Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sierakowski: Post polityki Drukuj
Sławomir Sierakowski   
07.09.2009
Politycy ukradli chleb publicystom. O sporach partyjnych albo konfliktach rządu z opozycją i prezydentem, mogą już bez zażenowania dyskutować chyba tylko ci, którym jest z zasady wszystko jedno. Należy w każdym razie uznać za w pełni uzasadnione wysokie zarobki prezenterów telewizyjnych i dziennikarzy dyskutujących z politykami – wynagradzają poczucie absurdu i otępiającą przewidywalność rytualnych dyskusji wymagających od wszystkich krowiej cierpliwości. Nie nudzą się jedynie ci, którzy są publicystycznym przedłużeniem obozów politycznych. Nudzą za to innych. Ale jak pisał Kurt Vonnegut: „są ludzie, którzy muszą mówić bez przerwy, którzy muszą utrzymywać narządy mowy w nieustannej gotowości, na wypadek, gdyby mieli coś ważnego do powiedzenia”.

Stabilizację scenie politycznej zapewnia Platforma silna słabością trwale skompromitowanej konkurencji oraz mur okalający cztery partie, funkcjonujące właściwie jak spółki skarbu państwa, które rozdzielają między sobą czas antenowy w naszych głowach – bezpośrednio jak w TVP i pośrednio, jak wszędzie tam, gdzie publicystyka ostała się jako dochodowy format telewizyjny, radiowy lub prasowy. I nawet sprywatyzowana spółka SD Pawła Piskorskiego, próbującego wrócić do kartelu i na powrót ją znacjonalizować, jest bezradna w konkurencji z jednostkami budżetowymi.

Mimo to pod wymuszoną przez „zasadę rzeczywistości” codzienną publicystyką, toczy się spór, czy obecna stabilizacja jest objawem zdrowia czy choroby polskiej demokracji. Gdyby wyłączyć z niego zwolenników rządzącej koalicji, a ściślej rzecz biorąc przeciwników poprzedniej, których obecne status quo zadowala, nie zabraknie wcale wielu innych przekonanych, że ogólnie dzieje się dobrze.

Dogoniliśmy koniec historii

Po dwudziestu latach reformatorskich zrywów i populistycznych reakcji, czas wreszcie stanął. Dogoniliśmy koniec historii. Gdy ogłaszano go na Zachodzie, myśmy dopiero co ruszyli w pościg. Po ‘89 roku polska polityka uległa prawdziwej inwazji czasu. „Transformacja”, „doganianie”, „przyspieszenie”, „okres przejściowy”, „zapóźnienia”, „wybierzmy przyszłość” - łatwo zauważyć dominację pojęć związanych z temporalnością w słowniku politycznym młodej demokracji. Polityzację czasu widać także w odkryciu polityki historycznej, a wcześniej jeszcze w próbach odzyskania utraconych związków z przeszłością (choćby w skrótach i nazwach takich jak BBWR czy Młodzież Wszechpolska). Czas na odpoczynek?

Lokalny koniec historii to kres „wielkich opowieści” w polskiej polityce. Kres całościowych wizji, monoprzyczynowych wyjaśnień, których kulminacją była konfrontacja „tezy” i „antytezy” polskiej transformacji, czyli politycznych słowników III RP i IV RP. A po tym przyszedł rozkład nadwiślańskiego heglizmu. Nawet piarowcy, a za nimi dziennikarze, zaczęli mówić o marketingu narracyjnym – twórczym dobieraniu słów i obrazów pod doraźne cele polityczne i budżety reklamowe. Wielu dostrzega w tym impuls emancypacyjny, mniej władzy, więcej wolności i  samodzielności dla obywateli. Owszem PO dominuje, ale nie zabiega o „rząd dusz”. Daje ludziom żyć po swojemu. Czyż koniec metanarracji, nie oznacza zarazem końca wszelkich hegemonii?

O to faktycznie spierali się niedawno na łamach „Europy” Ireneusz Krzemiński, Tadeusz Szawiel i David Ost. Pierwszy mówił, że mamy hegemonię PO, drugi, że nie mamy, a trzeci, że nie mamy i dlatego mamy. Amerykańskiemu publicyście chodziło o to, że „u działaczy Platformy nie widać takiej chęci posiadania władzy za wszelką cenę, jaka cechuje aktywistów innych formacji. Polakom może się to tylko podobać, więc nie mają nic przeciwko oddaniu prezydentury i rządu w ręce ludzi, którzy demonstrują zdystansowany stosunek do polityki.” A więc Polacy chcą oddać pełnię władzy PO, bo PO pełni władzy nie chce. Aż dziw, że nikt wcześniej nie wpadł na to przed Tuskiem! Chcesz władzy? To nie dostaniesz. Nie chcesz? Oto ona!

