NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Smoleński: Kolumbia rozlicza się z przeszłością (2) Drukuj
Jan Smoleński   
14.06.2011

Czytaj pierwszą część tekstu Jana Smoleńskiego: Kolumbia rozlicza się z przeszłością (1)

W 1998 roku prezydentem Kolumbii został Andres Pastrana, który wznowił negocjacje z FARC. Zarazem, aby udobruchać USA, zwrócił się do nich o pomoc w walce z przemysłem narkotykowym i coraz głębiej zanurzoną w nim partyzantką. Teoretycznie celem przyjętego wtedy „Planu Kolumbia” miało być niszczenie upraw koki i zastępowanie ich uprawami alternatywnymi, by w ten sposób odciąć guerille od źródeł finansowania, oraz przejmowanie kontroli nad krajem przez armię rządową. Praktyka jednak wyglądała nieco inaczej. Namawianie chłopów do uprawy bananów czy innych roślin przy braku infrastruktury pozwalającej im te produkty sprzedać mijało się z celem. Tych, których mimo wszystko udało się przekonać, skutecznie zniechęcano „przypadkowym” niszczeniem upraw – fumigacje były na tyle nieprecyzyjne, że zabójcze dla roślin chemikalia spadały nie tylko na niszczone krzewy koki. Wielu chłopów musiało migrować, żeby znaleźć miejsce, w którym mogli żyć i uprawiać cokolwiek. Plan, który miał zapewnić alternatywny rozwój, ostatecznie okazał się mocno zmilitaryzowany. Kolumbia jest najważniejszym odbiorcą amerykańskiej pomocy wojskowej na zachodniej półkuli i drugim na świecie po Izraelu. Pomoc militarna w stosunku do rozwojowej zdecydowanie wzrosła za prezydentury George’a W. Busha Krytycy mówią, że w „Planie Kolumbia” nie chodziło wcale o kokę, tylko o zniszczenie FARC i ochronę amerykańskich inwestycji naftowych w tym kraju, które partyzantka regularnie atakowała.

bogota_thaiz_mm.jpgW 2001 roku negocjacje w FARC się załamały. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie zależy od tego, do kogo się pała większą niechęcią. Krytycy partyzantki mówią, że rozmowy padły, bo zbyt dobrze jej było w narkobiznesie. Z początku guerilla bardzo niechętnie mieszała się w narkotyki i ograniczała do zbierania „podatku” od producentów. Uważała to za zło konieczne, by zdobyć pieniądze na kontynuowanie walki. Z czasem jednak wsiąkała w narkobiznes coraz bardziej – zaczęła ochraniać szlaki przerzutowe i laboratoria, w których przetwarza się liście koki w pastę kokainową, a pastę w biały proszek. Według krytyków FARC, gdy Pastrana rozpoczął negocjacje, członkostwo w partyzantce było już zajęciem zbyt zajęciem opłacalnym, by je tak łatwo porzucić. FARC przez trzy lata funkcjonowały w strefie zdemilitaryzowanej, gdzie miały faktyczną władzę i mogły korzystać z niej przy produkcji i szmuglu kokainy. Krytycy rządu przypominają z kolei o masakrze Unii Patriotycznej i współpracy prawicowej ekstremy z wojskiem i tajnymi służbami.

Tak czy inaczej, poparcie dla FARC zaczęło w tym czasie sukcesywnie spadać. Potyczki z wojskiem i oddziałami paramilitarnymi, coraz częstsze ataki na ludność cywilną i fakt, że partyzanci coraz rzadziej pełnili swoją dawną funkcję – zastępowania państwa tam, gdzie w konflikcie słabych z potężnymi stawało ono po stronie tych drugich – sprawiły, że prawicowa retoryka antypartyzancka spotykała się z coraz większym rezonansem. Było w tym też dużo politycznej gry – zbliżały się wybory prezydenckie i łatwo było użyć karty „antypastranowskiej”, przekonując, że negocjacje z „narkoterrorystami” nie mają sensu.

Kolumbię z taką historią odziedziczył w 2002 roku Alvaro Uribe. Wygrał dzięki hasłom rozprawienia się z terrorystami i zyskał tym sympatię George’a W. Busha i amerykańskich neokonserwatystów. Uribe miał za sobą studia na prestiżowych uczelniach, ale w jego polityce było widać twardą rękę wielkiego posiadacza ziemskiego z Antioquii, a nie subtelnego intelektualistę z prawniczym wykształceniem. Większość swej politycznej kariery spędził w partii liberalnej, ale gdy ubiegał się o urząd prezydenta, stworzył własną formację, La U. W jego podejściu do konfliktu w Kolumbii widać było uprzedzenia klasowe i środowiskowe. Postanowił zdecydowanie rozprawić się z FARC, a uznawanym nawet przez USA za terrorystów paramilitares umożliwić – za cenę kilku aresztowań – przejście do legalnej polityki. FARC nie były dla niego partnerem do rozmów, w przeciwieństwie do zamieszanych w zasadzie od początku w narkobiznes paras.

