Karol El Kashif, urodzony w Polsce pół-Egipcjanin, prowadził na warszawskim Mokotowie aptekę. Osoby zajmujące się pracą z zakażonymi HIV i chorymi na AIDS mówią, że była to jedna z nielicznych aptek, która szybko łatwo sprowadzała potrzebne leki. Z apteki chętnie korzystali mieszkańcy dzielnicy, bo była jedną z tańszych w okolicy. Miesięczne obroty przedsiębiorstwa wynosiły około 1 mln złotych. Dzisiaj El Kashif musi zwolnić 20 osób i stoi na skraju bankructwa.
Sprawa El Kashifa jest nie tylko historią jednostkowej krzywdy, ale pokazuje logikę peryferyjnego kapitalizmu, w którym władza nie reprezentuje społeczeństwa, lecz jest od niego wyalienowana.
Spór o lokal
Zaczęło się od sporu o lokal, w którym El Kashif prowadził aptekę. Prawie sto metrów kwadratowych aptekarz wynajmował od właściciela lokali jubilerskich Pawła Zgirskiego, Zgirski z kolei wynajmował pomieszczenia od miasta. El Kashif płacił Zgirskiemu 25 tys. złotych miesięcznie, z czego biznesmen oddawał miastu tylko 5. W pewnym momencie Zgirski postanowił otworzyć przy Puławskiej 10 salon jubilerski. Choć Zgirski podnajmował lokal nielegalnie, urzędnicy uznali, że prawo złamał nieumyślnie i zgodę od władz dzielnicy otrzymał w ekspresowym tempie.
Przeszkodą była tylko apteka El Kashifa. Pod koniec października 2009, pojawił się w niej z radnym PO i asystentem posła Tadeusza Rossa (o czym wtedy El Kashif jeszcze nie wiedział) Pawłem Dulskim. Jak wynika z nagrania zrobionego przez El Kashifa, Dulski mówił wtedy, że aptekarz ma przez weekend „wypierdalać” i że trzeba „postawić mu [El Kashifowi] nad głową kata i niech go ten kat katuje”.
Po tej wizycie El Kashif prosił o pomoc władze Mokotowa, prezydent Warszawy, zgłosił się również do posła Tadeusza Rossa. Bez rezultatu. Natomiast w grudniu ub. r. burmistrz Mokotowa Jan Rasiński (PO) otrzymuje z biura posła Rossa podpisany przez niego list wstawiający się za Zgirskim. Teraz Ross tłumaczy się, że sprawy nie pamięta, bo zajmował się nią jego asystent.
W styczniu wynajęci przez Zgirskiego ochroniarze wymienili w lokalu zamki i zajęli cały dobytek firmy: lekarstwa (w tym psychotropowe i narkotyki, na których przechowywanie biznesmen nie miał zezwolenia), kasy fiskalne, wszystkie dokumenty, monitoring i komputery z m. in. danymi wrażliwymi El Kashifa. Część dokumentów już wyciekła do internetu. El Kashif zwracał się z prośbą do policji o zabezpieczenie mienia. Policja prośbę zignorowała i jego majątek wywieziono. - Nie mogę rozliczyć się z moimi dostawcami, więc rosną mi długi. Nie mogę zapłacić podatków, opłacić ubezpieczeń. Leki niedługo się przeterminują. Właściwie powinienem ogłosić upadłość – mówi El Kashif.
Aptekarz domagał się w prokuraturze nakazu zwrotu mienia. Cztery z 18 komputerów El Kashif odzyskał niedawno. Co z resztą sprzętu i lekami? Nie wiadomo. - Gdy chciałem się dowiedzieć, dlaczego to wszystko tak długo trwa, usłyszałem, że powinienem się cieszyć, że w ogóle coś w mojej sprawie zrobiono – opowiada aptekarz. - Niedawno przypadkiem dowiedziałem się, że moją sprawę nadzoruje prokurator, która otrzymała od gminy lokal.
Gazem w jednoosobową pikietę
Wysłał pismo do ministerstwa sprawiedliwości, w którym żalił się na swoją sytuację. Gdy pismo pozostało bez odpowiedzi, zdecydował się na ostrzejszą formę walki o swoje prawa. 3 czerwca przykuł się do bramy Ministerstwa Sprawiedliwości i rozdawał przechodniom informacje na temat swojej sprawy. - Ludzie po przeczytaniu rozdawanych przeze mnie materiałów podchodzili i mówili, że mam rację – opowiada El Kashif.