Dystans do władzy czy zaniechanie?

Oczywiście przed Tuskiem, to nie działało, bo żeby Tusk mógł nie chcieć władzy i ją mieć, musiał jej chcieć niebezpieczny Kaczyński i ją stracić. I nie bez powodu Platforma wkłada tyle wysiłku w codzienne potyczki z PiS-em i prezydentem, żeby poczucie zagrożenia nie ustało. Zawsze można powiedzieć, że prezydent zawetuje albo kryzys nie pozwala, więc rząd nie może nic zrobić. Co nie znaczy, że by nie chciał. A nawet, że nie robiąc, tak naprawdę robi. Tak jest przecież w przypadku mediów publicznych czy szpitali. Nie musimy zgłębiać intencji Platformy, wystarczy zajrzeć do ustaw. Jest tam wprost zapisany mechanizm podporządkowania władz mediów publicznych i ich budżetów samemu rządowi. A jeśli nie da się tego (albo komercjalizacji szpitali) przeprowadzić ustawą, to niech gniją, a gdy sytuacja będzie już nie do wytrzymania, to Polacy sami zaczną domagać się prywatyzacji i powywieszają związkowców. Ost tę postawę Platformy nazywa „dystansem do władzy” i pisze: „PO tym się różni od PiS i pozostałych partii, że nie traktuje ogromnego poparcia społecznego jako mandatu do podporządkowania sobie państwa, gospodarki czy mediów”.

Jako „dystans do władzy” można potraktować nie tylko każde zaniechanie, ale także każdą taktyczną kooptację na listy polityków z innych obozów, przerywanie prac nad ustawami, gdy okazują się kontrowersyjne, unikanie trudnych decyzji (jak podniesienie podatków), podporządkowanie dwóch lat premierowania walce o urząd prezydencki itd.

Ideologia skuteczności

Ale kres metanarracji sam jest metanarracją, antydoktryna zawsze ukrywa doktrynę, a koniec ideologii sam jest ideologią. I jest tak niezależnie od tego, czy postpolitykę potraktujemy jako ograniczenie się do marketingu politycznego, czy jako ukrytą za nim konkretną politykę. Bo jedno i drugie przynosi realne konsekwencje społeczne. To tylko inne znaczenie przysłowia, że polityka nie znosi próżni.

Sam Lyotard – twórca tezy o kresie metanarracji – podkreślał, że kryzys legitymizacji przez metanarracje, nie oznacza kryzysu legitymizacji w ogóle. Ich miejsce wypełnia legitymizacja przez skuteczność. Ideologia skuteczności jest na ogół niejawna i oparta o uzasadnienia praktyczne, a nie teoretyczne. Podporządkowuje sobie wszystkie inne rodzaje wypowiedzi i wyklucza wszystkich, którzy nie są w tej grze dość skuteczni. Palikot może zachowywać się jak postępowiec, gdy krytykuje homofobie, albo jak homofob, gdy sugeruje homoseksualizm Kaczyńskiemu, jak feminista, gdy popiera parytety i jak szowinista, gdy gawędzi o swoim bujnym życiu seksualnym, jak ekspert, gdy zasiada w jakiejś poważnej komisji, albo jak pajac, gdy pije z gwinta na ulicy. W ten sposób medialnie, a więc i politycznie jest w stanie pobić każdego. Ale czy z tego wynika coś dobrego dla państwa, albo społeczeństwa? Dystans do władzy?

Oparty na ideologii skuteczności system napędza się sam i sam w sobie staje się wartością. Umyka uwadze wielu, że choć jest mniej dominujący, bo nieoparty na żadnej „wielkiej opowieści”, to jednak bardziej wszechobejmujący, bo potrafi wchłonąć i przerobić wszystkie. 

Postpolityka w całym cywilizowanym świecie trawi dziś demokrację. Większość żywych sporów w obszarze filozofii polityki dotyczy dziś warunków możliwości przezwyciężenia rządów „cynicznego rozumu”. Spór między lewicą i prawicą nie gaśnie, bo postpolityka eliminuje antagonizmy społeczne jedynie z powierzchni życia publicznego, pogłębiając je pod nią. „Konsensus stał się wartością przestarzałą i podejrzaną. Inaczej sprawiedliwość. Trzeba dojść do takiej idei sprawiedliwości, która nie byłaby związana z ideą i praktyką konsensusu” - pisał Lyotard. Zaś praktykę konsensusu, utożsamiał z „hegemonią dyskursu ekonomicznego”.

