|
Powstanie przeciwko Kadafiemu, bodaj najdłużej panującemu satrapie XX wieku, trwa od pół roku i po zdobyciu przez powstańców Trypolisu właściwie już wiadomo, że proces obalania starej władzy się skończył. Bombardowania i ataki sił wiernych Kadafiemu są najpewniej ostatnimi podrygami upadającego tyrana, choć niczego nie można jeszcze wykluczyć, także użycia broni masowego rażenia przeciwko rebeliantom. Patrząc na uradowane twarze powstańców świętujących zdobycie stolicy Libii, mam jednak mieszane uczucia.
Wobec samego Muammara Kadafiego żywię co najwyżej obrzydzenie, ale przykład Iraku uczy, że nie wystarczy obalić dyktatora. Na tym polegała moralna – i nie tylko – porażka wszystkich, którzy w dobrej wierze poparli inwazję na kraj Saddama Husajna. Oczywiście świat bez zbrodniarza, który używa gazu musztardowego przeciwko własnym obywatelom, jest lepszym światem, należy jednak pamiętać o kosztach jego obalenia i skutkach: stworzeniu poligonu dla Al-Kaidy, grabieżczej prywatyzacji usług i zasobów naturalnych w Iraku oraz haniebnych naruszeniach praw człowieka przez „wojska koalicji” (żeby przypomnieć torturowanych w Abu Ghraib).
Zatem po chwilach zasłużonej euforii z powodu obalenia paskudnego reżimu przychodzi czas, by zadać kilka trudnych pytań. Od odpowiedzi na nie zależeć będzie, czy powstanie w Libii nazwiemy rewolucją, czy tylko długim zamachem stanu. Innymi słowy, są to pytania o to, kto ustali reguły panujące w nowym porządku i jaka będzie rzeczywistość po powstaniu. I dlatego właśnie nie możemy jeszcze odetchnąć z ulgą.
Moje wątpliwości budzi kilka rzeczy. Przede wszystkim, w Libii właściwie nie ma struktur państwowych. Całkowita zapaść instytucjonalna państwa i rozbuchane tożsamości klanowe pozwalały Kadafiemu skutecznie utrzymywać się u władzy. Korzystając z zasady „dziel i rządź”, dyktator, choć nie sprawował oficjalnie żadnych funkcji państwowych, mógł niepodzielnie władać krajem. Trzymając rękę na zyskach z ropy, obdarowywał lojalnych i zasypywał pieniędzmi kontestatorów, a zbyt głośnych krytykom zamykał usta w inny sposób.
Pamiętajmy też, że z władzy Kadafiego korzystała również Europa. Kadafi obiecał, że będzie trzymał u siebie wszystkich tych, którzy chcieli się nielegalnie przeprawić do Unii Europejskiej. I obietnicy tej w okrutny sposób dotrzymywał. Czy Europa, w której nasilają się brunatne nastroje (od regularnego faszyzmu ludzi pokroju Andersa Breivika, przez źle ukierunkowane frustracje „ciemnogrodu”, po „racjonalnie umotywowany” rasizm kulturowy klasy średniej), powita z otwartymi rękami władzę, która odmówi budowania na swoim terytorium obozów dla imigrantów?
Problemem jest również trudna do oceny skala udziału NATO w obaleniu satrapy. Wydaje się ona większa, niż pokazywały media. Wiadomo, że rezolucja ONZ autoryzująca operację w Libii była bardzo szeroka i pozwalała właściwie na otwartą wojnę Sojuszu przeciwko Kadafiemu, z czego Sojusz chętnie korzystał. Nie wiadomo natomiast, czy kraje NATO zaopatrywały powstańców w broń. Odpowiedź ministra Sikorskiego (a raczej jej brak) na pytanie, czy Polska przekazywała broń, daje do myślenia. Jeśli tak się działo, to skutki tego posunięcia mogę być dla Libijczyków dramatyczne. Broń po wojnach domowych nie znika, pozostaje w rękach tych, którzy z niej strzelali. W historii krajów, które przeszły przez krwawe wojny domowe, powtarza się często jeden motyw: po zakończeniu walk zdemobilizowane i zdemoralizowane oddziały zamieniają się w zwykłe bandy żyjące z gwałtu i rabunku, czasem też z przemytu narkotyków. Tak się stało w Gwatemali, tak się stało też w Nikaragui, gdzie właściwie połowa terytorium kraju jest poza kontrolą. Nie wiem, czy w Libii schemat ten się powtórzy, wojna domowa była bowiem relatywnie krótka. Niebezpieczeństwo takie jednak istnieje.
