|
Wśród do niesień o powstaniu w Egipcie dość niezauważenie przemknęła informacja, że ceny żywności na rynkach światowych biją rekordy. Zgodnie z wyliczeniami FAO ceny nasion do wyrobu oleju, zbóż, nabiału, mięsa i cukru rosły nieprzerwanie przez całą drugą połowę 2010 roku. Obecnie ceny żywności są wyższe niż w 2008 roku, kiedy na tym tle doszło do zamieszek w 30 krajach. Polskie media, zainteresowane głównie wygodą polskich turystów, nie wgłębiały się zanadto w przyczyny obecnych zamieszek. Jedyny łączący te dwa fakty komentarz, jaki znalazłem w polskiej prasie, autorstwa Krystyny Naszykowskiej, również nie wychodził poza komfort Europejczyków. To prawda, że zamieszki w Tunezji i Egipcie, a wcześniej jeszcze w Algierii wywołały rosnące ceny jedzenia. Naszykowska twierdzi, że z powodu braku Wspólnej Polityki Rolnej Unia Europejska uzależniła ceny żywności od kaprysów pogody. To tylko część prawdy i to ta mniejsza. Światowy kryzys żywnościowy 2011, zapowiedziany już przez FAO, ma swoje przyczyny historyczne i gospodarcze.
Susza tu, powódź tam
Istnieje duża pokusa, by winę za wysokie ceny żywności zrzucać na czynniki „obiektywne”. Pozwala to bogatej Północy zapomnieć o swoich grzechach, dzięki którym może sobie pozwolić na egzotyczne owoce w supermarketach oraz oceniać biedne Południe z poczuciem wyższości. Doskonałym przykładem takiego myślenia jest artykuł Lestera Browna w „Foreign Policy”. Zdaniem Browna za nadchodzący kryzys odpowiada przeludnienie, zwłaszcza w państwach z szybko rozwijającym się przemysłem, takich jak Indie lub Chiny. Jego zdaniem docieramy już do granicy, poza którą Ziemia nie będzie w stanie wyżywić więcej ludzi. Ta granica jest skutecznie przesuwana w dół przez mieszkańców Indii i Chin, którzy zjadają coraz więcej mięsa, do którego produkcji używa się roślin uprawnych, tym samym podnosząc zapotrzebowanie na zboża do pasz. Żeby oddać Brownowi sprawiedliwość, nie ocenia on tego negatywnie, jednak w kontekście całego artykułu, wymowa jest jasna. Kraje rozwijające się nie radzą sobie z ograniczaniem przyrostu naturalnego, a „stabilizacja populacji” jest zdaniem Browna warunkiem koniecznym uniknięcia gorszych kryzysów w przyszłości. Innymi ważnymi czynnikami są erozja gleby i oddawanie ziem uprawnych pod rozwój infrastrukturalny miejsko-przemysłowej oraz braki wody do nawadniania pól. Do tego dochodzi rozwój biopaliw, zmiany klimatyczne powodujące podnoszenie się poziomu wód i zalewanie terenów uprawnych oraz techniczna granica wysokości zbiorów z danego obszaru. To wszystko, zdaniem Browna, przyczynia się do niedoborów żywności.
Problem z maltuzjańską z ducha diagnozą Browna polega na ukrytym założeniu, że na Ziemi faktycznie brakuje jedzenia. Sprawa wygląda jednak inaczej. Przyrost produkcji żywności jest szybszy niż przyrost naturalny na globie. Jedzenia brakuje tylko biednym, zwłaszcza z globalnego Południa, dla których kryzys żywnościowy nie skończył się w 2008 roku i zaczął się dużo, dużo wcześniej. I głównych winnych za ten stan rzeczy można wskazać – to międzynarodowe instytucje finansowe, korporacje i spekulanci.
Rynek pomoże?
