Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sierakowski: Nadchodzą lepsze czasy dla lewicy Drukuj
Sławomir Sierakowski   
29.01.2008


„Dziennik” postanowił zorganizować dyskusję nad kondycją lewicy w Polsce. Ale dyskusję inną niż wiele dotychczasowych. Nie zaprosił na swoje łamy ani polityków LiD, ani towarzyszących im publicystów, ale reprezentantów różnych odłamów alternatywnej lewicy.

  

Dzięki temu masowy czytelnik miał poznać głos, którego dotąd nie słyszał. Pomysł niezły także dlatego, że wobec kryzysu, który trawi Lewicę i Demokratów, warto przyjrzeć się innym propozycjom po lewej stronie sceny politycznej.

  

Trudno powiedzieć, czy ostatnia z zabierających głos w dyskusji Zuzanna Dąbrowska została usatysfakcjonowana tym, co przeczytała w artykułach Andrzeja Smosarskiego, Przemysława Wielgosza i Adriana Zandberga, ale swój tekst postanowiła zatytułować: „Ideowa lewica została w Polsce wyzerowana. I to przede wszystkim na własne życzenie”.

  

Choć tytuł wprost wskazuje na ideową lewicę jako na winną swojej porażki, to w samym tekście nie ma właściwie wyjaśnienia, dlaczego autorka tak uważa. Wręcz przeciwnie, sam wywód Dąbrowskiej raczej rozgrzesza ideową lewicę z postawionego jej w tytule zarzutu i wskazuje szereg „obiektywnych” przyczyn takiego stanu rzeczy.

  

Z pewną rezygnacją, choć nie bez sentymentu, autorka opisuje kolejne nieudane próby reaktywowania lewicy, by stwierdzić wreszcie, że jej los w wolnej Polsce i tak od początku był przesądzony. „O szansach lewicy niepostkomunistycznej zdecydował rok 1989. Zgoda solidarnościowych elit układających się w Magdalence z ludźmi PZPR zaowocowała dość stabilnym układem.

  

Polska polityka miała składać się z dwóch części: słusznych komitetów obywatelskich i niesłusznych, ale tolerowanych po partnersku postkomunistycznych socjaldemokratów. I układ ten zdecydował o nieistnieniu ideowej lewicy na długie lata. A żeby powiedzieć precyzyjnie: aż do dziś” – pisze Dąbrowska. Dodajmy, że to jest wersja optymistyczna (choćby dlatego, że z pookrągłostołowej III RP zostały już tylko niedobitki, a więc z tego wynikałoby, że teraz droga wolna).

  

Żeby wskazać ewentualną wersję pesymistyczną, przypomnijmy, że pierwsza niespełniona nadzieja na wskrzeszenie lewicy to próba odtworzenia w 1987 r. PPS (w czym uczestniczyła sama Dąbrowska). Do Jana Józefa Lipskiego, Piotra Ikonowicza, Józefa Piniora nie chciała się wówczas przyłączyć cała reszta wychowanych w lewicowej tradycji działaczy opozycji - z Jackiem Kuroniem na czele. Oczywiście rzecz nie rozbija się o te dwa lata między 1987 a 1989 rokiem, ale o to, że to wcale nie konsensus stworzony przy okrągłym stole zdecydował o kryzysie lewicy. Było raczej odwrotnie, to kryzys lewicy zadecydował o kształcie przyjętego po okrągłym stole konsensusu.

  

Eksport neoliberalnej rewolucji do Polski nastąpił w czasie, gdy wszędzie na świecie zaczął się kryzys partii socjaldemokratycznych. Przecież nawet tam, gdzie nie ma postkomunistów, lewica w latach 80. i 90. popadła w marazm i trwa dziś siłą inercji - tam, gdzie ruch socjaldemokratyczny zdążył się dobrze wcześniej rozpędzić (Skandynawia, długo, długo nic, wreszcie Niemcy i Francja), sytuacja wygląda jeszcze znośnie.

  

Nigdzie jednak lewica nie odnosi znaczących sukcesów, będąc do końca sobą. Partia Demokratyczna za czasów Billa Clintona i Partia Pracy pod przywództwem Blaira potrafiły odzyskać wigor, ale właśnie za cenę wyrzeczenia się lewicowości. W Hiszpanii Zapatero liberalizuje co prawda prawo obyczajowe, laicyzuje sferę publiczną, ale kontynuuje neoliberalną politykę gospodarczą Aznara. Petrosocjalizm Chaveza dałoby się jeszcze zaprowadzić w Arabii Saudyjskiej i Kuwejcie, ale nie w Polsce.