Aptekarz miał zgodę na prowadzenie pikiety przez sto dni. 4 czerwca jednak pod bramą go już nie było. W nocy przyjechali funkcjonariusze policji i przy użyciu siły odkuli go od bramy. - Tłumaczyłem, że pikieta jest zgłoszona, że mam prawo tam stać. Gdy zorientowałem się, że za nic mają moje konstytucyjne prawa i będą mnie usuwać siłą, ostrzegłem, że mam HIV – opowiada El Kashif. - Wtedy potraktowano mnie gazem. Przez kilka godzin nic nie widziałem. - Na komisariacie usłyszałem, że jako „arabus” mogę sobie protestować pod konsulatem w Kairze. I że powinienem się cieszyć, że nie potraktowano mnie jak „tego Nigeryjczyka”.
W protokole jako powody zatrzymania podano „zakłócenie miru domowego” (nie można zakłócić miru domowego publicznego budynku?) i obawę matactwa. Zarzuty te były tak absurdalne, że El Kashif wyszedł z zarzutem czynnej napaści na policjanta. Jak miał gryźć i drapać będąc skutym i zagazowanym? Póki policja nie ujawni nagrania z zatrzymania, pozostanie to tajemnicą.
Aptekarz twierdzi, że nie ma już nic do stracenia. W poniedziałek rozpoczęła się kolejna pikieta, którą El Kashif zgłosił na sto dni. Tym razem - przeciwko brutalności policji. Funkcjonariusze próbowali nie dopuścić do tego, by aptekarz przykuł się po raz kolejny, jednak w obecności mediów nie zastosowali. W zeszłym tygodniu El Kashif otrzymał pismo zakazujące pikiet. W uzasadnieniu czytamy, że zgłoszenie jest nieważne, gdyż „art. 1 ust. 2 posługuje się terminem wyrażenie stanowiska, nie zaś wyrażanie, a więc ustawodawca przewidział jednorazową czynność artykulacji stanowiska zgromadzonych, co z natury rzeczy ma ograniczone ramy czasowe”. Zakaz jest nieważny, bo brakuje na nim podpisu prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz.
Hybris elit i alienacja władzy
Oprócz ewidentnych nieprawidłowości w prowadzeniu postępowań czy podejrzenia korupcji, jest jeszcze kilka kwestii, o które trzeba zapytać: dlaczego usunięto El Kashifa spod Ministerstwa? Kto i dlaczego wydał takie polecenie? Skandaliczne zachowanie policji nadaje sprawie pikanterii, wobec winnych należy wyciągnąć konsekwencje, ale nie powinno to przesłonić podstawowego pytania: kto za taką decyzję odpowiada. Dlaczego, mimo że zgłosił kolejne pikiety, ktoś stara się je mu uniemożliwić? Dlaczego sprawę El Kashifa i Zgirskiego nadzoruje prokurator, która jakiś czas temu otrzymała od gminy lokal mieszkalny?
Do złudzenia przypominający korupcję powiązania przedstawicieli władz Mokotowa z przedsiębiorcami nie są tylko sprawą lokalną. Mało który kraj jest wolny od korupcji, jednak zjawiska, z jakim mamy do czynienia Polsce nie można ograniczyć jedynie do chciwości polityków. Jest ono raczej związane z defektami polskiej demokracji. Takie patologiczne zjawiska obnażają podskórną logikę peryferyjnego kapitalizmu w polskim wydaniu. Hybris politycznych i finansowych elit mogła się rozwinąć, gdy politykę sprowadzono do sprawowania władzy nad przetrąconym latami PRL i stanem wojennym społeczeństwem. Sprawa El Kashifa pokazuje, że nasz peryferyjny kapitalizm jest kapitalizmem kolesiów. A za pozornie neutralnym językiem procedur urzędniczych stoi kompletny brak wrażliwości społecznej: wyalienowana władza w swych decyzjach nie bierze pod uwagę interesu społecznego.
Na podobny temat
|
"Czekam, aż szambo-bomba (bomba w...
Pani Kingo, powiem Pani szczerą prawd...