Uribe przedstawiał demobilizację AUC jako jeden ze swoich wielkich sukcesów. Według rządowych informacji do 2008 roku 30 tys. członków grup paramilitarnych złożyło broń. 14 najważniejszych szefów prawicowych bojówek poddano ekstradycji do USA. Prawo było jednak tak skonstruowane, że o ile szefowie faktycznie trafiali do więzienia, o tyle struktury pozostawały nietknięte. Zresztą sami paramilitares nie mogli dojść do porozumienia, czy chcą zalegalizować swoje fortuny i działalność polityczną, czy jednak pozostać w podziemiu. Spór w tej kwestii skończył się dla Carlosa Castaño tragicznie – zginął z ręki płatnego zabójcy najętego przez swojego brata. Oddziały paramilitarne odrodziły pod innymi nazwami (np. Aguilas Negras, Czarne Orły) i zyskały w mediach nowe miano - bacrim (od bandas criminales).

Rzekomy sukces demobilizacji wygląda jeszcze bardziej podejrzanie z perspektywy skandalu parapolityki (nazwa pochodzi od połączenia słów paramilitares i polityka), jaki wybuchł w 2005 roku. Wyszło wtedy na jaw, że kilkudziesięciu ówczesnych członków kolumbijskiego parlamentu siedzi w kieszeniach paramilitares. Gazeta „El Tiempo” ujawniła, że w 2001 roku politycy, wojskowi i dowódcy milicji podpisali tajny dokument nazwany Paktem z Ralito, mówiący o „nowym fundamencie dla Kolumbii”. Według doniesień dziennika „El Espectador” jeden z dowódców paramilitares chciał dzięki temu zainstalować w instytucjach politycznych lojalnych wobec siebie ludzi i w ten sposób przejąć realną władzę, najpierw w nadmorskim regionie karaibskim, a docelowo w całej Kolumbii. Władze na tyle przestraszyły się całą sprawą, że wszyscy sygnatariusze Paktu zostali aresztowani.

Skandal parapolityki nie ograniczał się jednak tylko do Paktu z Ralito – do 2008 roku wobec 51 kongresmenów wysuwano podejrzenia, że są reprezentacją polityczną oddziałów paramilitarnych. 29 z nich oczekiwało na procesy w aresztach. W skandalu parapolityki nie chodziło o zwykłą korupcję, symbioza była dużo głębsza. Politycy dzięki poparciu prawicowych bojówek zyskiwali głosy (oddziały często zmuszały ludzi do głosowania na „swoich” kandydatów), w zamian gwarantując im polityczny parasol. Uribe tłumaczył się, że odpowiedzialność kryminalna jest sprawą indywidualną, a oskarżenia dotyczą wydarzeń sprzed jego rządów. Aresztowanie w związku ze skandalem Mario Uribe Escobara, kuzyna prezydenta, mogło rzeczywiście być przypadkiem. Trudno jednak uznać za przypadek fakt, że sam Carlos Castaño twierdził, że Uribe to kandydat paramilitares.

Skandal parapolityki przykrył inną sprawę z czasów prezydentury Uribe – aferę falsos positivos, która wypłynęła w 2008 roku. W bezwzględnej walce z „narkoguerillą” prezydentowi pomogła krótka pamięć obywateli, prorządowe nastawienie głównych mediów (m.in. niemal wszystkich kanałów telewizyjnych i gazety „El Tiempo”, której współwłaścicielem był Santos) oraz wydarzenia z 11 września 2001 roku. Na fali antyterrorystycznej histerii do jednego worka wrzucano Al-Kaidę, palestyński ruch narodowowyzwoleńczy, AUC i wszelkie lewicowe partyzantki. Do tego w 2003 roku w jednym z ekskluzywnych klubów w Bogocie wybuchła bomba, zabijając cywili. Odpowiedzialność wzięły na siebie FARC. Klimat sprzyjał więc szeryfom twardą ręką rozprawiającym się ze złoczyńcami. Gdy w 2006 roku stanowisko ministra obrony objął Santos, rząd zaczął jeszcze bardziej zdecydowanie walczyć z partyzantką. Jedną z metod był system nagród dla armii, które zależały od liczby zabitych członków grup zbrojnych. W teorii nie chodziło o zabijanie guerilleros, ale wszystkich członków grup zbrojnych – z prawa i z lewa. W praktyce sprawa wyglądała zupełnie inaczej: długa historia współpracy armii i prawicowych oddziałów paramilitarnych przesądzało o tym, w kogo rozporządzenie było wymierzone. Za każdy sukces – positivo – w postaci martwego bojownika oficerowie otrzymywali bonusy w wysokości 3,8 mln pesos (ponad 5,7 tys. złotych). Okazało się jednak, że niektóre sukcesy były fałszywe – falso. Armia, często we współpracy z paramilitares, porywała cywilów i mordowała ich, twierdząc, że to partyzanci z FARC. Organizacje praw człowieka szacują, że zabito w ten sposób ponad 3 tys. osób.

