NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Smoleński: Symbol zwichniętej demokracji Drukuj
Jan Smoleński   
03.06.2011

W centrum Plaza de Bolivar znajduje się pomnik Simona Bolivara, który wyzwolił tereny dzisiejszej Kolumbii, Wenezueli, Ekwadoru i Panamy spod panowania hiszpańskiej Korony. El Libertador stoi tyłem do zamykających plac od południa Kongresu (siedziby parlamentu) i pałacu prezydenckiego. W północnowschodnim rogu placu znajduje się Muzeum 20 lipca. Tego dnia w 1810 roku próbowano ogłosić w tym budynku niepodległość. Część z rewolucjonistów została rozstrzelana podczas rekonkwisty w 1816 roku na skwerku – dziedzińcu szkoły imienia św. Bartłomieja. Szkoła, założona przez jezuitów, wykształciła wiele osobistości kolumbijskiego życia publicznego. Od muzeum oddziela ją katedra – symbol wciąż bardzo silnej władzy Kościoła katolickiego na tych terenach.

Skwerek nosi dzisiaj imię Camilo Torresa. Warto wspomnieć tę postać. Był katolickim księdzem wykształconym na Katolickim Uniwersytecie w Leuven w Belgii. Na Universidad Nacional w Bogocie zakładał katedrę socjologii. Lewicowym zaangażowaniem politycznym zraził do siebie wielu członków kolumbijskiego rządu i hierarchów Kościoła katolickiego, ale też zyskał miano praojca teologii wyzwolenia. Torres powiedział kiedyś, że „gdyby Jezus dzisiaj żył, byłby partyzantem” – a potem sam wstąpił do guerilli ELN (Armii Wyzwolenia Narodowego), kiedy uznał, że słowami już nic więcej nie osiągnie. Zginął podczas pierwszej potyczki z oddziałami rządowymi. Jego portret znajduje się naprzeciwko wizerunku Che Guevary przy wejściu na Universidad Nacional. W tej części świata to właśnie to lewicowa wrażliwość mobilizowała wielu duchownych do walki o prawa najuboższych przeciw okrutnym prawicowym dyktaturom lub po prostu władzy pieniądza. Teologia wyzwolenia nie spotkała się jednak z aprobatą Jana Pawła II, który uważał ją za marksistowskie odchylenie i nieuprawnione polityczne nadużycie ewangelii (w przeciwieństwie do rzekomo „apolitycznego” Opus Dei).

Po północnej stronie placu znajduje się Pałac Sprawiedliwości, siedziba kolumbijskiego Sądu Najwyższego. Pałac Sprawiedliwości został zniszczony podczas bogotazo, krwawych zamieszek, które wybuchły po zabójstwie kandydata na prezydenta Jorge Eliécera Gaitána z partii liberalnej w 1948 roku. Podczas starć zginęło od 3 do 5 tys. osób. Zamieszki przekształciły się w dziesięcioletnią wojnę domową zakończoną rozejmem między liberałami a konserwatystami i porozumieniem, które zablokowało innym ugrupowaniom możliwość wejścia do parlamentu. Część liberalnych partyzantów, w tym Manuel Marulanda, późniejszy długoletni przywódca FARC (Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii), uznała, że walka musi trwać dalej, bo porozumienie zawarto kosztem najuboższych. Tak zaczęła powstawać potęga FARC i ELN, lewackich partyzantek wiejskich, które w pewnym okresie kontrolowały niemal połowę kraju, a w latach 80. zastępowały instytucje państwa w zapewnianiu usług i infrastruktury.

Po raz drugi Pałac zniszczyło wojsko, gdy „odbijało” gmach z rąk miejskiej partyzantki M-19 w 1985 roku. Podczas walk zginęło ponad 100 osób – w tym wszyscy partyzanci oraz 11 z 25 sędziów Sądu Najwyższego. Według oficjalnej wersji wydarzeń M-19 zaatakowało budynek Sądu, by zniszczyć akta swoich członków i akta Pablo Escobara, barona narkotykowego, od którego rzekomo partyzanci mieli otrzymywać pieniądze, oraz by uniemożliwić podpisanie umowy ekstradycyjnej z Stanami Zjednoczonymi. Badania balistyczne wykazały jednak, że pożar w Pałacu najpewniej wznieciły wojskowe rakiety wystrzelone w stronę budynku. To nie jest jedyna niejasność. Po akcji okazało się, że 11 osób, które przeżyły masakrę, „zniknęło”, a jeden z sędziów, który zginął, został podpalony żywcem. Głośno nikt nic nie powiedział, ale tajemnicą poliszynela było, że niektórzy żołnierze zostali opłaceni przez kartele narkotykowe i wielkich właścicieli ziemskich.