  

Mówiąc o tym, że ideowa lewica nie powstała w Polsce na własne życzenie, być może chodzi Dąbrowskiej o podejmowane wielokrotnie przez niepostkomunistyczną lewicę (PPS, UP i in.) próby współpracy i „wychowywania” SdRP, a później i SLD, i SdPl. Faktycznie, westchnienie: „Jakie to było naiwne!” unosi się nad całym tekstem redaktorki „Dziennika”. Zgoda, ale jakie były inne możliwości? Zresztą – patrząc, jak dobrymi uczniami byli postkomuniści w szkole neoliberalizmu, można było zakładać, że umieliby nauczyć się także zasad socjaldemokratycznych. Problem w tym, że nie tylko oni, ale prawie nikt w latach 80. i 90 nie chciał się ich uczyć.

  

Dlatego właśnie lewica KOR-owska nie poszła za Lipskim. Grzechem naiwności obarczone jest raczej wyjaśnianie historycznych wydarzeń złymi charakterami uczestniczących w nich ludzi – jak na analizę polityczną jest nieco zbyt sentymentalne. Wcale nie wykluczałbym, że wielu polityków SLD naprawdę chciało być dobrymi socjaldemokratami. Ale w sytuacji, gdy na kilka lat wiarę w idee socjaldemokracji stracił nawet sam papież polskiej lewicy – Jacek Kuroń, nie należy się przesadnie dziwić, że nie potrafili uwierzyć w nią postkomuniści.

  

Pozostaje zatem już ostatnia możliwość. To nie w tekście Zuzanny Dąbrowskiej znajdziemy wyjaśnienie, dlaczego ideowa lewica nie powstała „na własne życzenie”, ale w tekstach jej poprzedników w dyskusji, do której wspomniany tytuł wydaje się być komentarzem. Wszystkie trzy zaprezentowane w debacie teksty koncentrują się na demaskowaniu SLD (przy czym Smosarski za „odpryski” SLD uważa też wszystko poza sobą samym) jako nieprawdziwej lewicy.

  

Tym, którzy jeszcze tego nie wiedzą, powiedzmy, że od dawna obowiązkowym rytuałem inicjacyjnym każdego, kto odkrywał w sobie lewicowe przekonania, była dogłębna i bezlitosna krytyka SLD. Ale Smosarski, Wielgosz i Zandberg to przecież stare konie! Lata po tym, jak wszystkim razem i każdemu eseldziarzowi z osobna wykrzyczano już w twarz: Irak, aborcja, eksmisja na bruk, zabranie dotacji do barów mlecznych itd. itp., trzej autorzy uważają, że krytyki Leszka Millera wciąż i nigdy za mało.

  

Każdy, kto okazji do publicznego zabrania głosu nie wykorzysta do oplucia SLD, ryzykuje, że albo zostanie z SLD utożsamiony, albo jego papiery na lewicowość nie zostaną potwierdzone. Smosarski ma nawet nadzieję, że jak napluje nie tylko na SLD, ale także na wszystko inne po lewej stronie, to przestanie być na chwilę marginesem i poczuje się choć przez moment jedyną prawdziwą lewicą. Ale dziś już nawet popularni prezenterzy telewizyjni wiedzą, że SLD i lewica to tylko roboczo stosowane synonimy.

  

Dlaczego tak doświadczeni i dobrze wykształceni działacze lewicowi, jak Wielgosz czy Zandberg (Smosarskiego nie chcę obrażać podejrzeniem, że czyta książki, bo pisanie esejów i czytanie książek uznał za największą obok bycia członkiem SLD stratę czasu), nie powiedzieli nam nic więcej?

  

Zacznijmy od tego, że kryzys lewicy wziął się z kryzysu polityczności w ogóle. W pewnym momencie wszyscy (albo prawie wszyscy) uwierzyli w to, że upadek komunizmu i kres zimnej wojny oznaczają koniec konfliktu politycznego i możliwość sformułowania konsensusu w zasadniczych sprawach definiujących współczesny kształt wspólnoty politycznej. Tak jak istnieje jedna racjonalność polityczna (demokracja liberalna), jedna racjonalność etyczna (prawa człowieka), tak uznano, że towarzyszy im jedna jedyna racjonalność ekonomiczna: wolny rynek. Polską modernizację przeprowadzano właśnie w zgodzie z tym konsensusem. W efekcie idee stricte lewicowe wypadły poza spektrum cywilizowanych poglądów i zostało miejsce jedynie na taką lewicę, która się owemu konsensusowi podporządkuje.