Przyczyn obecnej sytuacji należy szukać w Zielonej Rewolucji i liberalizacji gospodarczej lat 80. i 90. Zielona Rewolucja była okresem gwałtownego rozwoju technologii rolniczych, które pozwoliły na zdecydowane zwiększenie zbiorów. Polegała ona na mechanizacji rolnictwa, użyciu nowoczesnych technik nawadniania, nawożenia oraz rozwoju nasion, z których hodowano żywność. W latach 1950-1984, gdy zmiany technologiczne rewolucjonizowały rolnictwo na całym świecie, produkcja samych zbóż wzrosła o 250 proc. Część badaczy twierdzi, że bez Zielonej Rewolucji ludzkość nie byłaby w stanie się wyżywić w epoce gwałtownego przyrostu naturalnego, Ale jej ocena nie jest jednoznaczna. Obok zwiększenia ilości produkowanej żywności doprowadziła ona do koncentracji ziemi w rękach zamożniejszych rolników i korporacji, a szerokie użycie nawozów sztucznych doprowadziło do chemizacji żywności. Niektórzy twierdzą, że wielkoobszarowe uprawy monokulturowe doprowadziły do naruszenia bezpieczeństwa żywnościowego, ponieważ głównym celem wielkich farm nie była produkcja na rzecz lokalnych społeczności, tylko eksport. Stosowane na wielkoobszarowych uprawach wysokowydajne odmiany roślin co prawda zapewniają większe plony, ale są bardziej podatne na choroby. Nie można pominąć również skutków ekologicznych takich upraw – monokultury przyczyniają się do szybkiego jałowienia ziemi.
Poważne problemy zaczęły się wraz z liberalizacją gospodarczą lat 80. i 90. Po kryzysie zadłużenia kraje rozwijające się zostały zmuszone do przyjęcia drastycznych planów cięć w wydatkach publicznych. Tzw. programy dostosowania strukturalnego przewidywały otwarcie lokalnych rynków na import, cięcia w wydatkach publicznych i w zatrudnieniu w sektorze publicznym oraz prywatyzację. Rządy miały całkowicie przedefiniować politykę gospodarczą, w szczególności rolniczą. Celem nie było już zapewnienie bezpieczeństwa żywnościowego przez dopłaty do nasion, nawozów oraz skup plonów, tylko spłata kredytów otrzymanych od Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Banku Światowego. Zapewnieniem żywności miała zająć się niewidzialna ręka rynku, a w praktyce bogata Północ. Do bólu szczery w tej kwestii był amerykański sekretarz w departamencie rolnictwa John Block, który w 1986 roku stwierdził, że „pomysł, aby kraje rozwijające się same się żywiły, to anachronizm rodem z minionej epoki. Lepiej zapewniłyby sobie żywność, polegając na amerykańskich produktach rolniczych, w większości przypadków tańszych”.
Obcięcie dotacji na rolnictwo połączone z otwarciem rynku doprowadziło do katastrofy na lokalnych rynkach rolniczych. Drobni chłopi z krajach rozwijających się nie mieli szans w konkurencji z silnie subsydiowaną żywnością z krajów rozwiniętych i masowo bankrutowali. Migrując do miast w nadziei znalezienia pracy, zasilali slumsy i miejskie rzesze bezrobotnych, którzy tracili pracę w upadającym przemyśle lub sektorze publicznym. W teorii wycofanie się państwa z rolnictwa miało otworzyć drogę lokalnemu sektorowi prywatnemu. W praktyce jednak tak się nie stało. Najwyraźniej sektor prywatny uznał, że wycofanie się państwa za bardzo podnosi ryzyko. W puste miejsce weszły korporacje, które produkowały nie na rynek lokalny, lecz na eksport a poza tym miały jeszcze ciekawsze pomysły na zarabianie kosztem lokalnych społeczności. Koncern Cargill w Indiach udzielał chłopom pożyczek. Warunkiem ich otrzymania było przerzucenie się z tradycyjnych odmian ryżu na ryż genetycznie modyfikowany zapewniany przez Cargill. Pierwsze nasiona chłopi otrzymali za darmo, ale następne już nie. Problem w tym, że chłopi nie mieli już starych odmian ryżu i byli podwójnie zależni od Cargilla – musieli spłacać kredyty i kupować nasiona. Większość z nich bardzo szybko zbankrutowała i musiała oddać ziemię Cargillowi.
