Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Katalog Książek KP

30 tom w serii idee

buden_okladka_150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sierakowski: Czyja „Solidarność”? Drukuj
Sławomir Sierakowski   
07.09.2010

Nikt nie powinien być zaskoczony, znają się przecież co najmniej trzydzieści lat. Wszystko wskazywało na to, że obchody rocznicy podpisania porozumień gdańskich okażą się niewypałem. W palecie możliwości, które oferuje nam dzisiejsza polska polityka, były tylko nuda albo kłótnia (w zależności od tego, czego będzie więcej PO czy PiS-u, Zięby czy Śniadka). Słaby program imprez rocznicowych, kłopoty nawet z umówieniem transmisji telewizyjnej, absencja Lecha Wałęsy, zapowiadały raczej nudę. Zaangażowanie NSZZ „Solidarność” po jednej ze stron polskiej bijatyki politycznej i decyzja, aby na organizowanym przez nią rocznicowym zjeździe wystąpili Jarosław Kaczyński i Donald Tusk, gwarantowały kłótnię. Tym bardziej, że były i obecny premier przygotowali przemówienia prowokacyjne. Porównania nie ma, bo oczywiście na prezesa PiS-u nie ma mocnych. Jarosław Kaczyński walczy jak Gołota – wszystko, co ugra, potrafi nagle roztrwonić niezrozumiałym ciosem poniżej pasa, szokując swoich kibiców i wprawiając w zdumienie komentatorów, którzy nie potrafią znaleźć żadnego racjonalnego wytłumaczenia jego zachowania. Tym razem oskarżył nieżyjącego Bronisława Geremka w imieniu nieżyjącego brata o zdradę, choć musiał przynajmniej to dobrze zapamiętać, że jego samego w ogóle tam nie było. 


Na co to było Kaczyńskiemu? Owacje dostał przecież już na początku swojego przemówienia. Skąd Kaczyński wziął tytuł do opowiadania historii strajku, skoro nie jest ani historykiem, ani uczestnikiem ówczesnych wydarzeń? Oczywiście od związkowców z dzisiejszej „Solidarności”, którzy w sposób plemienny zalegitymizowali jego charyzmatyczne przywództwo owacjami. A co nimi kierowało? O tym można było usłyszeć w przemówieniu Janusza Śniadka czy samego Kaczyńskiego, gdy słusznie wskazywali na bardzo nierówne możliwości korzystania z wywalczonej przez „Solidarność” wolności. Pracowników wielkich zakładów, które były zapleczem „Solidarności”, nie sposób uznać za beneficjentów przemian. Dali siłę ruchowi społecznemu, po czym stracili miejsca pracy. Pytanie Donalda Tuska, gdzie te 10 milionów byłych członków „Solidarności”, było nieuczciwe i prowokacyjne. To naprawdę nie Śniadek z Krzaklewskim (którego Tusk niedawno zaprosił zresztą na listy wyborcze PO), ale Wojciech Jaruzelski rozbił dziesięciomilionowy ruch. Stan wojenny zdziesiątkował „Solidarność” i większość członków nigdy już do niej nie wróciła. 