  

Na takie podporządkowanie gotowi byli postkomuniści, którzy chcieli zaskarbić sobie w nowych czasach zaufanie nowych elit. Ale nie tylko postkomuniści! Prawie wszędzie na świecie lewica uznała swoją porażkę i poszła „trzecią drogą”. To pierwszy sposób faktycznej rezygnacji przez lewicę z polityki. Ale jest jeszcze drugi. Komplementarnym i przynoszącym podobne efekty zjawiskiem jest antypolityczny radykalizm. „Trzeciodrogowcy” rezygnują z polityki (czyli wcielania w życie swoich idei) na rzecz pragmatyzmu, „prawdziwa lewica” zaś zamienia politykę w egzamin z moralności. W pierwszym przypadku kryterium powodzenia jest sam sukces wyborczy (efekt marketingu politycznego, tworzenia wizerunku itp.), w drugim – ocalenie ideowej czystości. Nikt zaś nie rozlicza się z wpływu na zmianę polityki państwa i efekty płynące z tej zmiany dla społeczeństwa.

  

Dąbrowska, wypowiadając w konkluzji swojego tekstu z pozoru tylko banalnie brzmiące słowa, że „lewica wtedy będzie miała szanse istnienia politycznego, kiedy będzie potrafiła realnie zmieniać świat”, trafiła więc w samo sedno. Chodzi o stworzenie szans na polityczne zaistnienie lewicy. Środowisko „Krytyki Politycznej” powstało jako próba wyjścia poza tę opisaną wyżej chorą alternatywę (albo usprawiedliwianie wszystkich posunięć SLD – bo przecież innej lewicy nie mamy – albo kontestacja polityki w poczuciu moralnej wyższości).

  

Sformułowało projekt, którego podstawowym celem jest właśnie stworzenie warunków umożliwiających uprawianie lewicowej polityki w znaczeniu, które wykracza poza prezentowane na ekranach słupki poparcia, ale i nie zadowala się poczuciem moralnej czystości. Warunkiem koniecznym takiej polityki jest zbudowanie w sferze publicznej silnej przeciwwagi dla dominujących w niej konserwatyzmu obyczajowego i liberalizmu ekonomicznego.

  

Żeby to zrobić, niestety towarzyszu Smosarski, trzeba wydawać książki i pisma, tworzyć sieć ośrodków wymiany myśli (a i czasem podyskutować), trafiać do ludzi. Trzeba także zaangażować środowiska kulturalne, którym naprawdę ciąży już naiwna apolityczność i brak wpływu na bieg spraw publicznych. To dziś błyskawicznie powiększający się kapitał, którym nie dysponuje w Polsce prawica. Trzeba także się zbroić – w instytucje, media, zastępy ludzi oraz wiedzę – słowem: budować infrastrukturę polityczną. Z takich pozycji sprawa tego, czy się będzie próbowało oddziaływać albo współpracować ze słabnącą formację postkomunistyczną, czy nie – przestaje być wówczas kwestią życia czy śmierci. Skuteczniejsze jest także angażowanie się w bezpośrednią pomoc wykluczonym ekonomicznie czy kulturowo. Pielęgniarki albo żony górników wesprzeć można czymś więcej niż honorową obecnością, także cenną oczywiście.

  

Dziś lewica ma wiele powodów do optymizmu. To jej mistrzowie znów na świecie święcą dziś triumfy – od nobli w dziedzinie ekonomii dla szkoły neokeynesowskiej, przez publicystykę Barbary Ehrenreich czy Naomi Klein po filozoficzne wykłady Slavoja Żiżka, Alaina Badiou czy Jacquesa Ranciere’a. Co więcej, prawdziwy kryzys zaczyna przechodzić dziś w Polsce prawica. PiS-owski projekt „współczującego konserwatyzmu” zawalił się z hukiem. Pierwsze miesiące Platformy Obywatelskiej ujawniły puste szuflady i brak zdecydowania, przy ogromnie rozbudzonych oczekiwaniach społeczeństwa, które dało rządowi Tuska ogromny kredyt zaufania. Tym większe i szybsze może być rozczarowanie. Platforma rządzi właściwie bez politycznego projektu. Utrzymująca się ciągle hegemoniczna pozycja partii prawicowych w polskiej polityce jest dyskontowaniem efektów kilkunastoletniej mozolnej pracy wielu prawicowych środowisk. Nie widać ich następców.

