając. Można zdobyć dyplom wyższej uczelni i rzucić raz na zawsze książkę w kąt. Rodzice z renomowanej prywatnej szkoły w Warszawie bronią dzieci przed obowiązkiem czytania kilku książek w semestrze, bo pociechy są zmęczone albo mają tyle ciekawszych zajęć pozalekcyjnych. A czytać już potrafią. Sprowadzamy na świat dzieci, nie wiedząc, że wychowanie do książki przynosi najlepsze efekty, gdy zaczyna się we wczesnym wieku przedszkolnym, a czytanie ze zrozumieniem warunkuje postępy w nauce.

Roman Chymkowski, kierownik Pracowni Czytelnictwa Biblioteki Narodowej, jawnie okazywaną pogardę dla słowa pisanego uważa za groźną prognozę cywilizacyjną dla Polski i dowód pozornej modernizacji, jaką przeszedł polski system edukacyjny. Głosi niepopularną dziś w Polsce opinię, że czytanie nie jest przyjemnością. To w pierwszej kolejności podstawowy obowiązek szkolny. Umiejętność czytania ze zrozumieniem i wysławiania się są warunkami podstawowymi i bezwzględnymi w zdobywaniu przez człowieka innych umiejętności. Ten wysiłek jest długoletni, by nie powiedzieć ustawiczny, i na samym początku drogi męczy.

I ma męczyć. Przyjemność, jeśli się pojawia, jest nagrodą.


***

Przyzwoliliśmy na zepchnięcie tej kompetencji do sfery rozrywki i przyjemności. Być może polskie elity kulturalne, tracąc miejsce w społecznej hierarchii, próbują w ten sposób przekonać do książki nieprzekonanych: „Nie wyrzekaj się tej przyjemności. Można żyć bez książki, ale co to za życie!”. W niedalekiej przyszłości umiejętność czytania ze zrozumieniem stać się może oznaką kultury wysokiej i elitarności. Dlaczego jednak jeden z największych banków austriackich finansuje program promujący czytanie? Buduje wizerunek firmy. Zgoda. Ale może w jego interesie jest, by klienci rozumieli treść podpisywanych umów? Dlaczego żaden z działających w Polsce banków nie wpadł na taki pomysł?

Wizja społeczeństwa podzielonego na elity i wykluczonych, w którym żyją nieczytający absolwenci szkół wyższych, z czasem analfabeci funkcjonalni z wyboru, wśród nich lekarze, prawnicy i urzędnicy państwowi po plebejsku nieufni do oświaty i kultury jako pańskiej fanaberii, przeraża równie jak powieść sprzed lat o cywilizacji książki zakazanej Raya Bradbury’ego „Fahrenheit 457” i film François Truffauta na jej podstawie. Polskim horrorem może być wojna kiboli z czytolami (gratulacje dla Jasia Kapeli z Krytyki Politycznej za koncept).

Związek między czytaniem a osiągnięciami edukacyjnymi, podobnie jak związek między zdobywanymi od wczesnych lat życia nawykami uczestnictwa w kulturze są w skali mikro szansą na ciekawsze, bezpieczniejsze materialnie życie, a w skali makro - budową cywilizacyjnego potencjału społeczeństwa. Wiedzą to Skandynawowie, którzy od lat największy nacisk kładą na edukację czytelniczą wśród najmłodszych. W Polsce w dyskusjach na ten temat wraca argument braku pieniędzy. Kształcenie umiejętności czytania ze zrozumieniem i wysławiania się dzieci i młodzieży powinien być jednak, zwłaszcza w czasie kryzysu, w społeczeństwie o niskim kapitale społecznym priorytetem ważniejszym niż budowa kolejnego muzeum bez eksponatów, że o stadionach niszczonych potem przez kiboli nie wspomnę.

Przygotowana przez resort kultury „Strategia rozwoju kapitału społecznego”, która właśnie wchodzi w fazę społecznych konsultacji, w części diagnostycznej nie wspomina o zapaści czytelniczej i niskich kompetencjach językowych Polaków w różnych grupach wiekowych i społecznych (z absolwentami wyższych uczelni włącznie). Podobnie w części programowej, jednak dotyczącej rozwoju potencjału kulturowego i kreatywnego, nie pojawia się kwestia czytelnictwa i kształcenia kompetencji językowych, która wydaje się kluczowa. Wyobrażam sobie częściowy remont domu, nie wyobrażam sobie jego budowy od dachu.

