|
Kampania wyborcza to okres podsumowań rządzącej ekipy, które mogą pomóc głosującym w podjęciu decyzji – lepiej niż spoty straszące, kto pójdzie na wybory, a kto nie. W przypadku polityki narkotykowej trudno jednak rządowi Donalda Tuska wystawić jednoznaczną cenzurkę, bo istotne nowelizacje prawa narkotykowego były dwie, i to całkiem odmienne.
Zaczęło się fatalnie, choć nie jesteśmy pewni, czy tzw. ustawa dopalaczowa zasługuje na tak łagodne określenie. Przypomnijmy: „dopalaczami” w rządzie Tuska nie interesował się właściwie nikt (a przynajmniej nie w wiadomy dla opinii publicznej sposób), dopóki media nie rozpętały paniki. Czytając nagłówki artykułów, można było odnieść wrażenie, że młodzież truje się jakimś paskudztwem kupowanym legalnie od zdemoralizowanych handlarzy śmiercią. To, że w tzw. dopalaczach były niebezpieczne substancje, jest domniemaniem graniczącym z pewnością. Problem polega jednak na tym, że sklepy z „legalnymi narkotykami” – przepraszamy: „przedmiotami kolekcjonerskimi” – działały dzięki luce prawnej, którą nikt w sposób rozsądny nie chciał się zająć.
Jedynym pomysłem było rozszerzanie listy substancji zakazanych, co skutkowało zastępowaniem w dopalaczach wielu składników pochodzenia roślinnego bardziej szkodliwymi syntetykami. To tworzyło poważne zagrożenie dla użytkowników: każdy wiedział, do czego dopalacze służą, ale w razie kłopotów nikt nie wiedział, jak ludzi ratować, bo skład był nieznany. Z tego dokładnie powodu wciąż nie wiemy na pewno, co było powodem wszystkich rzekomych zatruć dopalaczami – substancje w nich zawarte, alkohol, tradycyjne narkotyki czy mieszanka części bądź wszystkich tych składników.
Gdy dopalacze stały się medialne, Donald Tusk przywdział ostrogi i powiedział, że służby państwowe będą działać „na granicy prawa”. I faktycznie, legalność akcji zamykania sklepów z dopalaczami pozostaje dyskusyjna. Gorzej, że w tej samej atmosferze stworzono nowelizację ustawy, która jest zwyczajnym bublem prawnym. Z jednej strony definicja „środków zastępczych” – czyli „dopalaczy” – jest na tyle szeroka, że może pod nią podpaść szklanka wody z kranu. Z drugiej zaś nowelizacja kompletnie ignoruje kwestię sprzedaży dopalaczy w internecie: tam sklepy działają nadal. Sukces, jakim było zamknięcie sklepów w „realu”, okazał się więc dość krótkotrwały.
Lekarze w Łodzi twierdzą, że od czasu słynnej akcji liczba osób trafiających do szpitali z powodu zatrucia dopalaczami się nie zmniejszyła. Jeśli te substancje były faktycznie tak groźne i uzależniające, to jaka logika pozwalała ustawodawcy twierdzić, że po delegalizacji ludzie przestaną być od nich uzależnieni? W praktyce rząd osiągnął tylko tyle, że zamiótł problem pod dywan. Nie zadał najważniejszego pytania: z czego wynikała popularność dopalaczy? Niestety, brak danych epidemiologicznych na temat liczby osób zażywających syntetyczne narkotyki może być tykającą bombą, na której wybuch nie będziemy przygotowani. Negatywne skutki obecnych rozwiązań będą znane dopiero za kilka lat.
Szkody wynikające z przyjęcia przez Polskę takich rozwiązań nie zamykają się w granicach naszego państwa. Przychylnym okiem spogląda bowiem na nie rząd rumuński. Walka z nowymi narkotykami syntetycznymi jest też jednym z priorytetów polskiej prezydencji w Unii Europejskiej, choć doświadczenie mówi, że proces delegalizacji kolejnych substancji jest kosztowny i nieskuteczny – producenci zawsze będą o kilka kroków przed organami ścigania.