Jednak nie pomoże
Tragicznym przykładem prymatu ideologii nad rzeczywistością było afrykańskie państwo Malawi. W 1998 i 1999 rząd rozpoczął program wydawania pakietów darmowych nasion i nawozów drobnym rolnikom. Dzięki tym programom to niewielkie państwo produkowało żywność na potrzeby swoje. Pod naciskiem doradców m.in. z Banku Światowego rząd wycofał się z tych programów. Produkcja kukurydzy spadła z 2,4 miliona ton w 1998 roku do 1,4 w 2001 roku. MFW nalegał, by rząd sprzedał strategiczne rezerwy zboża, by krajowa agencja rolnicza mogła uregulować długi. Doprowadziło to do klęski głodu, w której życie straciło 1,5 tys. osób. UNICEF ogłosił w 2002 roku, że 65 tys. dzieci było niedożywionych. Sytuacja zaczęła się poprawiać dopiero od 2005 roku, gdy władze Malawi z powrotem wprowadziły programy darmowych nasion i nawozów. W 2007 roku Malawi produkowało 3,4 miliona ton kukurydzy. Mimo niezbitych dowodów na skuteczność tego rodzaju polityki, urzędnicy Banku Światowego uważali je za błędne, ponieważ brakowało w nich punktu dotyczącego wycofania subsydiów w przyszłości…
Malawi to niejedyny przykład przeciwskuteczności neoliberalnych recept. Gdy w 1994 roku Filipin negocjował wstąpienie do Światowej Organizacji Handlu, rządowi ekonomiści wspomagani przez „ekspertów” z Banku Światowego przekonywali, że spadek w hodowli zbóż skompensuje hodowla produktów o wysokiej wartości dodanej (brokułów, szparagów oraz ciętych kwiatów), a rynek stworzy pół miliona miejsc pracy w sektorze rolniczym. Obietnice te nie spełniły się, a zatrudnienie w rolnictwie spadło o prawie pół miliona w ciągu siedmiu lat. Meksyk, również w 1994 roku, podpisał ze Stanami Zjednoczonymi traktat NAFTA, który zobowiązywał rząd meksykański do wycofania wszelkich subsydiów rolniczych. W efekcie subsydiowana żywność z USA zalała meksykański rynek, wpędzając krajowe rolnictwo w chroniczny kryzys, a państwo z eksportera kukurydzy stało się jej importerem. Od 1994 roku dwa miliony chłopów meksykańskich opuściło swoje gospodarstwa i zasiliło miejskie slumsy. W 2008 roku dziesiątki tysięcy demonstrantów wyszły na ulicę protestować przeciwko sześćdziesięcioprocentowej (!) podwyżce cen tortilli, odpowiednika naszego chleba. Afryka jako kontynent również była eksporterem żywności. Obecnie musi importować 25 proc. żywności konsumowanej na kontynencie.
Oczywiście za wysokimi cenami żywności stoją również zmiany klimatyczne, klęski żywiołowe, takie jak pożary w Rosji w 2009 roku lub ostatnia powódź w Australii, czy epidemia HIV/AIDS w krajach afrykańskich, która zmniejsza podaż siły roboczej, która mogłaby zająć się produkcją żywności. Jednak przyczyny nadchodzącego (a faktycznie trwającego) kryzysu żywnościowego są strukturalne, nie losowe.
Inny rodzaj towaru i inny rodzaj rynku
Zwolennicy urynkowienia jako remedium na światowe problemy często stwierdzają, że problem nie leży w liberalizacji rynków na globalnym Południu, lecz ciągłym interwencjonizmie w krajach globalnej Północy, zwłaszcza w USA i Unii Europejskiej. Faktycznie, w 2008 roku subsydia wynosiły 40 proc. wartości produkcji rolnej w UE i 25 proc. w Stanach. Obecne wysokie ceny żywności zawdzięczamy spekulacji.
Gdy świat przechodził Zieloną Rewolucję i gwałtownie zwiększał produkcję rolną, sposobem na utrzymanie stabilności cen żywności były kontrakty krótkoterminowe. Dzięki nim, rolnicy (głównie z krajów rozwiniętych) mogli ustalać ceny na żywność z wyprzedzeniem, by móc zaplanować uprawy i hodowlę. W międzyczasie liberalizacja sektora finansowego, głównie w USA, doprowadziła do tego, że kontraktami krótkoterminowymi na żywność zajęli się spekulanci, między innymi fundusze emerytalne. W przeciwieństwie do rolników, nie zależało im na stabilności cen, ale na ich gwałtownym – nawet jeśli krótkotrwałym – wzroście. Programy dostosowania strukturalnego doprowadziły kraje rozwijające się do uzależnienia od importu taniej żywności z Północy. Jednak z czasem „tania żywność z Północy” stawała się droga, gdy ceny wywindowali spekulanci. Problem w tym, że wraz ze wzrostem cen żywności, rosły ceny nasion i nawozów, co uniemożliwiało odtworzenie rodzimego rolnictwa na potrzeby lokalne.