Poza tym pierwsza „Solidarność” nie była związkiem zawodowym, ale ruchem społecznym. A po 1989 roku mogła wrócić już tylko jako związek zawodowy. Natomiast Tusk niedługo obchodzić będzie 30-lecie bezrefleksyjnego zafascynowania liberalizmem ekonomicznym, w którym związki zawodowe uchodzą za socjalistyczne relikty albo w najlepszym razie objawy eurosklerozy zachodnich społeczeństw, które dogonimy tylko wtedy, gdy pozwolimy biznesowi rozwijać się kosztem stale ograniczanych praw pracowniczych. Niech któryś z kilkudziesięciu tysięcy członków Platformy Obywatelskiej pójdzie do jakiejś prywatnej firmy i niech spróbuje w nim założyć związek zawodowy, a później niech wyjaśni swojemu szefowi, dlaczego NSZZ „Solidarność” nie ma 10 milionów klaszczących członków, tylko 500 tysięcy gwiżdżących. Uczciwiej by było, gdyby Tusk zapytał, dlaczego na ruchu pracowniczym pasożytują tacy ludzie jak Jarosław Kaczyński. Dlaczego pozostawiono tych ludzi ze spiskowymi teoriami dziejów o układach i zdradach? Ale wtedy musiałby to pytanie skierować we własną stronę. 
Czy wyjątkowość pierwszej „Solidarności” nie polegała właśnie na przełamaniu tej nieszczęsnej logiki polskiej historii społecznej, wyrażonej przez Żeromskiego w powiedzeniu Pana Cedzyny z „Doktora Piotra”, że „Ja i tak pan, a tyś i tak cham”. Czy w tym oszustwie Kaczyńskiego dotyczącym doradców i robotników, nie kryje się jakaś perwersyjnie wyrażona prawda o ponownym rozejściu się Solidarnościowych „panów” i „chamów”? Czy tak samo głupio jak świętujemy na wesoło i piknikowo wielkie zwycięstwo Powstania Warszawskiego, będziemy też bezmyślnie obchodzić na smutno porażkę „Solidarności”? I ile razy jeszcze w polskiej historii „czwarta brygada” będzie wykorzystywać błędy prawdziwie zasłużonej „pierwszej brygady”?


A jednak obchody pozytywnie mnie zaskoczyły. Konflikt Tuska z Kaczyńskim zszedł na drugi plan i rozbłysły po wielu latach znowu gwiazdy tamtych dni. Wałęsa pokazał, że ma nosa i słusznie się nie pojawił na zjeździe. Potrafił nawet docenić rolę innych bohaterów tamtych dni, z czym wcześniej miał kłopot. Stanął w obronie Henryki Krzywonos, której spontaniczne i odważne wystąpienie zdominowało przekaz z obchodów. Jeśli dotąd ktoś nie wiedział, kim jest Henryka Krzywonos, to właśnie się dowiedział. Miliony ludzi zobaczyły, jak Henryka Krzywonos przebija się przez tłum kłócących się facetów i robi mokrą plamę z podobno najniebezpieczniejszego człowieka polskiej polityki. Polacy mogli na zjeździe dostać lekcję prawdziwej solidarności od bezinteresownego, dzielnego człowieka, który staje w obronie pomówionych, bo sam czuje się obrażony, słysząc kłamstwa na temat innych. Krzywonos nie uczestniczy we władzy, nie aspiruje do żadnego urzędu, nie ogląda się na kamery. Historia zatrzymania tramwaju to najczystszy przykład jednostkowej odwagi. Historia zawrócenia kończących strajk stoczniowców razem z Aliną Pienkowską i Anną Walentynowicz, to z kolei najczystszy przykład tego, jak właściwa intuicja moralna prowadzi do mądrej decyzji politycznej, która dała faktyczny początek Solidarności. 


Inaczej niż wielu innych bohaterów tamtych czasów, Krzywonos kolejnych dekad nie spędziła na kontestowaniu osiągnięć innych, poszukiwaniu agentów albo spisków, ale umiała się doskonale odnaleźć, prowadząc z wielkim sukcesem rodzinny dom dziecka i angażując się w ważne protesty społeczne takie jak „Białe Miasteczko” czy feministyczne manify. Z nikim nie toczy wojen, niczego nie musi nikomu udowadniać, o przyjaciołach zawsze pamięta, wrogom wybacza. Okazała się najlepszym symbolem pierwszej Solidarności w czasach obecnych, łącząc w swojej biografii tradycyjne i współczesne wartości socjaldemokratyczne. Gdy zastanawialiśmy się w naszym środowisku, co przygotować na obchody 30-lecia „Solidarności”, żeby nie dopisywać się do bieżących kłótni kręcących się dookoła dwóch dominujących opowieści o Solidarności – jako ruchu religijnym albo protokapitalistycznym – uznaliśmy, że najlepiej będzie napisać z tej okazji biografię właśnie Henryki Krzywonos. I to nie jest żadna kryptoreklama, to jest prawdziwa reklama „Dużej Solidarności i małej solidarności”. 