Powtórzmy: nie wyjdziemy z czytelniczej zapaści, nie zbudujemy kapitału społecznego, nie podejmując systemowych, rozpisanych na lata decyzji naprawczych. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przygotowuje od dwóch lat odpowiedni program. Nie uwierzę w jego skuteczność bez poważnej społecznej debaty na ten temat, dogłębnej diagnozy kryzysu i wieloletnich, adresowanych do różnych grup wiekowych i społecznych rozwiązań angażujących kilka resortów - od resortu kultury po resorty edukacji, nauki, pracy, finansów i spraw wewnętrznych - niezależnie od zmian rządów i politycznych opcji.

Ruch Obywatele Kultury proponuje podstawowe założenia społecznego, planowanego na 15 lat programu. Są to:

1. Polityka wyrównywania szans i reforma szkolnictwa dostosowane do dyrektyw Unii Europejskiej, która za priorytet przyjmuje kształcenie myślenia krytycznego i twórczego.

2. Program alfabetyzacji, kształcenia kompetencji językowych i wychowania do książki dziecka od trzeciego roku życia.

3. Szkolne programy promujące czytanie: lekcje biblioteczne, nowoczesne biblioteki szkolne, programy twórczego pisania, recenzowania i dyskusji wokół książek.

4. Stworzenie systemu wieloletniego obrotu podręcznikami.

5. Stworzenie nowoczesnego programu na rzecz modernizacji i uzupełnienia zbiorów bibliotek oraz systemowego kształcenia bibliotekarzy animatorów kultury.

6. Wprowadzenie systemu zakupu konkursowego książek dla bibliotek zamiast dotacji dla wydawców.

7. Stworzenie ochronnego systemu ulg i pomocy dla małych i średnich księgarń, kawiarnioksięgarń i bibliotek, w tym prywatnych, poprzez obniżki czynszów i ulgi podatkowe.

8. Programy promujące czytelnictwo i kształtujące nawyki kulturalne w mediach w czasie dostępnym dla wszystkich grup społecznych i wiekowych przy jednoczesnym zawieszeniu kryterium oglądalności w ich ocenie. Media publiczne powinny być zobowiązane do prowadzenia skierowanej do rodziców wieloletniej kampanii społecznej wspierającej rozwój kompetencji językowych i pierwszy kontakt z książką.

Program promocji czytelnictwa i zwalczania analfabetyzmu funkcjonalnego wymaga wieloletniego monitoringu i stałej oceny skuteczności wedle uzgodnionych kryteriów. By na przykład takie rozwiązania systemowe i technologiczne, jak zakup za miliard złotych laptopów dla uczniów, wiązały się ze wzrostem kompetencji językowych i cywilizacyjnych użytkowników.

Przytaczane ostatnio w prasie badania PISA „Uczyć się uczenia” z grudnia 2010 r., w których polscy gimnazjaliści po raz pierwszy od wielu lat dołączyli w testach kompetencyjnych do swych skandynawskich, niemieckich i węgierskich kolegów, budzą nadzieję i potwierdzają zasadę. Punktem wyjścia są - powtórzę namolnie - kompetencje językowe.

***

Świat zmierza ku społeczeństwu informacyjnemu, nam grozi pozostanie na etapie pozornej modernizacji. Alternatywa jest bezwzględna. Tym razem ofiarami historii będziemy z własnej woli i na własne życzenie. I nikt nam współczuł nie będzie.

*Beata Stasińska - redaktorka, wydawca, działaczka kultury


Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 14 maja 2011.

  