Jak przekonuje David Moberg w tekście dla „Mother Jones”, żywność nie jest zwykłym towarem, ale towarem absolutnie koniecznym do przeżycia. W najbiedniejszych krajach pożera nawet dwie trzecie dochodu narodowego. Produkcja rolna jest dla ogromnej rzeszy chłopów nie tylko źródłem zarobku, ale również sposobem życia, który wpływa na ochronę lub degradację środowiska oraz definiuje życie wielu kultur. Wielkoobszarowe uprawy monokulturowe nie tylko oznaczają rabunkową eksploatację ziemi i zasobów wodnych, skutkując erozją gleby, zmianami w ekosystemach oraz wycinką lasów pod kolejne uprawy, ale też osobistymi tragediami małorolnych chłopów, którzy nie wytrzymują konkurencji z gigantami. Szacuje się, że w Indiach około 150 tys. chłopów popełniło samobójstwa, nie mogąc utrzymać się z pracy na roli.
Suwerenność żywnościowa = bezpieczeństwo żywnościowe
Do niedawna jedynym prawomocnym rozwiązaniem problemów żywnościowych Trzeciego Świata była mechanizacja rolnictwa w krajach globalnego Południa. Krytycy tego rozwiązania twierdzą, że zyski w większości trafiłyby dla międzynarodowych gigantów rolniczych, natomiast korzyści dla społeczeństw krajów rozwijających się byłyby wątpliwe. Alliance for Green Revolution in Africa, inicjatywa Fundacji Billa Gatesa i Fundacji Rockefellera, postuluje właśnie takie rozwiązanie. Być może przemawiają przez nią jak najlepsze chęci, jednak nie jest ona wolna od konfliktu interesów. W pierwszej połowie 2010 roku Fundacja Gatesów zakupiła akcje Monsanto – międzynarodowego giganta sprzedającego nasiona – za 23,1 miliona dolarów.
Alternatywnym pomysłem na rozwój rolnictwa w krajach globalnego Południa jest koncepcja suwerenności żywieniowej promowana przez międzynarodowy ruch Via Campesina. Suwerenność żywnościowa proponuje, by każdy kraj miał autonomię w wyznaczaniu swojej polityki żywnościowej i rolnej. Via Campesina twierdzi, że aby móc utrzymać stabilność cen i bezpieczeństwo żywnościowe, należy promować nie wysoko zmechanizowane rolnictwo przemysłowe, lecz drobną produkcję rolną. O ile jeszcze w 1996 roku, gdy ruch po raz pierwszy użył pojęcia suwerenności żywieniowej, mogło to się wydawać majaczeniem pogrobowców Che Guevary z południowoamerykańskiej dżungli, o tyle obecnie coraz trudniej tę koncepcję ignorować. W 2008 roku podczas International Assessment of Agricultural Knowledge, Science and Technology for Development (IAASTD), międzynarodowej konferencji zorganizowanej przez ONZ i Bank Światowy w Johannesburgu, powstał raport, który stwierdzał wprost, że narody i suwerenne państwa powinny móc demokratycznie określać swoją politykę rolną i żywieniową oraz powtarza diagnozę Via Campesina – dla ograniczenia głodu państwa powinny inwestować w drobne rolnictwo, nie zaś w uprawy przemysłowe. Również w 2008 roku Ekwador wpisał suwerenność żywnościową do swojej Konstytucji. Zaczęto tworzyć prawo, które rozwija konstytucyjny przepis zakazując stosowania organizmów modyfikowanych genetycznie oraz zniechęcając do upraw monokulturowych. Po latach neoliberalnej dominacji wiatr zaczyna wiać w drugą stronę.
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...