Zupełnie inaczej sprawa ma się z drugą istotną nowelizacją ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii – wyczekiwaną i potrzebną liberalizacją prawa dotyczącego posiadania narkotyków na własny użytek. Nad ustawą pracowano długo. Zaczęto jeszcze za Zbigniewa Ćwiąkalskiego, który zebrał sztab ekspertów oceniających efekty poprzedniej legislacji i przygotowujących rekomendacje. Za liberalizacją lobbowało wiele organizacji pozarządowych, w tym Krytyka Polityczna. Efekt ponad dwuletnich prac jest zadowalający. Tylko i aż.
„Tylko”, bo zgodnie z nowym prawem prokurator będzie mógł – a nie musiał – odstąpić od ścigania osoby złapanej po raz pierwszy na posiadaniu niewielkiej ilości narkotyków na własny użytek, jeśli ukaranie byłoby niecelowe. Taki zapis nie rozwiązuje, po pierwsze, problemu nękania użytkowników przez policję ani, po drugie, nie daje jasnych wytycznych dotyczących tego, jakie ilości są „niewielkie”. Polska Sieć Polityki Narkotykowej przygotowała tablicę wartości granicznych, która niestety przepadła w sejmowych głosowaniach. Dodatkowo nieznaczną liberalizację okupiono niekoniecznie potrzebnym podniesieniem minimalnych wyroków za handel narkotykami. Najpewniej nie wpłynie to na ilość sprzedawanych na ulicach narkotyków i nie zniechęci od parania się dilerką, a jedynie obciąży budżet państwa kosztami odsiadek osób złapanych na handlu.
„Aż”, bo nowe prawo jest odstąpieniem od dominującej wcześniej logiki, że za przestępstwa narkotykowe można tylko podnosić kary. Ciepłe słowa należą się również za to, że choć były ku temu sprzyjające okoliczności (pamiętne wystąpienia posłów PiS w Sejmie), ani rząd, ani posłowie PO nie dali się zaszantażować i pociągnęli sprawę. A przypomnijmy, że to właśnie w trakcie prac nad ustawą wybuchła sprawa z dopalaczami. Jeśli (jeśli! – liczymy tutaj na rozsądek prokuratorów) nowy przepis będzie dobrze wykorzystywany, to część posiadaczy i użytkowników uniknie niepotrzebnych odsiadek i kontaktów z machiną sądowniczą.
Prawdą jest, że różne organizacje włożyły ogromy wysiłek, by sprawa nie utknęła w sejmowej zamrażarce. Ale prawdą jest również to, że w Ministerstwie Sprawiedliwości patrzono na tę nowelizację przychylnym okiem. Tę niewielką liberalizację traktujemy jako pierwszy krok ku tworzeniu lepszej – mniej represyjnej, skuteczniejszej i mającej realistyczne cele – polityki narkotykowej. Szkodliwą „ustawę dopalaczową” z kolei jako ostrzeżenie, że nie możemy być pewni, że zmiany prawne pójdą w pożądaną stronę.
Norweski kryminolog Nils Christie pisał o „dogodnych wrogach” – kozłach ofiarnych, dzięki którym władza legitymizuje swoje istnienie. Jednym z takich kozłów ofiarnych były przez długi czas narkotyki. Obawiamy się, że teraz ich miejsce mogą zająć dopalacze. Problem polega jednak na tym, że walcząc z dogodnymi wrogami, władza walczy z realnymi ludźmi. W przypadku narkotyków i dopalaczy są to przede wszystkim użytkownicy, osoby, którym należy pomóc – jeśli tej pomocy potrzebują – lub zostawić je w spokoju.
Dlatego należy dalej pracować nad dobrymi rozwiązaniami. I tu pojawiają się dwa pytania: czy PO, jeśli wygra wybory, będzie chętna do pociągnięcia sprawy? A jeśli przegra, to czy ktokolwiek inny będzie gotów zająć się tym drażliwym tematem?
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...