  

Od pism począwszy przez kulturę po nowych liderów politycznych, dziennikarzy i publicystów. Od lat nie powstało żadne nowe i prężne środowisko prawicowe. Gdzie jest pokolenie JP II? Nawet polski Kościół zaczyna przechodzić głęboki kryzys. Nie ma przywódcy na miarę Prymasa Wyszyńskiego, nie ma Jana Pawła II, umierają (jak ks. Józef Tischner i ks. Stanisław Musiał) albo odchodzą (Stanisław Obirek, Tomasz Węcławski) najwybitniejsi jego reprezentanci. Zniknął „Kościół otwarty”, za to mocno trzyma się środowisko Tadeusza Rydzyka. Dziś to ciągle prawica wychowuje Polaków, ale nie wychowuje już wychowawców.

Tekst ukazał się w „Dzienniku” z 30 stycznia 2008.

Komentarze
Dodaj nowy
quaga   |31.01.2008 06:54:06
Zawsze byłem zwolennikiem SLD. Z powyższej homili wynika ,że głosowanie na tą
partię nie jest już dżezi. Chciałbym wiedzieć kiedy KP zdecyduje się wreszcie
założyć "słuszną" partię lewicową? Za 5, 10 a może 20 lat?
re.akcja  - _   |31.01.2008 14:09:52
Grzechem naiwności obarczone jest raczej wyjaśnianie historycznych wydarzeń
złymi charakterami uczestniczących w nich ludzi  jak na analizę polityczną jest
nieco zbyt sentymentalne.  - Tu Sierakowski ma bezwzględna rację. Choć nie
widzi belki we własnym oku. Kulturalizm,oderwanie od realiów i problemów
ekonomicznych, pogarda dla ciemnego ludu też mają swój udział w słabości
polskiej lewicy. Wystarczy przypomnieć słowa Kingi Dunin z Dziennika: Dla
mnie, oczywiście w jakimś sensie, konserwatywna Polska, nawet jeśli krzywdzona
ekonomicznie, jest też wrogiem. Oczywiście, trzeba oddać sprawiedliwość pani
Dunin, która w innym miejscy tej samej rozmowy powiada: Pojawia się świadomość,
że emancypacja kulturowa musi być połączona ze zmianą warunków ekonomicznych..
Ma rację. Zaangażowanie w protest pielęgniarek było być może błędem z punktu
widzenia taktyki politycznej (ordynatorzy, kierujący protestem chcą prywatyzacji
służby zdrowia) ogólnie było jednak słuszne. Trzeba angażować się w ruch i
praxis. Pielęgniarki, górnicy, katolicy nawet tzw. mohery są naszymi
potencjalnymi sojusznikami. Linie podziału nie przebiegają w sferze nadbudowy,
tylko bazy. Inne podejście do sprawy to stawianie problemu z nóg na głowę.
Akcentowanie walki o "hegemonię kulturową" przez nową lewicę nie jest
przypadkowe. Gdyby jej zwolennicy zastosowali krytyczną aparaturę wobec samych
siebie, mogliby dojść do ciekawych wniosków. Na przykład - że ich trudności ze
"zstąpieniem z porządku słów do porządku rzeczy" (lub, mówiąc inaczej, z
nieba na ziemię) wynikają z ich pozycji społecznej. Zazwyczaj są dobrze
sytuowanymi intelektualistami, wykładowcami, dziennikarzami itd. Zawodowo
zajmują się myślami i słowami. Stąd mają skłonność do przeceniania ich roli. Nie
muszą się martwić o materialne podstawy swojej egzystencji. Dlatego mogą
twierdzić, że najważniejsze są problemy "polityczności" a nie ekonomii.

Wynika to również z braku rzetelnej i nowoczesnej wiedzy ekonomicznej na
lewicy (braku, od którego, przyznaję, sam nie jestem wolny). Wystarczy porównać
ile miejsca w najnowszej "Krytyce Politycznej" zajmuje dział "Lewica
uczy się ekonomii", a ile artykuły o teatrze, kinie, psychoanalizie itd.
(choć z drugiej strony dobrze, że taki dział w ogóle się pojawił).