Komentarze
Dodaj nowy
zewsząd i znikąd   |30.05.2011 02:03:19
Uwaga natury językowej: dlaczego Polska tak się zachłystuje Modnymi Angielskimi
Słówkami, że nikt nawet nie pomyśli o możliwości przetłumaczenia tychże słówek,
znalezienia jakichś rodzimych odpowiedników? Dlaczego NIE MOŻNA stworzyć
określenia "e-książka"? Dlaczego nie "audioksiążka" albo i
"słuchoksiążka" tudzież "książka słuchowa"? Ale zwłaszcza
"e-książka" jest tak naturalnym i prostym słowem, że aż żal ludzi, dla
których Żyjemy W Erze Internacjonalizacji (na pewno nie umiędzynarodowienia), a
spolszczenia? - no przecież tak się nie robi…
Słuchoksiążek nie znoszę
(mówienie - więc także słuchanie tekstu mówionego - trwa dużo dłużej, niż
czytanie, więc dla mnie to strata czasu), czytnika do e-książek nigdy nie miałam
w ręku, wiem tylko, że istnieje, ale pozytywnie oceniam tę technologię - gdyby
czytniki miały wygodną funkcję zakładki, to byłoby wspaniałe narzędzie
pozwalające ograniczyć miejsce zajmowane przez książki (jak wiedzą nałogowe
czytelniczki i czytelnicy, to potrafi być kłopotliwe). Ale niezależnie od mojego
zdania na temat tych technologii NIE będę ich nazywać tymi najwyraźniej już
niestety oficjalnymi nazwami zaadaptowanymi tak, żeby pierwsze osoby
wprowadzające pojęcia książek słuchowych i elektronicznych do polskich mediów
nie musiały się namęczyć i przetłumaczyć nazwy.
Nie chodzi o to, żeby rodzime
nazwy były z założenia lepsze. Przede wszystkim w moim odczuciu wszelkie
postacie mechanicznego tłumaczenia to zubażanie języka. Na przykład kolejne
Modne Słówko, "transparentny" - czy osoby stosujące to słowo są
świadome, że polszczyzna zna co najmniej cztery jego odpowiedniki?
Anonimowy   |30.05.2011 11:41:17
Istnieje jeszcze problem innego rodzaju: jakoś żaden spośród propagatorów
czytelnictwa nie chcę zastanowić się nad tym, czy aby na pewno ci dzisiejsi
literaci zaslugują na zainteresowanie publiczności? Czy nie jest tak,że
przetapiają swoje irracjonalne pretensje w postulaty polityczne, bez
jakiejolwiek, rzecz jasna, refleksji nad tym czy owe pretensje są zasadne i czy
nie ma nic żenującego w tym, że prezciętni pisarczykowie żądania, aby byli
czytani, zamiast po prostu lepiej pisać. Poza tym nie należy się oszukiwać, że
dzisiejsza literatura jest w stanie zadowalającym. Taka Tokarczuk, gdyby chciała
sobie pobyć gwiazdą literatury w dajmy na to dwudziestoleciu międzywojenny, to
by sobie gwiazdą nie pobyła; wtedy byli inni, znacznie zdolniejsi niż Tokarczuk
albo Jasio Kapela.
Andrzej Nasielski  - Same mity i nonsensy   |30.05.2011 13:57:12
Przykład pierwszy z brzegu:

Nie mogą liczyć na lawinowy rozwój e-booków, bo ich cena z powodu 23-proc.
VAT jest taka sama jak cena książki papierowej.


Przecież to bzdura. Kto broni wydawcy ustalić cenę e-booka na poziomie
5 złotych, co z VAT da niewiele ponad 6?

Proszę też mi nie
opowiadać, że dostęp do książki jest coraz trudniejszy.

Jest
dokładnie odwrotnie - nigdy dostęp do książki nie był tak
nieprawdopodobnie łatwy. Moja domowa podręczna biblioteka liczy
już jakieś 50 000 tytułów (miłośnikom pełnej legalności proponuję
ponad pół miliona tytułów polskich bibliotek cyfrowych).

Na Allegro i
w księgarniach taniej książki klasyka i wiele książek wydanych w
ostatnich latach jest dostępnych w cenie kilku złotych.

Prócz
tego korzystam z kilku tradycyjnych bibliotek, w których nie zauważam
tłoku.

Jeśli ktoś dziś nie czyta książek, to dlatego, że NIE CHCE.
I żadna "akcja" tego znacząco i trwale nie zmieni. Podobnie
jak żadna akcja nie skłoni mnie, bym oglądał telewizję.
TonySTrange  - do pana Nasielskiego/do Anonima   |30.05.2011 20:00:48
O to w działaniach, które pani Stasińska wymieniła, chodzi - o wzrost liczby
tych, którzy CHCĄ sięgnąć po książkę. Społeczeństwo, w którym tego chcenia nie
ma jest po prostu ułomne i to nie żadne fanaberie, ale straty przeliczane na
rzeczywistość społeczną i ekonomiczną. W interesie każdego czytelnika powinna
leżeć rosnąca liczba "kolegów po hobby" - snobowanie się nic nie da.