W trakcie obchodów historyczni przywódcy „Solidarności” zaproponowali, aby organizacje kolejnych przejęło państwo. Ale do czego właściwie odwołujemy się, świętując kolejne rocznice Sierpnia ‘80 roku? „Wyjąwszy okres psychozy rewolucyjnej, przeciętny obywatel zawsze pragnie spokoju i szuka go tam, gdzie sądzi, że jest najbliżej” - tłumaczył wybitny socjalista międzywojnia Adam Próchnik brak skutecznego sprzeciwu społecznego wobec rządów sanacji. Wyjaśnienie to można rozszerzyć także na PRL, wyłączając właśnie momenty rewolucyjne – z polskim Październikiem, Marcem i Sierpniem na czele. Świętując rocznice „Solidarności”, odwołujemy się do protestu społecznego, do rzucenia wyzwania państwu przez samoorganizujące się społeczeństwo. Było to wówczas państwo autorytarne, policyjne, prześladujące obywateli. Ale nawet państwo wolne i niepodległe, nie jest nigdy wolne od problemów społecznych, od ludzi niezadowolonych, którzy zawsze staną przed wyborem: wywalczyć sobie podmiotowość czy powierzyć swój los jakiemuś małemu despocie. Pójść za Goździkiem czy Gomułką, Kuroniem i Modzelewskim czy Moczarem i Korczyńskim, Wałęsą czy Jaruzelskim. Obecnie niemała część Polaków wyraża swój gniew, głosując na PiS Kaczyńskiego. I ten gniew pozostaje rzeczywisty, nawet jeśli jest tak nieszczęśliwie kanalizowany. Znamy to z polskiej historii. „Rządy silne i zdecydowane, rządy despotyczne mają zawsze duże szanse, o ile nie natrafią na podnoszącą się falę. I słabość i bierność są za nimi” - kontynuował swój wywód Próchnik. Jeśli rocznice Sierpnia mają być lekcjami samoorganizacji społecznej, nonkonformizmu, który nie kanalizuje się w nastrojach autorytarnych, nie mogą być organizowane przez władze państwowe. Te – przynajmniej obecne – zawsze bardziej będą zainteresowane biernością obywateli, obiecując im w zamian odgórną modernizację, w najlepszym razie, jedynie stadionowo-autostradową. Przypomina się Antoni Słonimski i jedna z jego słynnych Kronik Tygodniowych z 1929 roku, gdzie proponuje, aby każdą krytykę władzy uzupełniać skrótem: m. ż. g. s. r., który oznaczał: „mimo że Gdynia się rozbudowuje”. 


Ze wszystkimi swoimi wadami sektor organizacji pozarządowych, nadaje się do organizacji wydarzeń rocznicowych związanych z Sierpniem znacznie lepiej niż państwo. Polskie realia są dziś takie, że ideowców, działaczy społecznych, nonkonformistów spotkać można w ngosach, a nie sposób ich znaleźć w partiach politycznych. Zamiast bzdurnych przemówień, będzie więcej książek. Zamiast jakichś monstrualnych, drętwych i drogich przedstawień, odezwie się żywa polska sztuka. Co więcej, takiej decyzji wcale nie trzeba podejmować. Ngosy mogą sobie wziąć obchody Sierpnia same, najlepiej w ten sposób dowodząc, że duch Solidarności nie udusił się w gablocie ani nie przepędzili go populiści.  


Artykuł ukazał się w tygodniku “Wprost” z 6 września 2010.