KP
zbiła największy polityczny kapitał na wydaniu pism Lenina. Lenin
"krytycznych krytyków" jest jednak przede wszystkim Leninem z "Co
robić?". Po pierwsze pozwala chwalić "polityczność" a ganić
"ekonomizm" (przypomnijmy ówczesne ataki Lenina na pisma mieńszewickich
"ekonomistów"). Po drugie idea awangardy musi bardzo podobać się
intelektualnym, lewicowym elitom. Będą mogły wszak wnosić zachodnią świadomość w
ciemny, polski lud. Taki inteligencki awangardyzm widać u Sierakowskiego kiedy
chwali się, że to on, a nie prawica wychowuje wychowawców. A przecież Marks
sformułował to pytanie (kto wychowa wychowawców?) właśnie jako zarzut pod
adresem Roberta Owena, który uważał, że wystarczy gdy intelektualiści
odpowiednio wyedukują lud. To pytanie jest zresztą nawiązaniem do wątpliwości
Arystotelesa - kto będzie strzegł strażników?. Wyraża nieufność wobec idei
jakiejkolwiek awangardy prowadzącej masy.

Właśnie to, typowe dla
inteligencji, przecenianie teorii prowadzi Sierakowskiego do nadmiernego
optymizmu w ocenie polskiej lewicy: Dziś lewica ma wiele powodów do optymizmu.
To jej mistrzowie znów na świecie święcą dziś triumfy  od nobli w dziedzinie
ekonomii dla szkoły neokeynesowskiej, przez publicystykę Barbary Ehrenreich czy
Naomi Klein po filozoficzne wykłady Slavoja Żiżka, Alaina Badiou czy Jacquesa
Rancierea. To, że w tym sezonie na salonie nosi się idee lewicowe jeszcze o
niczym nie świadczy. Jako realny ruch jesteśmy zajebiście słabi. Poparcie
społeczne jest minimalne. Aby je zdobyć nie wystarczy wydawać książki o estetyce
(nie twierdzę wcale, że KP robi tylko to).

Nierzetelny też wydaje mi się
zarzut wobec p. Smosarskiego o brak zaangażowania politycznego: Skuteczniejsze
jest także angażowanie się w bezpośrednią pomoc wykluczonym ekonomicznie czy
kulturowo. Pielęgniarki albo żony górników wesprzeć można czymś więcej niż
honorową obecnością, także cenną oczywiście. Akurat CK-LA angażuje się, nie
tylko honorowo. Może warto porozmawiać z rodzinami, które dzięki działalności
CK-LA uniknęły eksmisji, zanim sformułuje sie takie zarzuty?

Na koniec o tym,
w czym moim zdaniem można widzieć nadzieję dla lewicy w Polsce:
Petrosocjalizm
Chaveza dałoby się jeszcze zaprowadzić w Arabii Saudyjskiej i Kuwejcie, ale nie
w Polsce.  - Tu bym się nie zgodził. Połączenie socjalizmu, patriotyzmu i
ludowego katolicyzmu, które dało zwycięstwo Chavezowi mogłoby się sprawdzić i w
Polsce. Takie połączenie oddolnego anarchicznego kolektywizmu, żywiołowego
patriotyzmu i inkluzywnego, tolerancyjnego katolicyzmu stworzyło kiedyś
Solidarność. Teraz w formie zdegenerowanej, ciążącej ku endecji próbował
wcielić w życie PiS. I uzyskał 30% poparcia. Wiem, że po Chavezie zadziwiająco
solidarnie jeżdżą zarówno Wyborcza jaki i Dziennik. Kreują go niemal na
nowego Stalina. Choć wybory, wygrane przez niego ogromną większością głosów,
odbyły się pod nadzorem ogromnej ilości. Ale może warto spojrzeć na rzecz
bardziej samodzielnie? Przypomnijmy, że mistrz KP Slavoj Żiżek, właśnie w
praktyce politycznej Chaveza widzi przyszłość i nadzieję lewicy.
re.akcja   |31.01.2008 18:52:34
Nie wiem czemu zlikwidowało cudzysłów w moim tekście. Mam nadzieję, że mimo to,
będzie w miarę zrozumiały. W zdaniu przedprzedostatnim miało być "ogromnej
ilości zagranicznych obserwatorów". Przepraszam za zamieszanie techniczne i
pozdrawiam.
araya  - re.akcja   |04.02.2008 20:13:38
Wypowiadasz się całkiem sensownie. Od razu widać, że nie jesteś z Warszawy :)
Choć zarzuty wobec Sierakowskiego uważam za przesadzone. To moim zdaniem jednak
najbystrzejszy obecnie analityk polityczny i publicysta młodego pokolenia. Jest
intelektualistą, nie działaczem społecznym. Taka jego funkcja - analizowanie,
nie działanie. Nie można wymagać od człowieka, aby był wszystkim.
Jednakże
problem naświetlony przez Ciebie moim zdaniem bardzo trafnie, pozostaje - i
nurtuje nie tylko polską lewicę, o czym przecież Sierakowski pisze. Polega on na
określeniu tożsamości politycznej w postpolitycznej rzeczywistości. To banał.

