|
Jeśli zgadzamy się, że wybory parlamentarne są najważniejszym wydarzeniem w demokracji liberalnej, to nie zapominajmy nawet tego dnia, że w dzisiejszym świecie mamy przynajmniej dwa życia polityczne. To oficjalne obserwujemy w mediach i czasami, choć z każdym rokiem coraz mniej, w parlamencie. To nieoficjalne toczy się na placach wielu państw ogarniętych globalnym kryzysem i wszędzie, dokąd idee, spory o wartości i rzeczywiste uczestnictwo uleciało z instytucji oficjalnych zdominowanych przez marketing polityczny i starcie produktów.
Złudzeniem byłoby uważać, że granice możliwości demokracji to ekran telewizora. Ale złudzeniem byłoby także lekceważyć to, co tam widzimy. Z punktu widzenia tego, czego moglibyśmy się spodziewać po wyniku wyborów parlamentarnych w Polsce, nie jest to wynik zły.
Po pierwsze, przegrało Prawo i Sprawiedliwość. Kolejna porażka i brak naturalnych koalicjantów, powinny ostatecznie odebrać prawicy nadzieje na sukces pod przywództwem Jarosława Kaczyńskiego i rozpocząć zmiany, które być może odsuną ją wreszcie od Ojca Rydzyka i Antoniego Macierewicza, a przybliżą nowoczesności. Z Jarosławem Kaczyńskim prawica jest jak konstrukcja spajana śrubą z wielokrotnie przekręconym gwintem. Można tak zostawić, ale jeśli ma to jeszcze do czegoś służyć, lepiej spoiwo wymienić, nawet jeśli trzeba będzie całość rozebrać i złożyć od nowa.
Po drugie, spodziewane zwycięstwo Platformy Obywatelskiej odbywa się po bezspośredniej konfrontacji z frustracjami zwykłych ludzi i wśród deklaracji bardziej nowoczesnego spojrzenia na kulturę i gospodarkę. W poprzednich wyborach wygrał kandydat mediów i biznesu, w obecnych – tylko mediów.
Po trzecie, przez mur okalający scenę polityczną udało się przeskoczyć nowej partii, choć wszyscy znają tylko tego, który do parlamentu wraca. I nie jest pewne, czy sam w ogóle wie, w jakim towarzystwie. Choć sukces partii Palikota jest raczej potwierdzeniem znaczenia medialnej rozpoznawalności i pieniędzy w polityce, a wynik symptomem zniechęcenia do establiszmentu, to dobre i to, tym bardziej, że Palikot używał częściej lewicowych niż prawicowych idei. Gdyby jeszcze okazało się, że mamy do czynienia nie z zaciągiem lokalnych biznesmenów, a partia zmieni nazwę i sposób działania z monarchicznej na demokratyczną, to może życie parlamentarne wzbogaci się o nową siłę, a nie jeszcze bardziej rozwodni.
Po czwarte, klęską poniósł SLD Grzegorza Napieralskiego, który uwierzył, że wynik wyborów prezydenckich zawdzięcza sobie, a nie okolicznościom starcia dwóch prawic. Nie powinno się kopać przegranego. Tym bardziej, że z list SLD próbowali dostać się do parlamentu tacy ludzie jak Marek Balicki czy Dorota Gardias. Ich brak w sejmie to strata nie tylko dla lewicy, ale w ogóle dla jakości życia parlamentarnego. Miejmy nadzieje, że nadrobią to Wanda Nowicka, Anna Grodzka i Robert Biedroń z Ruchu Palikota.
Po piąte, tradycję przedłużył PSL, co gwarantuje, że bezrobocie nie wzrośnie o licznych kolegów i koleżanki Waldemara Pawlaka, ale prawdopodobnie oznacza też całkiem sensowną ministrę Jolantę Fedak w ważnym resorcie pracy i polityki społecznej.
Po szóste, nie cudzołóż! Czyli przegrał Kościół zdradzający na potęgę swoje śluby ewangeliczne czystości, posłuszeństwa i ubóstwa. Nie tylko nie pomógł PiS-owi, ale wychował sobie mściciela, którego będzie teraz cztery lata oglądał we wszystkich telewizjach, za 20 lat nadawania radia Ojca Rydzyka.
[fot. Wojtek Ziemilski]
Na podobny temat
|
Jest nauka w sensie pracowitego latam...
Olek Radynski pisał tu chyba jakiś cz...