Gdzie jest polski liberalizm?

W Polsce o tyle trudniej dostrzec fałsz postpolityki, że weszła ona w miejsce przeznaczone dla liberalizmu politycznego, który długo zapowiadany ostatecznie nigdy się nad Wisłą nie ukonstytuował. Wszyscy pamiętamy całe półki książek poświęconych liberalizmowi, które zalały polski rynek w latach 90. Niemal powszechnym złudzeniem było przekonanie, że samo odrzucenie doktryny komunistycznej w imię haseł wolności słowa, zrzeszania się, praw człowieka itp. pozwoli z sukcesem zaistnieć liberalizmowi politycznemu. Nie brakowało też osób identyfikujących się jako liberałowie. Byli jednak i bardziej ostrożni. Dla haseł, z którymi Polska wychodziła z komunizmu, Jerzy Szacki rezerwował zaledwie miano protoliberalizmu, dostrzegając obok także rosnący w siłę nurt liberalizmu ekonomicznego. Utożsamienie jednego z drugim nie składa się na żaden prawdziwy liberalizm, skutecznie broniący wolności. Pisał, że „w grę wchodzi tutaj nie tyle (lub nie tylko) określona doktryna ekonomiczna, mogąca współistnieć z nieliberalnymi poglądami na tematy ekonomiczne, ile idea liberalnej kultury, w której urzeczywistnione byłyby postulaty rządów prawa, światopoglądowej neutralności państwa, poszanowanie praw mniejszości wszelkiego rodzaju, tolerancji.”

Po pierwszym wybuchu wolności w 1989 roku, marsz wolności ekonomicznej wiązał się z odwrotem od wolności politycznej. Stało się raczej tak, jak przewidywał już w 1992 roku Bruce Ackerman, zauważając, że liberalizm występuje w Europie Wschodniej jako „marksizm na opak”, który różni się od marksizmu głównie tym, że uświęca kapitalizm, pozwalając korzystać mu z tych samych schematów myślowych bazujących na idei „końca historii” i „skoku do królestwa wolności”. Z perspektywy minionego dwudziestolecia widać jak niewielki wpływ miały pozostające w sferze abstrakcji hasła i idee liberalne, gdy w rzeczywistości ograniczano prawa reprodukcyjne kobiet, duszono głos ujawniających się mniejszości, katechizowano i prywatyzowano sferę publiczną.

Charakterystyczne jest jak szybko zbladły też gwiazdy takich ikon liberalizmu jak Raymond Aron, Izajasz Berlin, John Rawls czy Richard Rorty, nie wspominając o Keynesie. Komu mogliby dziś patronować na polskiej scenie politycznej? Dodajmy, że wszyscy wymienieni byli krytykami liberalizmu ekonomicznego, trzech pierwszych nawet poświęciło całe książki lub serię wykładów samemu Marksowi jako przenikliwemu krytykowi rzeczywistości społecznej ukształtowanej przez kapitalizm. Aron, pozostając konsekwentnym krytykiem systemów komunistycznych, potrafił powiedzieć o sobie, że „jest nieortodyksyjnym marksistą” i u kresu życia stwierdzić: „Do dzisiaj interesuje się marksizmem Marksa, bo nie marksizmem Breżniewa, który jest strasznie nudny. Ale marksizm Marksa jest nadzwyczaj interesujący”. W każdym razie wszyscy doskonale wiedzieli, że idea wolności ma charakter złożony i może być zrealizowana tylko w negocjacji z ideą równości. Własność prywatna może przecież dawać władzę, która uczyni wolność innych fikcją. „Bogowie są skłóceni” - jak pisał Max Weber o nieusuwalnym napięciu, które towarzyszy idei wolności i równości. Doktrynalny liberalizm ekonomiczny gwałci wolność, a z pewnością jej nie potrzebuje, o czym dziś możemy nie tylko przeczytać u filozofów, ale doświadczyć w Chinach czy w Rosji. Dziś wiemy także, że gdy rozprzestrzeni się na całą sferę publiczną, zdominuje komunikację (media) i kulturę, zaraz po tym skolonizuje politykę i uczyni demokrację fikcją. Słusznie Lyotard identyfikował przemianę, której początki opisywał z „hegemonią dyskursu ekonomicznego”.

Liberalizm polityczny jako żywa idea, zgasł w Polsce, zanim się narodził w praktyce. Podzielił los „Kościoła otwartego”, „społecznej gospodarki rynkowej” i tym podobnych idei. Dziś syn „Kościoła otwartego” Jarosław Gowin zajmuje się ochroną koncesji uzyskanych po ‘89 roku przez najbardziej konserwatywnych katolików.