Mówiąc bardziej topornie i niesalonowo - chodzi o to, czy lewica ma bronić
praw gejów, siedząc przy kawce na wernisażu a obronę praw pracowniczych
pozostawić populistycznej "prawicy".
Ja myślę, że na problem trzeba
spojrzeć właśnie od marksistowskiej, klasowej strony i wtedy być może uzyskamy
więcej światła. Otóż, jak słusznie piszesz, Kinga Dunin, Sławomir Sierakowski i
inni, należą do innej klasy, niż praczka z Pcimia. Czy oznacza to, że nigdy się
nie zrozumieją? Czy może jednak należy Dunin i Sierakowskiemu pozwolić praczkę z
Pcimia edukować, żeby następnym razem nie głosowała na ojca Rydzyka? To pytanie
chyba podstawowe, na które jak dotąd, śmiem twierdzić, nikt nie znalazł
jednoznacznej odpowiedzi.
PS: To paradoks historii, ale lewicowe były zawsze
elity i awangarda. Lud był zawsze ciemny i taka jest prawda, czy nam się to
podoba czy nie (oczywiście, jeśli w ogóle taki byt jak "lud" istnieje,
co do czego też można mieć uzasadnione wątpliwości).
re.akcja   |05.02.2008 09:19:28
Araya, ja bardzo cenię Sierakowskiego, chociaż w większości spraw się z nim nie
zgadzam. Nie wymagam też od niego, żeby zaraz zakładał Uniwersytety Ludowe, albo
szkoły dla chłopskich dzieci w Jasnej Polanie (chociaż takie działania też
bardzo cenię).

Problem jest inny. W społeczeństwie informacyjny podział na
edukowanych i edukujących będzie być może głównym narzędziem panowania
klasowego. I na to trzeba uważać.

Kinga Dunin ma oczywiście prawo edukować
przysłowiową "praczkę". Tyle, że bez walki o realne, materialne interesy
owej praczki na nic zda się walka w sferze nadbudowy.

Nie wydaje mi się też,
żeby "elity" były bardziej lewicowe od "ludu".
"Lewicowość" (zwłaszcza w sferze obyczajowej) służy jednak często
intelektualistom do zaznaczenia swej wyższości nad ludem. Weźmy powstanie w
Wandei w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej. To było wystąpienie
zrewoltowanego chłopstwa, które pod białym sztandarem monarchii walczyło z
rewolucyjnym rządem paryskim. Tyle, że ten rząd składał się głównie z
przedstawicieli młodej burżuazji (adwokatów, dziennikarzy itd.). Z kolei 80 czy
90 % ofiar gilotyny to byli przedstawiciele stanu "czwartego" i dołów
stanu trzeciego. Nie chcę tu, broń Boże, atakować Wielkiej Rewolucji Francuskiej
za rzekomy "totalitaryzm" (jak to ostatnio jest w modzie). Chcę tylko
pokazać, że przyczyną ludobójstwa w Wandei było zadufanie inteligenckiej
"awangardy" rewolucji. Saint-Just zwykł mawiać "lud wiecznie jest
dzieckiem". Więc intelektualiści podjęli się oświecenia tego dziecka. Wzięli
się za wykorzenianie "zabobonów". Chłopi wandejscy byli skłonni poprzeć
reformy społeczne Rewolucji. Do buntu doprowadziła ich "Konstytucja cywilna
kleru", która kompletnie lekceważyła ich głęboko zakorzenione przekonania
religijne. Rewolucyjna Francja musiała więc marnować siły na krwawą wojnę
domową, zamiast użyć ich do walki z monarchami europejskimi.

