Mówi się, że dobry polityk to ten, który potrafi uwierzyć w to, co mówi ludziom. Wypada wtedy bardziej przekonująco. Donald Tusk z pewnością gorąco wierzy, że Polacy potrzebują więcej zaufania, więcej przejrzystości na szczytach władzy, a mniej nienawiści i zakulisowych rozgrywek z udziałem służb specjalnych. Dlatego zwalnia szefa CBA Mariusza Kamińskiego i dlatego pozbywa się siedmiu ministrów, w tym jednego wicepremiera. Ale dlaczego reaguje tak ostro, skoro jego zdaniem prawo złamał tylko Kamiński, a niektórzy w ogóle nie mają nic wspólnego z aferą, ani nie są najgorszymi ministrami? Czy naprawdę aby zbić jednego PiS-owskiego gońca, trzeba poświęcać aż hetmana Schetynę i garść figur? Dlaczego ostrożny dotąd w zwalnianiu ministrów premier decyduje się na tak głęboką rekonstrukcję? I czyści dlaczego aż po Schetynę, człowieka numer 2 w PO, który w stenogramach z CBA pojawia się raz i to w raczej pozytywnym świetle - polityka, który nie chciał wesprzeć działań lobbystów?
Mówi się też - za Bismarckiem - że „ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi kiełbasę i politykę”.
Afera hazardowa przysporzyła Tuskowi kłopotów, ale także i okazji. Okazji dokończenia dawno rozpoczętego dzieła. Po usunięciu Płażyńskiego, Olechowskiego, Piskorskiego, Gilowskiej i Rokity, Tusk może pozbyć się ostatniego wspólnika, Grzegorza Schetyny. W ten sam sposób, co zawsze. W białych rękawiczkach, niemal w pocałunkach i na własną prośbę uśmiercanego, który przynajmniej przez jakiś czas i tak musi pracować dla dobra partii, robiąc dobrą minę do złej gry. Tym razem Tuskowi nie chodzi jedynie o eliminację potencjalnego konkurenta, ale o stopniowe zwinięcie całego projektu, który miał doprowadzić go do prezydentury. Tym projektem była Platforma Obywatelska, która powoli przestaje być najpopularniejszemu politykowi w Polsce potrzebna. A może być wręcz niebezpieczna, jak pokazała afera hazardowa. Dlatego Tusk woli „przesiąść się” z partii na rząd. Nijaki, ale za to bezpiecznie obsadzony rząd jest znacznie lepszym wehikułem do pokonania ostatniej prostej przed wyborami prezydenckimi niż partia władzy.
Ostatnimi dymisjami Tusk odrzucił drabinę, po której wchodził na pałac prezydencki. Musiał się też nieźle przestraszyć, że los jego prezydentury ściśle zintegrowany z interesem PO zależał będzie od rozmaitych cwaniaczków kręcących się wokół partyjnych bonzów. Tykające bomby lepiej składować dziś w sejmie niż we własnej kancelarii. Dlatego w nowym rozdaniu ministerialnym zapewne nie pojawi się żaden ważny polityk PO. Za to do Palikota i Niesiołowskiego, których zadaniem było wciągać w przepychanki i obniżać szanse na reelekcję Lecha Kaczyńskiego, dołączą eksperci Nowak i Graś z analogicznymi zadaniami wobec całego obozu PiS-owskiego. Zaprojektowany jest już ring – powstanie nowa komisja śledcza. A na tym ringu Polacy jeszcze raz mają zobaczyć PiS-owskie wywoływanie gorszących konfliktów, na tle którego Tusk znów będzie ukojeniem…
Myślący o prezydenturze Tusk śmiało poświęcił dla zamanifestowania swojej indywidualnej wiarygodności los kilku najważniejszych postaci PO, których odejście będzie przecież dla wielu Polaków dowodem na rzecz ich winy, skoro się ich karze. Zdymisjonowani przez „mistera Hyda” nie mają wyboru, będą wiosłować dalej i wspierać „doktora Jakylla” do samych wyborów. Przy skompromitowanym Kaczyńskim, konsekwentnie odmawiającym startu Cimoszewiczu (Tusk miał okazję sam się dopytać zaraz po aferze hazardowej, a tuż przed wielkimi dymisjami), premier pozostaje samcem alfa w prezydenckim wyścigu i może już pozwolić sobie na rozplątanie swojego prywatnego interesu i interesu partii.
Unieszkodliwienie Schetyny jest odłożoną w czasie likwidacją Platformy, której zabraknie spoiwa, gdy Tusk zostanie prezydentem. A jakiemu prezydentowi zależało, żeby mieć silną partię, za która dalej ponosi odpowiedzialność, nie mając już pełnej kontroli? Wystarczy przypomnieć sobie stosunek Wałęsy do PC i Kwaśniewskiego do SLD.
Z prezydenckiego fotela nie da się sterować partią, a Tusk nie ma brata bliźniaka, dla którego warto byłoby podporządkować rozgrywkom partyjnym najbardziej zaszczytny w polskiej polityce urząd. Tusk nie jest zresztą politykiem wielkiej misji. Woli styl rządzenia z przewagą stylu nad rządzeniem. Nie dąży do wielkich reform albo spektakularnych przedsięwzięć. W polityce partyjnej osiągnął już wszystko i tkwił dwie dekady. Tusk marzy teraz, żeby być drugim Kwaśniewskim. Dziesięć lat błyszczeć na salonach, stać się dobrem ponadpartyjnym, ogólnonarodowym autorytetem. Do podręczników historii nie trafiają autorzy reformy samorządowej albo twórcy autostrad. Tusk chce być Kwaśniewskim, który przed elekcją zdążył zabić Millera.
Jeszcze bardziej dalekosiężną konsekwencją ostatniego zwrotu może być rozhermetyzowanie sceny politycznej. Rozpad PO, którego nic nie łączy poza silną ręką przywódcy może oznaczać koniec sztucznego dwubiegunowego podziału rządzącego polską polityką. A ponieważ poza Platformą pozostałe partie osiągnęły status niewybieralnych, jej rozpad albo istotne osłabienie wpuści sporo świeżego powietrza do polskiej polityki. A z nim nowe tematy, wokół których organizować się będzie spór polityczny. Polska demokracja w środku Europy może wreszcie zmierzy się na poważnie z wyzwaniami, jakie niosą kwestie bioetyczne, prawa reprodukcyjne kobiet, edukacyjno-kulturalne warunki modernizacji, nie mówiąc o równości szans czy walce z wykluczeniem. Platforma je zamroziła, ale nie zabierze ich do grobu.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 13 paździrnika 2009.
Na podobny temat
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...