W tę właśnie pustkę  po nienarodzonym liberalizmie politycznym weszła postpolityka PO. I wielu, którym bliskie są idee liberalne, dało się nabrać, że właśnie Tusk je uosabia. Że liberalizm to taki centryzm, a centryzm to coś pomiędzy postkomunizmem a populizmem. Wystarczy nie być Napieralskim ani Kaczyńskim. Wystarczy być Piskorskim.
Historia liberalizmu w Polsce powinna ukazać się z podtytułem „Od Jaruzelskiego do Piskorskiego”. Bo ma racje Karol Modzelewski, że polska demokracja liberalna nie byłaby tak ekskluzywna dla tylu grup społecznych, gdyby stan wojenny nie złamał ducha wolności i solidarności w społeczeństwie. Nie dałoby się narzucić tak bezdusznego modelu przemian, który arbitralnie i niesprawiedliwie podzielił ludzi, produkując w ostatniej odsłonie frustratów (z PiS) i normalsów (z PO). Żeby przekroczyć ten dysfunkcjonalny dla demokracji podział nie wystarczy ogłosić się liberałem i mieć farta. Nawet tyle, ile potrzeba, żeby 138 razy pod rząd wygrać w ruletkę.

W tej sytuacji nie warto pytać o to, czy grozi nam hegemonia PO, ale o to, czy grozi nam trwała hegemonia postpolityki?