Co do Anonima:
Abstrahując od tego, że miernoty większe niż Tokarczuk robiły
karierę w dwudziestoleciu, to trzeba by poczynić pewną uwagę. Oczywiście,
środowiska pisarskie w Polsce bardzo często nie są godne uwagi (przykłady Kapeli
i Tokarczuk celne), ale to właśnie wynika z niskiego czytelnictwa. Więcej
czytelników, to więcej pisarzy, więcej czytelników, to większa szansa na
krytyczny osąd sytuacji literackiej. Obecnie "polscy pisarze" to często
hermetyczne i podzielone środowiska, skupione na wzajemnej adoracji (jak np.
Biuro Literackie we Wrocławiu), wzrost czytelnictwa mógłby taką sytuację
zmienić. Tekst Stasińskiej dobry, celnie diagnozuje problemy, ale niestety może
to być głos wołającego na puszczy. Elity polityczne w Polsce, plus urzędnicy
różnych szczebli, nie są zainteresowani tymi problemami, bo nie widzą zależności
między czytelnictwem, a ogólną poprawą jakości życia. Inna sprawa, że w
interesie naszych przodujących posłów etc. leży nieczytające, głupie
społeczeństwo.
maciejs  - Może   |30.05.2011 20:06:40
Zgadzam się z Andrzejem Nasielskim! Ja też nie widzę grozy sytuacji. Może
dlatego, że nie handluję książkami.
DobryAutor   |30.05.2011 21:14:52
Panie Andrzeju,

Ciężko polemizować z pańskimi argumentami, ale trzeba. Wszakże
problem nie znika, jeśli pana nie dotyczy. Odważę się stwierdzić, że ma pan
czyste sumienie, posiadając 50 tysięcy tytułów i na tej podstawie, ośmielam się
więcej spodziewać, że należy pan (tak jak i ja) do grupy "zagorzałych
czytelników".

Daleki jestem jednak od osobistego spokoju ducha i
sprowadzaniu sprawy do prostej diagnozy: nie czytamy, bo nie chcemy, a od moich
chęci wara.

Tak samo jak obecne czasy, ułatwiają dostęp do książki jak nigdy
wcześniej (tu zgoda), tak samo wiele dzisiejszych zwyczajów jest świadomie
generowanych (często przez te same narzędzia, które "udostępniają"
książkę). Jednakże te narzędzia, zupełnie nie są dziś wykorzystywane do
generowania nawyku czytelnictwa. I to powinno się zmienić.

Jeszcze niedawno,
przeważał pogląd, że e-sieć sprzyja czytelnictwu. Tymczasem obserwując zjawisko
Internetu, możemy zauważyć pewną niebezpieczną tendencję w nurt której zmierza,
mianowicie SKRÓTOWOŚĆ. Ilość, a nie jakość informacji, staje się dziś wartością,
nie tylko w cyfrowym świecie, ale też w szerokim ujęciu mediów. Więcej jeszcze
to właśnie ilość ponad jakość, zaczyna określać większość sfer życia człowieka,
jak i jego samego. Brzmi to może jak tani truizm, ale ma szerokie konsekwencje;
właśnie dla poziomu czytelnictwa i przyczynia się do jego systematycznego
spadku. Wszak trudno się dziwić, że krajanie nie potrafią już przyswoić
dłuższego tekstu, skoro permanentnie - zwłaszcza Internet - bombarduje ich
sloganami i leadami.

Z książkami jest też inny "problem".
Zagospodarowują one bowiem sferę czasu wolnego w mocno introwertyczny sposób.
Jakże to dziś passe! Przecież, nie tylko wolny czas, ale w ogóle świat, wolimy
dziś traktować w sposób rozproszony, a nie skupiony. Pół królestwa i ręka
księżniczki, dla tego, kto spowoduje, że Polacy przestaną się rozpraszać i
skupią się na tych choćby kilku książkach rocznie. W imię pracy, przyjemności,
samodoskonalenia - nie ważne, byle by nie byli bandą analfabetów, którzy wolą
coraz więcej wiedzieć, zamiast coraz więcej rozumieć.
Andrzej Nasielski  - Odpowiedzi   |31.05.2011 03:35:33
@TonySTrange