  

Komentarze
Dodaj nowy
KrzysztofMazur   |07.09.2010 11:54:28
Wszystko się zgadza, ale koncert Możdżera znakomity. Szkoda, że mało kto mógł
zobaczyć, tylko kto się wepchnął na niewielki plac, albo ma canal plus. Może
wyjdzie drogie DVD. Szkoda, że to nie była główna impreza.
W ogóle w
Trójmiastowie była masa darmowych imprez muzycznych latem.
Możdżer (Scofield,
Miller)
Polnord Festival (Śmietana, Banaszak, Edwards)
Sopot Molo jazz festival

Kapela ze wsi warszawa (miasto Gdańsk)
Novika, Morcheaba (miasto
Gdynia)
festival dźwieki północy (to chyba za pieniądze norweskiego rządu).
To
taka reklama Trójmiastowa.
ubik   |08.09.2010 00:00:03
Niestety, nagła popularność Krzywonos (okładki Wprostu i Przekroju) nie jest
spowodowana jej osiągnięciami patriotycznymi, ale tym że zaatakowała
"wstrętnego" Jarosława. Gdyby nie to pies z kulawą nogą by się za nią
nie obejrzał. A tymczasem Jarosław, kiedy mówił o tym, że PO manipuluje opinią
publiczną, to przecież miał rację, tylko, że zaraz musiał dodać coś głupiego o
strajku gdańskim 80 i media tylko to puszczały. Jego opowieści o katastrofie
smoleńskiej są tak na rękę PO, jakby go wynajęła do roli paranoika.
cursorium   |08.09.2010 16:55:32
a skad redaktor wziął tytuł do opowiadania o historii strajku ?

Krzywonos
"spontanicznie" wstała i czekała z boku zanim Jarek cokolwiek
powiedział.
http://2.bp.blogspot.com/_t_6us6HJidg
/TH-qMIk8nbI/AAAAAAAACaY/ge6Y3-hHm-o/s1600/Krzywon osKomorowskiTusek.jpeg
Sympatyk lewicy   |09.09.2010 10:29:30
Obserwując ostatnie zdarzenia odnoszę wrażenie, że Tusk i Kaczyński dogadali się
i grają do jednej bramki. Kaczyński okopał się na pozycji wiecznego
opozycjonisty i chyba mu to miejsce odpowiada, bo wygląda na to, że bardziej
zależy mu utrzymanie niepodzielnej władzy w PIS, niż na wygraniu wyborów. Tak
jak Stalin co jakiś czas wyrzyna co zdolniejszych i samodzielnie myślących
swoich dowódców (niestety w dzisiejszych czasach nie może nie fizyczne, więc oni
mogą wrócić). Tusk dzięki temu może sobie rządzić jak zechce, bez ryzyka utraty
władzy, bo przecież i tak nie przegra z tym nawiedzonym Kaczyńskim.
Społeczeństwo ma swoje igrzyska i nawet nie zauważa jak politycy sięgają mu
coraz głębiej do kieszeni. Mamy imprezy z krzyżem i samolotem w tle, gwizdy i
buczenie na pogrzebach i oficjalnych uroczystościach, kolejne tablice pokrapiane
przez biskupa. Spektakl jest to średnio ciekawy mimo, że jako podatnicy sami za
to słono płacimy: kilkaset milionów rocznie w formie dotacji dla partii i
partyjnych związków i znacznie więcej opłacając przerośniętą administrację, po
to by były etaty dla członków partii, ich rodzin i sympatyków. Do tego dochodzi
haracz na Kościół, żeby poparł z ambony. Płacą obie strony choć różnym biskupom.
Niestety aby rozbić ten chory, postsolidarnościowy układ, dziś nie wystarczy
zatrzymać tramwaj, a stocznie nie staną bo się przezornie ich pozbyli.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 08.09.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.90656 Seconds