Michał Sutowski: Tuż po katastrofie pod Smoleńskiem Piotr Zaremba sugerował w radiowej Trójce, że oto mamy do czynienia z „wyraźnym przesunięciem sił na rzecz rządzącej koalicji”. Inni głosili później tezę o „dekapitacji obozu IV RP”. Tymczasem już w piątek prof. Bronisław Łagowski zapowiadał coś dokładnie przeciwnego. Jego zdaniem wybory może wygrać Jarosław Kaczyński lub jakiś inny reprezentant PiS, i możemy mieć do czynienia nawet z powrotem do projektu IV RP, niewykluczone, że w zradykalizowanej formie. Czy rzeczywiście tak jest, że dzięki chwilowemu uniesieniu zbiorowemu możliwe jest wywrócenie sceny politycznej o 180 stopni?
Aleksander Smolar*: Nie podzielam tezy profesora Łagowskiego, chociaż mamy tu wiele elementów niepewności. Skutki tragicznej śmierci, jej wpływ na świadomość zbiorową w polskiej kulturze politycznej – mogą być zupełnie nieprzewidywalne, to prawda. I nie wykluczam też, że Jarosław Kaczyński zdecyduje się na kandydowanie, choć w żadnym wypadku nie jest rzeczą pewną, czy on czysto psychicznie jest dziś w stanie temu podołać. Dla niego, ze względu na takie symbiotyczne, ścisłe związki z bratem, to musiała być niezwykła tragedia.
Nie zmienia to jednak faktu, że kandydat Platformy, Bronisław Komorowski wypada obecnie bardzo blado. Wprawdzie nie popełnia żadnego błędu i zachowuje się w sposób odpowiedzialny, ale kontroluje się do tego stopnia, że właściwie występuje w roli własnego rzecznika, a nie polityka, który dawałby społeczeństwu poczucie bezpieczeństwa i więzi. W tej sytuacji nie mogę wykluczyć, że Jarosław Kaczyński, który w sposób naturalny odbierany jest jako kontynuator i wykonawca testamentu swojego brata, może uzyskać dobry wynik – znacznie powyżej notowań sondażowych, zarówno jego, jak i jego brata. A może nawet, chociaż to mi się wydaje naprawdę nieprawdopodobne, wygrać wybory. Ale nawet wówczas byłby to wynik pewnego szoku, którego charakter możemy zanalizować.
Natomiast nie sądzę, żeby w Polsce nastąpił jakikolwiek regres w kierunku IV RP. W sferze realnej rządziłaby i tak Platforma, i w ciągu roku bez wątpienia wygrałaby wybory. Innymi słowy, mielibyśmy mniej więcej ten styl i cele rządzenia, które znamy dotychczas. Powiem więcej – może nawet z pewną ich radykalizacją. Platforma dotychczas dość oportunistycznie unikała jakichkolwiek decyzji dzielących społeczeństwo – żeby maksymalizować poparcie społeczne. Tymczasem sondaże w sposób oczywisty wskazują, że nastroje społeczne są za daleko idącymi zmianami. Platforma wie, że kontynuacja dotychczasowego stylu rządów byłaby pozbawiona prawomocności. Ten styl można było streścić przy pomocy słów Donalda Tuska: kto mi przyjdzie z projektami ustaw, tego będę wyrzucał z Platformy Obywatelskiej. Podobnie mówił Michał Boni, który jest i tak najbardziej kreatywnym człowiekiem w PO: to jest czas małych kroków, a nie żadnych reform.
Inna sprawa, że PO do dziś unika debaty o reformach, mówi abstrakcyjnie o „modernizacji” Polski, jej szczególnego zapału do zmian nie widać. Zasadniczo nie sądzę, żeby coś się zmieniło, chociaż oczywiście ewentualny wybór prezydenta Kaczyńskiego, tym razem Jarosława, byłby istotnym hamulcem dla wielu projektów Platformy.
Załóżmy, że Jarosław Kaczyński wygrywa. Czy nie mielibyśmy wówczas do czynienia nie tyle z realnym, co raczej symbolicznym podziałem społecznym? Agata Bielik-Robson pisała o podziale na politykę życia i politykę śmierci. To by oznaczało coś zupełnie innego niż podział na „Polskę liberalną” i „Polskę solidarną”, czyli projekty i wizje polityczno-społeczne. Mielibyśmy starcie dwóch wizji ufundowania wspólnotowej tożsamości Polaków.