W samej Kolumbii ludzie boją się o tej sprawie rozmawiać. Ci, którzy domagają się prawdy zbyt nachalnie – giną. Przed śmiercią uciekł znany dziennikarz kolumbijski Daniel Coronell, krytyk rządu Uribe. Zdecydował się na emigrację, gdyż otrzymywał telefony i maile z pogróżkami, a jego córce do przedszkola przywieziono wieniec nagrobny. Znający sytuację w Kolumbii mówią, że Coronellowi pomogło to, że był znany. Mniej szczęścia mają lokalni dziennikarze, nie mówiąc o zwykłych ludziach.

Pierwsze prawo o ofiarach powstało jeszcze za prezydentury Uribe, jednak ten je zdecydowanie odrzucił. Twierdził, że zrównuje ono żołnierzy broniących interesu państwa z terrorystami. Dlaczego w takim razie zajął się nim Santos?

Zwolennicy Santosa mówią, że Uribe to twardogłowy prawicowiec, który pragnął tylko władzy. Coś w tym jest. Uribe próbował obejść konstytucyjne ograniczenia i wystartować na prezydenta po raz trzeci. Powstrzymała go od tego decyzja Sądu Najwyższego. Uribe pochodzi z regionu i ze środowiska, w którym trzeba było być twardym. Wielcy właściciele ziemscy byli przyzwyczajeni do tego, że państwo realizuje (siłą) ich interesy. Dlatego jako prezydent Uribe również stawiał na siłę, a nie na dyplomację. Santos z kolei, choć należy do tej samej partii, to ideowy liberał. Pochodzi z bogotańskiej klasy wyższej, jest po najlepszych amerykańskich uniwersytetach i docenia dyplomację. Zdaje sobie sprawę, że prawo o ofiarach, a zwłaszcza sformułowanie „konflikt zbrojny”, jest konieczne, by rozwiązać konflikt z FARC i innymi lewicowymi guerillami. To pierwszy krok. Daje szansę na polityczne uznanie ofiar, którymi – mówią kolumbijscy liberałowie – są również zamordowani członkowie Unii Patriotycznej i ofiary krwawego szturmu, jakiego w 1985 roku wojsko dokonało na okupowany przez partyzantkę M-19 Pałac Sprawiedliwości.

Krytycy Uribe i Santosa zgadzają się, że tych dwóch polityków różni styl, jednak nie wierzą w tak dramatyczną różnicę ideologiczną między nimi. Santos był ministrem obrony za rządów Uribe i nie wiedział o falsos positivos? – pytają znacząco. Według nich polityka Santosa ma jedynie nowe opakowanie; odmienna jest retoryka, działania – takie same.

Santos, gdy mówił o więzieniu dla siebie i Uribe, nie stwierdził po prostu, że trafią za kraty. Powiedział, że obaj skończą w La Picota, gdzie odsiadują wyroki paramilitares, guerilleros i politycy uwikłani w nielegalne działania, od łapówek po konszachty z prawicowymi milicjami. Wygląda na to, że Santos stara się delikatnie dystansować od Uribe. Podczas pierwszej kampanii prezydenckiej Uribe pojawiły się dowody na to, że jest związany z narkobiznesem. Dysponowali nimi Amerykanie. Dowody te „zniknęły” z debaty publicznej, gdy w sąsiedniej Wenezueli nie powiódł się pucz przeciwko Chavezowi. Całkiem niedawno jednak, już po wyborach prezydenckich w 2010 roku, pracownicy ambasady USA, na uwagi o powiązaniach Uribe z narkobiznesem i paramilitares, zaczęli odpowiadać, że „wiemy, kim jest Uribe”.

Czyżby Santos przeczuwał, że wypłynie więcej skandali z czasów prezydentury jego poprzednika i chciał się jakoś zabezpieczyć? Niezależnie od jego prawdziwych intencji przyjęcie prawa o ofiarach jest przyznaniem przez władze, że w walce z partyzantkami naruszały prawa człowieka. A ostatnie 50 lat historii Kolumbii to konflikt zbrojny, w którym nikt nie był niewinny.

  

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 15.06.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.02535 Seconds