Ja wiem, że chodzi "o wzrost liczby
tych, którzy CHCĄ
sięgnąć po książkę". Ale nie wierzę, że jakakolwiek "akcja"
coś zmieni (poza wpisem w CV organizatorów akcji). Bariery materialne
w zasadzie nie istnieją, więc z czym tu walczyć? Z czyimś wolnym wyborem?
Jak? Karać grzywną? Piętnować? Możemy uważać, że wolny wybór, by nie
czytać, jest zły i szkodliwy, podobnie jak katolik uważa, że zły jest
wolny wybór, by nie chodzić do kościoła albo by zdradzać żonę. Ale
wszystkie te wybory są legalne, więc nie pozostaje nic poza szlachetnymi
apelami. Można jeszcze wydrukować je w książce, żeby ci, co
nie czytają, sobie przeczytali :-)

@DobryAutor

Pół królestwa i ręka księżniczki, dla tego, kto spowoduje, że Polacy
przestaną się rozpraszać i
skupią się na tych choćby kilku
książkach rocznie
.

Toż właśnie to mówię! Tj. że nie sięganie po książkę to dziś wynik
wyboru pewnego stylu życia, a nie sytuacja jak z XIX-wiecznych
powiastek, gdzie biedne dziecko spogląda łakomie na książkę przez
szybę księgarni: chętnie by poczytało, ale nie może…

Apelowanie w
takiej sytuacji do ludzi, żeby jednak czytali, jest tyle warte,
co apelowanie, by małżonkowie się nawzajem kochali i nie zdradzali.
Też szlachetna sprawa i też beznadziejna.
chytrz  - @Andrzej Niesielski   |31.05.2011 17:46:39
Przecież to bzdura. Kto broni wydawcy ustalić cenę e-booka na poziomie
5
złotych, co z VAT da niewiele ponad 6?

na koszt wyprodukowania (wydania) książki składa się wiele rzeczy. Oprócz
druku i papieru, które często stanowią jedynie połowę kosztów,
dochodzi koszt tłumaczenia, redakcji językowej, redakcji naukowej (w
wypadku tłumaczenia literatury naukowej) lub honorarium autorskiego,
koszt składu/łamania i korekty językowej. Są to tylko koszty zmienne.
Do tego dochodzą koszty stałe. 5 zł za nowość? Tłumaczenie 1 arkusza
wydawniczego to koszt nawet do 1000 zł. Powyższy komentarz nie odnosi
się do klasyki, ale chyba nie chodzi o to, żeby wszyscy czytali jedynie
klasykę.



Bariery materialne
w zasadzie nie istnieją, więc z czym tu walczyć?

Istnieją, istnieją.
Brak bibliotek. Mały stopień zinformatyzowania tych
bibliotek. Częsty brak kadr w bibliotekach.
Książki są drogie. W dużej
mierze jest to spowodowane polityką wydawnictw, które nie chcą
drukować książek na tanim papierze, za to bardzo im zależy na ślicznym
wyglądzie. Jednak nie jest to tylko ich wina. Przy polskich
nakładach naprawdę ciężko o niską jednostkową cenę produkcji. Ceny
nowości kształtują się średnio w przedziałach 30-50 zł. To nie jest
mało, szczególnie dla młodych ludzi. Dla upartego nic trudnego, można
pożyczyć (chociaż nowości w bibliotekach jak na lekarstwo, nie mówiąc już
o nowościach z socjologii, filozofii czy medycyny, w przypadku
beletrystyki zazwyczaj jeden egzemplarz na bibliotekę). Chciałem kiedyś
pożyczyć Górę duszy we Wrocławiu - nie znalazłem. Ale chyba nie chodzi o to, żeby dostęp do
darmowych książek mieli tylko ludzie uparci i mole książkowe.

Na Allegro i
w księgarniach taniej książki klasyka i wiele książek wydanych
w
ostatnich latach jest dostępnych w cenie kilku złotych.

Wg mnie nieprawda. Czarodziejka z Florencji, Czekając na turka, Cząstki elementarne - nic z tych pozycji za kilka złotych nie znalazłem.

Ale nie wierzę, że jakakolwiek "akcja"
coś zmieni (poza wpisem w CV
organizatorów akcji).

Pomijając złośliwość tego, co w nawiasie, to niech Pan wyjaśni skąd się
biorą różnice w poziomach czytelnictwa w różnych krajach.
Geny? Zabory? Komuna? Czy poziom czytelnictwa może tylko spadać? Wiem,
że pewnego pułapu nie przeskoczymy. Podobnie jak z paleniem. Liczba palaczy
spadła w wielu krajach prowadzących intensywne kampanie antynikotynowe
do ok. 20%, by w tym momencie stracić impet. Jednak warto walczyć o
wzrost poziomu czytelnictwa. Każda zmiana na lepsze w tym wypadku jest
wiele warta.