Ja bym sformułował tezę w jakimś sensie przeciwną. Paradoksalnie, śmierć Lecha Kaczyńskiego może służyć syntezie dwóch kultur polskich. Polska jest dzisiaj krajem tętniącym energią, zmianami, co wszyscy obserwatorzy z zewnątrz dostrzegają. Polska staje się krajem coraz bardziej nowoczesnym. Równocześnie polska kultura, uformowana w czasach zaborów, powstań, różnych nieszczęść – zawiera oczywiście bardzo silne elementy, które można by nazwać atawistycznymi, uformowane przez historię, przez romantyzm, przez kult martyrologii. Teraz nastąpiło swoiste zderzenie, jednak nie sądzę, żeby ono mogło doprowadzić do zablokowania czy wyhamowania tendencji modernizacyjnych, właśnie dlatego, że Polska jest zwrócona ku przyszłości. Nie było przecież sprawą przypadku, że Lech Kaczyński, do którego skądinąd czułem dużo sympatii osobistej, miał tak niskie notowania. Mimo że w ostatnim czasie nie robił nic takiego, co byłoby utożsamiane z IV RP, nie było prowokacyjnych deklaracji ze strony jego brata, nie było żadnego szczucia ani nawet żadnych wątpliwych przedsięwzięć, jak chociażby ostatnia wyprawa do Gruzji. Niemniej jednak dzisiejsza Polska go nie akceptowała, on po prostu należał do innego świata.
Nie przewiduję zatem polaryzacji dwóch typów Polski – Polski śmierci i Polski życia. Powiedziałbym, że będzie wręcz przeciwnie. Może nastąpić zakończenie pewnego rozdarcia, zakończenie sytuacji, w której przeszłość tak straszliwie ciążyła nad świadomością, decyzjami, zachowaniami – zwłaszcza klasy politycznej, w mniejszym stopniu zwykłych Polaków.
Opublikowałem w „Gazecie Wyborczej” artykuł pt. Rosja, Polska i śmierć, w którym formułuję tezę, że Lech Kaczyński może wejść do historii nie tylko jako ofiara tragicznego wypadku, ale również jako kapłan narodowej pamięci. Tyle że paradoksalnie bardziej wpływając na jej kształt nie w Polsce, a w Rosji. Dzięki tragicznemu wypadkowi może się przyczynić do radykalnej zmiany stosunku do przeszłości właśnie tam. Innymi słowy, działa tu reguła nieprzewidywalnych konsekwencji działań – możemy mieć wyniki dokładnie przeciwne od tego, co nasuwają nam telewizyjne obrazy. Bo one faktycznie przypominają archetyp polskich zachowań w sytuacji nieszczęścia, co Agata Bielik-Robson kojarzy z kultem śmierci.
Wspomniany przez pana romantyzm może być przesłanką do bardzo różnych postaw i projektów politycznych, zarówno przyszłościowych, mesjanistycznych, jak i nakierowanych na utopie tradycjonalistyczne. Czym w takim razie miałaby być ta synteza polskiego romantyzmu i nowoczesności, o której pan mówił? Czy to byłaby jakaś wizja konserwatywnej modernizacji?
Ja bym tego nie formułował w kategoriach ideologicznych czy politycznych, a raczej w kategoriach formy tożsamości narodowej Polaków, w której w sposób bardziej zgodny mogą współżyć elementy wywodzące się z silnej tradycji romantycznej i równocześnie zwrócone ku przyszłości. Dopiero na tym tle można by zobaczyć różnicowanie się ideowe wedle podstawowych, tradycyjnych linii podziału, dotyczyłoby ono modelu modernizacji, problemów sprawiedliwości, szeroko pojmowanych praw człowieka i stosunku i wpływu państwa na gospodarkę i strukturę społeczną z jednej strony, z drugiej zaś na mentalność, obyczajowość, kulturę. Natomiast nie wykluczam, że na fundamentalnym poziomie kultury możemy zobaczyć pewną syntezę, którą można by uznać za kreatywną i pozytywną.
Powiedział pan, że Platformie prawdopodobnie pozostanie w rękach władza realna, a w dłuższej perspektywie także symboliczna. Ale być może z punktu widzenia interesu partyjnego PO opłaciłoby się, w sytuacji sukcesywnego zawłaszczania przez nią kolejnych sfer życia publicznego, pozostawienie jakiegoś marginesu opozycji. Czy nie jest tak, że pewne dowartościowanie symboliczne prawicy tradycjonalistycznej, nawet gdyby nie przełożyło się na zwycięstwo wyborcze Jarosława Kaczyńskiego, mogłoby być dla Platformy korzystne?