Po roku 2000 wznowiono śledztwo w sprawie brutalnej akcji wojska. Jego wyniki wskazywały na armię jako sprawcę „zniknięć”. W 2010 roku dowódca akcji „odbicia” Pałacu Alfonso Plazas został skazany za to na 30 lat więzienia. W międzyczasie M-19 złożyło broń i weszło do legalnego życia politycznego. Jednym z byłych partyzantów jest należący do partii Polo Democratico Gustavo Petro, senator, który ujawniał skandale związane z urzędowaniem byłego prezydenta Alvaro Uribe, w tym powiązania wielu polityków i wojskowych z paramilitares i narkobiznesem. Warto wspomnieć, że również część działaczy FARC chciała w połowie lat 80. wejść do legalnej polityki. Nie mieli jednak tyle szczęścia co M19 – gdy żegnali się z karabinem i wychodzili z ukrycia, byli mordowani. Od 2 do 4 tys. członków Unii Patriotycznej zamordowali paramilitares, egzekutorzy narkobiznesu i agenci służb specjalnych. Tak więc fiaska późniejszych rządowych negocjacji z FARC nie można tłumaczyć jedynie uzależnieniem partyzantów od narkodolarów.

Do Polo Democratico należy również zawieszony niedawno burmistrz Bogoty Samuel Moreno. Siedziba burmistrza miasta znajduje się po zachodniej stronie placu Simona Bolivara. Urzędowanie Moreno skończyło się wielkim skandalem korupcyjnym. Okazało się, że z kasy miejskiej wyparowała okrągła sumka przeznaczona na inwestycje w komunikację w tej ośmiomilionowej, wiecznie zakorkowanej metropolii. Praca przy jednych rozkopanych arteriach się wlecze, przy niektórych całkiem stoi, ponieważ nie ma środków na jej kontynuację. Skandal korupcyjny w Bogocie był głośną sprawą, ale sami Kolumbijczycy przyznają, że w skali kraju to raczej wierzchołek góry lodowej.

Plaza de Bolivar jest miejscem protestów. Gdy wchodziłem na plac pewnego czwartkowego ranka, odbywała się tam demonstracja biednych emerytów. Poubierani w powyciągane marynarki i poplamione spodnie, domagali się prawa do godnej starości i śmierci i apelowali do prezydenta o działania w ich sprawie. Na dzień później zwołano demonstrację w sprawie okupacji terytoriów palestyńskich przez Izrael. Na placu można też zobaczyć jednoosobowe pikiety ludzi domagających się osądzenia „terrorystów z FARC” lub ukarania morderców z prawicowych bojówek. Mury okolicznych budynków i cokół pomnika Wyzwoliciela noszą ślady niedawnych protestów przeciwko komercjalizacji edukacji wyższej: napisy „edukacja = rozwój” lub bardziej dosadne, choć ogólne: „gówniany rząd” oraz sierpy i młoty sąsiadują ze znaczkami anarchii i przekreślonymi swastykami.

Fakt, że w drugiej połowie XX wieku nie było w Kolumbii okrutnej dyktatury wojskowej, czyni z tego kraju wyjątek w Ameryce Łacińskiej. Kolumbia jest dumna ze swej długiej demokratycznej tradycji. Może się więc wydawać, że Plaza de Bolivar to hyde park, symbol wolności obywatelskiej, dowód zwycięstwa liberalno-demokratycznych sposobów rozładowywania konfliktów społecznych, triumf politycznego liberalizmu nad ekstremizmem. Dlaczego jednak 23-letni syn byłego parlamentarzysty kolumbijskiego stara się trzymać jak najdalej od polityki? Czy na pewno tylko dlatego, że taty nigdy nie było w domu? Dlaczego jego przyjaciel pracujący dla rządowej agendy, która zajmuje się przyznawaniem ubogim kredytów – działaniem przynajmniej na poziomie założeń godnym pochwały – mówi wprost: polityka to gówno?

Oczywiście historia Kolumbii nie jest pasmem samych nieszczęść – dzięki akcjom społecznym poprzedniego burmistrza stolicy miasto jest bezpieczniejsze, a sytuacja najbiedniejszych lepsza. Zwyczajem stało się zamykanie ulic Bogoty co weekend dla samochodów, by mieszkańcy mogli cieszyć się jazdą na rowerze, niemożliwą w codziennym szaleńczym ruchu ulicznym. Trwa ogólnokrajowa akcja nadawania tytułów własności ziemi uchodźcom wewnętrznym, wygnanym ze swych domów przez paramilitares, guerille lub wojsko niszczące uprawy koki. Obecny prezydent Juan Santos, choć jest delfinem związanego z paramilitares i narkobiznesem, umoczonego w nielegalne egzekucje Alvaro Uribe, stara się – przynajmniej w retoryce – od swego poprzednika zdystansować.

Plaza de Bolivar nie jest jednak symbolem nadziei. To fasada instytucji demokratycznych działających na peryferiach kapitalizmu, gdzie demokracja jest dla tych, których na nią stać oraz ich klientów. Podobnie odbywające się tu demonstracje nie są dowodem na siłę obywatelskiego zaangażowania – a jedynie wyrazem bezsilności słabych, ich frustracji i głosem, który nie dociera do uszu możnych.

  

plaza_bolivar.jpg

[fot. lickr.com (cc) szeke]

  

  

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 05.06.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Powered By PageCache
Generated in 0.45499 Seconds

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: unable to connect to :80 (php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known) in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273