Toż właśnie to mówię! Tj. że nie sięganie po książkę to dziś wynik
wyboru
pewnego stylu życia

No i co z tego? Trzeba próbować zmieniać tryb życia młodych ludzi (również
poprzez edukowanie ich rodziców). Względem sportu, nauki,
czytania, etc. Poprzez szkołę, programy edukacyjne, organizacje
młodzieżowe i pozarządowe, etc. Uważa Pan, że tego typu działania, jakie
proponuje Beata Stasińska nie mają na nic wpływu?

pozdrawiam
Andrzej Nasielski  - Odpowiedź   |01.06.2011 04:14:05
@chytrz

To, co Pan pisze, to nieporozumienie.

Mowa jest o
zachęcaniu do czytania ludzi, którzy niczego, albo prawie niczego nie
czytają, a Pan zwraca uwagę, że na Allegro nie można kupić za parę
złotych "Cząstek elementarnych". Jeśli ktoś nic nie czyta, to
ma potworne zaległości, więc dostęp do supernowości oraz modnych tytułów
nie jest w jego wypadku pierwszą potrzebą. Także dostęp do niebywale
zaopatrzonych bibliotek. Wystarczy najzwyklejsza. Oraz to, co można dostać
na Allegro i w taniej książce. Nie mówiąc o internecie, w którym za
darmo można czytać już całą klasykę. Legalnie. A nielegalnie to 3/4 tego,
co dusza zapragnie.

Co mają koszty druku, papieru itp. do wydania
e-booka, nie pojmuję. Jeśli wydawca po kilku latach od wydania papierowego
wypuszcza na rynek wersję elektroniczną, to jak najbardziej mogłaby
ona być skalkulowana na poziomie kilku złotych. Koszty wydania
elektronicznego są bliskie zeru (dziś do drukarni idzie przecież
plik pdf)

Uważa Pan, że tego typu działania, jakie proponuje Beata Stasińska nie mają
na nic wpływu?


Mają wpływ znikomy, w granicach błędu statystycznego. Mniej więcej
taki, jaki mają kazania w kościołach na zmniejszenie liczby rozwodów.
hajota   |01.06.2011 18:55:14
@ Andrzej Nasielski

To nie takie proste z tą ceną e-booków. Prawa autorskie
na to pole eksploatacji są o wiele droższe niż na książkę papierową. Polecam
dyskusję z forum Książki http://goo.gl/5wT4b gdzie wypowiada się osoba mająca w
tym rozeznanie.
Andrzej Nasielski  - Odpowiedź   |01.06.2011 19:41:20
@hajota

Proszę mnie nie rozśmieszać. Nie ma czegoś takiego jak sztywna
stawka za "prawa autorskie na to pole eksploatacji". Autor może się
zgodzić na dowolną stawkę. Jeśli nie ma szans na dodruk papierowy, a wydawnictwo
zaproponuje mu dodatkowy tysiąc złotych, to czemu miałby się nie zgodzić?

Ale
jeszcze raz przypominam, że nie rozważamy tu cen i dostępności najmodniejszych
nowości, sposobów zaspokojenia wyrafinowanych gustów czy też specyficznych
naukowych potrzeb itp. itd. Mówimy o dostępności szerokiej (ale podstawowej)
oferty dla ludzi, którzy czytają niewiele albo wcale.
chytrz  - @Andrzej Niesielski   |01.06.2011 20:09:17
Co do kosztów, to tak jak pisałem powyżej. Papier i druk to często tylko połowa
kosztów zmiennych. Koszt przygotowania pdfa do druku (w sensie złamania) to
koszt nawet kilku tysięcy złotych przy książce 250 stron format B5. Do tego
przed przygotowaniem pdfa pracuje autor, tłumacz, redaktor i korektor, też nie
za darmo. I jeszcze raz jak wyżej, koszty stałe - biuro, ludzie itp. To wszystko
naprawdę wpływa na cenę.