Z wydarzeń
późniejszych warto sobie przypomnieć degenerację ideałów Rewolucji
Październikowej. Biurokratyzacja i panowanie sowburżuazji (jak mawiał
Majakowski) wynikało właśnie z "awangardyzmu". "Awangardyzm" to
typowe podejście inteligenckich modernizatorów w kraju postkolonialnym.
Poszlachecka inteligencja boi się tubylców, więc woli liczyć na odgórną
modernizację w wykonaniu oświeconej władzy w stylu Piotra I. Takie podejście
zostaje inteligencji, nawet gdy staje się krytyczna wobec panujących. Wystarczy
popatrzeć jak Tkaczow, czy później Lenin kopiowali Piotra I. Zinowiew namawiając
do kolektywizacji i industrializacji mówił nawet o o potrzebie wewnętrznej
kolonizacji rosyjskiego chłopstwa przez inteligencję.

Warto wyciągnąć z tego
lekcję. Choćby taką, jaką wyciąga Agata Bielik-Robson w swoim artykule
"Obrona kołtuna?" z pierwszego nr "KP"

Ostatnia sprawa.
Oczywiście nie istnieje taki niezmienny, platoński byt jak "lud".
Chociażby dlatego, że zieli się na klasy. Jednak w obecnej polskiej sytuacji nie
można opierać się na kryterium jakiejś "czystości klasowej". Klasa
robotnicza, przewodząca rewolucji solidarnościowej jest dziś rozbita. Chociażby
w wyniku zmian stosunków produkcji (likwidacja wielkich zakładów). Dlatego
trzeba opierać się na ruchu międzyklasowym. Mówiąc inaczej na tożsamości
"zwykłego, szarego człowieka" przeciwstawionej establishmentowi. PiS
potrafił robić na tym dobry kapitał polityczny. Choć oczywiście dla
"zwykłych ludzi" zrobił niewiele.

Pozdrawiam
Tolek Banan   |05.02.2008 14:12:16
Obaj/oboje reprezentujecie typowo paternalistyczne podejście do "ludu".
Dunin czy Sierakowski mają edukować praczkę i walczyć o jej interesy
ekonomiczne. A czy w tym wszystkim jest jakieś miejsce dla praczki, jej marzeń,
pragnień, oczekiwań i żądań?

Zabawę w edukowanie ludu urządzali sobie
stołeczni inteligenci w ramach salonowej mody 100 lat temu. Postawa lewicowa to
współpraca z ludem, wspieranie go, owszem, uczenie go, ale też uczenie się od
niego. Postawa którą proponujecie to czystej wody liberalny "wrażliwy"
paternalizm. Słusznie niedawno w "Dzienniku" Smosarski stwierdził, że
Sierakowski i spółka zachowują sie wobec ludu w taki sposób, jaki pasuje raczej
do Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego - dobry władca (idei) łaskawie zajmie się
ludem.
re.akcja   |05.02.2008 15:33:55
Tolku, ale ja właśnie w obu moich wypowiedziach atakuje takie paternalistyczne
podejście.

Dla przykładu fragment z mojej pierwszej wypowiedzi:
"inteligencki awangardyzm widać u Sierakowskiego kiedy chwali się, że to on,
a nie prawica wychowuje wychowawców. A przecież Marks sformułował to pytanie
(kto wychowa wychowawców?) właśnie jako zarzut pod adresem Roberta Owena,
który uważał, że wystarczy gdy intelektualiści odpowiednio wyedukują lud. To
pytanie jest zresztą nawiązaniem do wątpliwości Arystotelesa - kto będzie
strzegł strażników?. Wyraża nieufność wobec idei jakiejkolwiek awangardy
prowadzącej masy."

Truno chyba powiedzieć, żeby ten fragment chwalił
"edukacyjną misję" inteligencji, paternalizm itd.

Dalej piszę, że:
"W społeczeństwie informacyjny podział na edukowanych i edukujących będzie
być może głównym narzędziem panowania klasowego. "

Jeszcze dalej, że
konsekwencje takiego paternalistycznego podejścia (w stylu "lud wiecznie
jest dzieckiem") są opłakane. Co pokazuje przykład powstania w Wandei, czy
Wielkiego Głodu w Rosji.