Zachodni komentatorzy, obserwując jakiekolwiek niepokoje w świecie arabskim, zazwyczaj zadają pytanie, czy przypadkiem nie wyniosą one do władzy islamistów, bo to oni mają być największym zagrożeniem dla demokracji na świecie. Taka możliwość w przypadku Libii rzeczywiście istnieje i jest groźna zwłaszcza z powodu broni chemicznej i rudy uranu znajdujących się w arsenałach Kaddafiego. Taka forma pytania zdradza jednak antydemokratyczne resentymenty tych, którzy je zadają. W podtekście bowiem zawsze czai się pragnienie, by rządził „nasz”, choćby i sukinsyn (demokratyczny Zachód ma za sobą bardzo długą historię uzasadniania w ten sposób poparcia dla okrutnych dyktatur).
Stawianie sprawy w ten sposób przesłania prawdziwy problem, zakłada bowiem, że przeszkoda dla libijskiej demokracji czy samostanowienia leży wyłącznie wewnątrz Libii: w meczetach, gdzie radykałowie snują plany utworzenia kalifatu. Tymczasem przykłady Iraku i Afganistanu oraz samej Libii sprzed powstania uczą, że zagrożenie może czaić się na zewnątrz, w gabinetach, gdzie zachodni „doradcy” planują przyszłość udręczonych społeczeństw.
Istnieje ryzyko, że gdy Libijczycy będą lizać rany po krwawym konflikcie, państwa, które przyszły im z „bratnią pomocą”, skorzystają z chaosu w kraju. Niewykluczone, że interwencja NATO w Libii nie była wymierzona tylko przeciwko Kadafiemu, ale miała też na celu uzyskanie kontroli nad potencjalnie rewolucyjnym wydarzeniem i sprowadzenie go w koleiny dobrze opisane w Doktrynie szoku: otwarcie na nieograniczoną prywatyzację, gdy zainteresowani nie mają czasu ani siły, by się jej przeciwstawić.
Libijskie surowce – przede wszystkim ropa, ale też woda, której w Libii jest właściwie tylko jedno źródło – oraz usługi publiczne (cokolwiek mówić o Kadafim, zafundował swoim podwładnym publiczną, bezpłatną opiekę zdrowotną) są łakomym kąskiem dla ponadnarodowych koncernów. Kraj bez struktur państwowych, rozdarty przez waśnie klanowe i zniszczony przez półroczną wojnę domową jest łatwym celem dla takiej narzuconej „modernizacji”. Udział państw NATO w wojnie może być wykorzystywany jako argument – „przecież wam pomogliśmy, gdyby nie my, nigdy by wam się nie udało”.
W tym kontekście kluczowe jest to, czy wojna przeciwko Kadafiemu ukonstytuowała w Libii autentyczny lud – podmiot polityczny gotowy utworzyć nowy porządek, czy była jedynie reakcją na zbrodnie ancien régime’u. Jeśli Libijczycy nie stali się takim ludem, zachodni „doradcy” będą mieli ułatwione zadanie. Oczywiście globalizacja kapitału skutecznie ogranicza dzisiaj suwerenność wszystkich państw. Staje się ona po części iluzją – wymogi globalnej konkurencyjności są często ważniejsze niż preferencje obywateli. Jest to jednak iluzja konieczna, by w ogóle mówić o demokracji.
Dlatego tak ważne jest, by w kwestiach podstawowych, w tak kluczowym momencie konstytuowania się nowego ładu Libijczycy podejmowali decyzje sami za siebie. Chodzi o samodzielny wybór przedstawicieli w nowych władzach (a nie namaszczenie ich przez Zachód), wybór podstawowych zasad regulujących życie gospodarcze (a nie narzucenie ich przez MFW), takich jak podział zysków z ropy, czy szeroko pojętą politykę społeczną (w tym usługi publiczne czy ochronę zdrowia). Inaczej dyktatorską władzę Kadafiego zastąpi nowa, może mniej okrutna, ale równie – jeśli nie bardziej – wyalienowana od społeczeństwa libijskiego.
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...