Co do poziomu książek i zachęcania do czytania, to
tutaj nie dojdziemy do porozumienia;] Uważam, że przy odpowiednim zachęcaniu
młodzieży do czytania, po pierwsze, zwiększy się ilość ludzi młodych,
sięgających po książkę, po drugie, wraz z biegiem czasu będą sięgać po coraz
ambitniejsze pozycje. Po prostu moim zdaniem kazanie w kościele nie ma wiele
wspólnego z prowadzeniem kampanii pro czytelniczych.

pozdrawiam
Andrzej Nasielski  - Odpowiedź   |01.06.2011 21:34:10
@chytrz

Koszt przygotowania pdfa

Co też Pan opowiada! Przecież dziś jeśli istnieje wydanie papierowe, to
ten pdf też już istnieje! Żadnych dodatkowych kosztów NIE MA! Czy Pan
naprawdę tego nie rozumie? Niech Pan zerknie na te reklamowe fragmenty
pdf-ów, które KP prezentuje w ofercie swoich książek.

Uważam, że przy odpowiednim zachęcaniu młodzieży do czytania

Proszę wybaczyć, ale to tylko szlachetne pustosłowie. Gładki ogólnik,
którym można "rozwiązać" dowolny problem. Np.
"przy odpowiednim zachęcaniu młodzież będzie grzeczna oraz
przestanie przeklinać i brać narkotyki"
chytrz  - @Andrzej Niesielski   |02.06.2011 00:40:12
Po pierwsze, mi nie chodzi o koszt przygotowania e-booka, kiedy jest gotowa
wersja drukowana, ale o koszt wytworzenia książki. Oczywiście, że koszt
przygotowania pliku, który jest przed obróbką DTP, do wersji e-book jest niski.
Jeżeli mówimy o klasyce, to oczywiście, że ten koszt i w efekcie cena nie będą
tak wysokie jak w przypadku nowej publikacji. Podobnie koszt e-booka nie będzie
taki jak koszt wersji papierowej. Jednak, to nie znaczy , że wydawnictwa w
Polsce stać na wydawanie e-booków za 5 zł. Z powodów różnych kosztów, których
nie będę wymieniał po raz kolejny. Rozwiązaniem tej sytuacji mogłoby być przy
niewielkich inwestycjach publikowanie klasyki w formie elektronicznej np. przez
Bibliotekę Narodową, czy też inną instytucje podległą Ministerstwu Kultury. Nie
rozumiem, dlaczego jakiekolwiek prywatne wydawnictwo, miałoby wziąć się za
przygotowywanie e-booków książek, które następnie będzie sprzedawać/dystrybuować
prawie za darmo. Z dobrego serca?

Pustosłowie? Nie do końca. O wszystkim można
tak powiedzieć. Przecież ja nie piszę o inżynierii dusz, czy czymś podobnym.
Jeśli są kraje, gdzie poziom czytelnictwa jest wyższy niż w Polsce, to dlaczego
nie możemy starać się o to by go podnieść? Bo nie? To jest dopiero pustosłowie.


Pozdrawiam
Andrzej Nasielski  - @chytrz   |02.06.2011 14:41:55
wydawnictwa w Polsce stać na wydawanie e-booków za 5 zł.

Jeśli ten e-book tak czy owak już istnieje (jako skład do wersji
papierowej), to puszczenie go na rynek po kilku latach, gdy nakład
papierowy się już wyczerpie, zawsze będzie zyskiem.
Także reklamowym.


Rozwiązaniem tej sytuacji mogłoby być przy niewielkich inwestycjach
publikowanie klasyki w formie elektronicznej np.
przez
Bibliotekę Narodową


Przecież to już istnieje. Darmowe i całkowicie legalne zasoby polskich
bibliotek cyfrowych to ponad pół MILIONA pozycji

to dlaczego nie możemy starać się o to by go podnieść? Bo nie?

Konkretny argument. Jedna z bibliotek, z których często korzystam, robiła
jakiś czas temu akcję upowszechniania czytelnictwa: różne tam gabloty
z "reklamami" książek, pogadanki w szkołach itp. Trwałe
rezultaty (w sensie napływu nowych czytelników oraz wzrostu wypożyczeń) są
właśnie w granicach błędu statystycznego. Nie wiem, jaki był koszt
akcji, bo wszyscy bali się podać konkretne dane i odsyłali "wyżej".
Ale nawet ostrożnie licząc to kilkadziesiąt książek w zbiorach MNIEJ.
Rezultat jest więc taki, że ci, co nie czytają, dalej nie czytają, a ci, co
jeszcze czytają, mają mniej do czytania.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.06496 Seconds