Tekst ukazał się w „Europie”, dodatu do „Newsweeka”, z 7 września 2009.
Komentarze
Dodaj nowy
neoconstantine  - Polityka pijarowska.   |08.09.2009 04:39:26
Sęk w tym, że Donald Tusk i Platforma Obywatelska, prowadzą od dnia objęcia
władzy na jesieni 2007 roku, kampanię prezydencką. Wymogi takiej kampanii,
wymuszają wręcz zaniechanie wszelkich gwałtownych ruchów na scenie politycznej.
Tak więc, poza tradycyjną wymianą "onych" na "naszych" w
organach administracji państwowej i cyklicznymi napaściami pana posła Palikota
na obecnego pana prezydenta R.P., w polityce mamy tzw. "erę uśmiechów".
I wszystko byłoby pięknie, przynajmniej do dnia zaprzysiężenia Donalda Tuska na
prezydenta Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, gdyby nie otoczenie zewnętrzne. Sam
Donald Tusk i politycy PO jakby zapomnieli, że wszelkie działania polityczne,
gospodarcze i społeczne, nie odbywają się w warunkach laboratoryjnych, tylko na
żywym organizmie państwa i obywatela. A według nauki kościoła katolickiego,
istnieje coś takiego jak grzech zaniechania.
Ten właśnie grzech, popełnia od
prawie dwóch lat Platforma Obywatelska, na czele z Donaldem Tuskiem. Byle tylko
nie narazić się jakiejś większej grupie wyborców. Życie jednak idzie do przodu i
wymusza jakieś konkretne działania. Opieranie się na negatywnych odczuciach
elektoratu, w stosunku do rządów PiS-u, starczyło tylko na rok (ale to już
statystyka - jak twierdzą politolodzy, obywatele statystycznie jeszcze przez
następny rok od wyborów, obwiniają za swoje nieszczęścia poprzedni gabinet
rządowy). Później przyszedł kryzys, wybuchła sprawa stoczni, nie rozwiązana
pozostała sprawa obwodnicy wokół Augustowa. Obywatele zaczęli domagać się
konkretnych działań. I co otrzymali od polityków partii rządzącej? Dalszą
szarpaninę posła Palikota z Pałacem Prezydenckim, przedwyborcze (do Parlamentu
Europejskiego) kłamstwa, dotyczące inwestora dla stoczni w Gdyni i Szczecinie,
nierealny plan przebiegu obwodnicy Augustowa; oraz konferencję prasową, podczas
której wzrost gospodarczy (czy aby na pewno?) o 1 punkt procentowy, otrąbiono
jako wielkie zwycięstwo (i nie ważne, że obywatele przy tak olbrzymich
obciążeniach fiskalnych, nie odczuliby w swoich budżetach domowych, nawet
dziesięcioprocentowego wzrostu). No i kolejne przepychanki przy mikrofonie, tym
razem w czasie uroczystości na Westerplatte. Gdy pan prezydent Kaczyński, ostro
potraktował w swoim przemówieniu przeszłość polsko - sowiecką, to pan premier
Tusk, aby nie wypaść w oczach Polaków na "mięczaka", ostro przejechał
się po przeszłości polsko - niemieckiej. A że w odgrywaniu "twardziela"
daleko mu do braci Kaczyńskich (oni mają to we krwi), to jego "twarde"
przemówienie zabrzmiało sztucznie, tak jakby z wysiłkiem wymawiał każde słowo.
Do tej samej kategorii polityki pijarowskiej, należy wykonany przez pana
premiera unik, w sprawie generała Skrzypczaka. Premier w ogóle nie zajął
stanowiska, choć prawo wymaga jego kontrasygnaty, w sprawach kadrowych wojska. A
swoiste lenistwo polityczne PO-wców, najlepiej zobrazowała ubiegłoroczna sprawa
"tarczy antyrakietowej". Donald Tusk i Radosław Sikorski zaczęli działać
w tej sprawie dopiero wtedy, gdy Lech Kaczyński wysłał do Waszyngtonu Annę
Fatygę. Bo nie daj Bóg, jeszcze sobie przypisałby całą zasługę. I co by wtedy
powiedzieli wyborcy?
Czego jednak spodziewać się po politykach, z których jeden
rozłożył na łopatki, zarządzany przez siebie, najbardziej utytułowany w Polsce
klub koszykarski? Czego spodziewać się po polityku, który piastując urząd
burmistrza, doprowadził swoją gminę do bankructwa? Czego spodziewać się po panu
premierze, który woli pograć w piłkę, niż uczestniczyć w sejmowym głosowaniu,
nad stosunkowo ważnymi dla Polski aktami prawnymi?
Jednak coraz więcej wyborców
przekonuje się, o wartości polityków Platformy. Sondaże dają dość zaskakujące
wyniki: wysokie poparcie dla samego premiera, w wyborach prezydenckich, wysokie
dla PO w wyborach parlamentarnych - a jednocześnie stale malejące poparcie dla
poczynań rządu, kojarzonego przecież z osobą Donalda Tuska i jego partią. Czyżby
wyborcy, obsobaczając rząd, chcieli jednocześnie, aby nadal ta sama partia
wyłaniała Radę Ministrów? Coś tu zgrzyta. Ja osobiście, od wyborów prezydenckich
w 1995 roku, kiedy to w ciągu tygodnia, sondażowe poparcie dla Lecha Wałęsy
wzrosło o dwadzieścia procent, sceptycznie podchodzę do sondaży.
Na koniec,
pozwolę sobie nie zgodzić się z panem Sławomirem Sierakowskim w jednym punkcie -
że Platforma nie dąży do władzy. Dąży, panie Sławomirze! Do władzy prezydenckiej
dla Donalda Tuska! A potem, po ewentualnie wygranych wyborach parlamentarnych w
2011 roku, do hegemonii na polskiej scenie politycznej.
mrufcyn   |10.04.2010 02:04:36
O jezu, postpolityka, dubletapokalipsa, kres wszystkości. A nie warto by było,
panie Sławomirze, umiejscowić jakoś w ramach tego artykułu własny twór? Czy on
se wisi w próżni na zasadzie "szmata nie lata"?
Że nie ma polityki jest
polityczny markietink?
No okej, tylko gdzie na tej ośce jest Polityczna Kryta?
Kumam, że gdzieś w Holandii lub Szwajcarii. Tak, wy jesteście taką Szwajcarią w
tematyce idei. Macie te swoje intelektualne twierdze - banki czyli i się z nich
bardzo cieszycie, chociaż one nie wasze, chociaż wiecie, że nigdy nie będzie wam
dane z nich skorzystać. Czasem zabłyśniecie w oczy publice jakimś wysokiej
jakości papierem wartościowym, ale zaraz potem schowacie do kieszeni, bo taką
macie dyrektywę zatwierdzoną podpisem pod umową z klientem. Panie Sławomirze,
kto pana czyta? Zadaje pan sobie czasem to pytanie? Chcesz być pan wodzem, to
zachowuj się jak wódz. Tu trzeba wewnętrznego rozlewu krwi, a nie, pan wybaczy,
dłubania pod cudzym paznokciem/w cudzym nosie. Ja tego przynajmniej nie łykam.
Wszystko jest w tej pana wizji be, to czemu Krytyka Polityczna miałaby be nie
być?
Dla mnie jest. W obecnym kształcie chuj mnie ona obchodzi, bo złym gońcem
ten, co złą nowinę niesie.

Pozdrawiam,
Maciej Mrowicki.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 15.09.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.94665 Seconds