Jest pewne, że PiS jest bardzo silnym alibi dla PO, że to jest jedno z podstawowych źródeł legitymacji Platformy…
„Widmo kaczyzmu krąży nad Polską”.
…a nie żadne realne osiągnięcia. Ich sukces jest w dużej mierze funkcją dostępnej alternatywy: oni dają spokój ludziom, są przewidywalni, cywilizowani, fundamentalnie respektują prawa obywateli, nie są źródłem permanentnej agresji - ani w słowie, ani w czynach.
W tym sensie istnienie alternatywy, która by przypominała, że w Polsce są wciąż środowiska, które mogą pchać nas ku permanentnej agresji – przynajmniej werbalnej – oczywiście służy Platformie. Podobnie, jak sądzę, służy Platformie cała zawierucha wokół Wawelu.
Oczywiście nie możemy być tego pewni, a to ze względu na bardzo krótki czas do wyborów, na ciężar tej tragedii i tej nieszczęsnej zbitki Katynia sprzed lat siedemdziesięciu z Katyniem dzisiejszym, pokawałkowanych ciał dzisiejszych z tymi pokawałkowanymi resztkami ciał sprzed siedemdziesięciu lat. Na dodatek to się dokonuje na terenie Rosji… To wszystko oczywiście może stworzyć swego rodzaju bombę, kapitał symboliczny, który przy niewątpliwie ogromnym talencie politycznym Jarosława Kaczyńskiego, może mu dać poczucie misji, mistycznej misji, która z kolei może zelektryzować część społeczeństwa. O ile powstrzyma się od charakterystycznej dla niego agresji. O ile nie będzie to tylko odwoływanie się do dziedzictwa, do pamięci heroicznej i będą tam również gesty w stronę Rosjan, nie będzie izolowania się od sąsiadów.
Natomiast wykluczam, że jego partia mogłaby wygrać wybory. Jest zbyt anachroniczna, nie ma rezerw, tam jest trochę ciekawych ludzi, ale jej baza społeczna jest taka, że PiS kompletnie odstaje od ewolucji Polski. Kraj ewoluuje gdzie indziej, większość elektoratu też jest już gdzie indziej. W wyborach PiS nie będzie miał żadnych szans, może mieć co najwyżej nieco lepszy wynik od obecnych notowań, ale nie ma szans na zwycięstwo.
W tym sensie Platforma może być zainteresowana utrzymaniem pewnego, nazwijmy to, „PiS-owskiego getta”, ale na pewno nie zwycięstwem kandydatury Kaczyńskiego, bo to oznaczałoby powtórkę z rozrywki, wraz z blokowaniem ustaw i w ogóle możliwości działań. A równocześnie Platforma ma jednak poczucie, że pewne zmiany są konieczne, jeżeli nie chce się doprowadzić do dramatycznego kryzysu finansów publicznych, który może zablokować rozwój gospodarczy Polski. Dotychczas oni w gruncie rzeczy osiągali bardzo dobre rezultaty, mimo że nic prawie nie robili…
Wszelki impuls modernizacyjny szedł dotychczas nieomal wyłącznie z Unii Europejskiej, z funduszy strukturalnych…
Fakt, zdajemy się głównie na środki od Unii, poza tym zyskaliśmy na tym, co nazywa się advantages of backwardness – korzyściach wynikającymi z zacofania. Dotyczy to zwłaszcza sektora bankowego – u nas nie było tych zwariowanych, nowoczesnych narzędzi finansowych, które doprowadziły do powstania wielkich baniek, które w końcu pękły i rozwaliły całą gospodarkę światową. Zagrała też reguła jazdy na gapę – w niewielkim stopniu ingerowaliśmy w strukturę finansów publicznych, choć są w złym stanie, z pełną świadomością, że Polska i tak będzie korzystała z wielkiego strumienia środków, które w gospodarkę wstrzykują Stany Zjednoczone, Niemcy, Francja i cały Zachód. Dochodzi wiele innych czynników, choćby odpowiedzialna polityka bankowa za czasów Balcerowicza.
*Aleksander Smolar - politolog, prezes Fundacji Batorego
[foto: IWM]
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...