Chodzi mi właśnie o to, że to powrót do leninowskiej
idei awangardy (czy też idei edukującej inteligencji) jest błędny. Właśnie
podział na "wychowawców" i wychowywanych" na rządzących i rządzonych
chciał zaatakować Marks. I robił to w praktyce, chociażby rewidując swoje
stanowisko i przyznając się do błędu w czasie Komuny Paryskiej. Potrafił uczyć
się od ludu i zmienić swoją teorię, pod wpływem praktyki ruchu robotniczego.
Zmienił literę swoich poglądów, ale pozostał wierny ich duchowi. Marksizm
zakłada bowiem, że rzeczywistość zmienia się historycznie, a historię tworzą
ludzie. Niezmienne, idealne prawdy, stworzone w zaciszu gabinetów powinny
ustąpić przed
praxis (choć oczywiście nie należy nie doceniać pracy
teoretycznej).

Pisząc cytowane przez Ciebie słowa o Dunin, miałem na myśli co
innego. Chodziło mi po prostu o to, że każdy ma prawo głosić swoje poglądy i
przekonywać do nich innych (tj. uprawiać propagandę). Tylko, że bez zmian
ekonomicznych, nawet na niewielką skalę (np. takich jak akcje lokatorskie CK-LA,
o których pisałem w pierwszym poście) "hegemonia dyskursywna" da
niewiele. Być może nie wyraziłem się wystarczająco precyzyjnie.
Tolek Banan   |05.02.2008 15:56:14
No to OK, przepraszam jeśli źle zrozumiałem Twoje intencje. Ale ten fragment o
praczce mnie zmylił, poza tym jestem nadwrażliwy na takie łaskawe zajmowanie się
ludem przez samozwańczą elitę. Lewicowość to uznanie podmiotowości i
samodzielności ludu, a także ostrożność wobec narzucania mu rzekomo słusznych
wzorców (z tym, że Marks z jego bajaniem o "fałszywej świadomości" i
konieczności jej zmiany nie jest lewicowy). Dla mnie cały sposób działania i
argumentacji stosowany przez KP jest czysto prawicowy i elitarystyczny. Bliższy
lewicy jest już PiS, choć tam też "proludowe" hasła skrywają nieufność
wobec ludu i chęć narzucenia mu swoich wizji.
re.akcja   |05.02.2008 16:19:29
Jasne, że kategoria "fałszywej świadomości" jest niebezpieczna. Stwarza
możliwość pojawienia się "adwokatów" ludu, którzy lepiej niż on wiedzą,
co lud powinien myśleć. Ale do stwierdzenia, że Marks nie był lewicowy bym się
nie posunął. Marks nie został np. wybrany przez robotników do I Międzynarodówki
(którą przecież sam zakładał!). No i zaakceptował ten wybór, nie pomstował i nie
napisał serii artykułów przeciw "ciemnym robolom". Marks miał osobiście
zapewne dość paskudny charakter, trzymał służącą, a nawet zrobił jej dziecko
(które zresztą później utrzymywał za swój hajs Engels). Nie zmienia to jednak
faktu, że nie był wyalienowanym intelektualistą. I, że został przez klasę
robotniczą zaakceptowany jako "swój". Pod koniec XIX wieku niemieccy
robotnicy nakazywali swoim dzieciom w testamentach, aby chować ich do grobu z
"Kapitałem" w trumnie. A żadna lewicowa analiza ekonomiczna nie obędzie
się dziś bez narzędzi analizy stworzonych przez Marksa.

Pozdr
Tolek Banan   |05.02.2008 16:33:59
Wyszedł mi niefortunny skrót myślowy - jasne, spora część analiz i postulatów
Marksa jest wyprowadzona z pozycji jak najbardziej lewicowych. Natomiast mało
lewicowe wydaje mi się właśnie owo piętnowanie "fałszywej", bo
sprzecznej z wizjami Marksa, świadomości. Z punktu widzenia arystokraty parobek,
który podważał feudalny ład, też miał fałszywą świadomośc.
thomas   |05.02.2008 17:01:12
Tolku, u Marksa fałszywa świadomość to raczej systematyczne złudzenie wynikające
z pozycji społecznej — takie, które powoduje, że pod wpływem neoliberałów chce
się robić zwolnienia podatkowe dla działalności charytatywnej prywatnych
instytucji. Tymczasem tysiąc Owsiaków i Ochojskich, choćby i zbożnie działając,
nie może zastąpić prawdziwej polityki społecznej, która opiera się na podatkach.
Fałszywa świadomość menedżerów i konsultantów gospodarczych każe im
przyklaskiwać zwolnieniu podatkowemu, bo "państwo przecież wszystko
przeje". Pewnie, przeje, dofinansowując szpitale, w których Owsiak wstawia
aparaturę.

Oczywiście, marksiści w stylu Lukacsa się mylili, sądząc, że to
partia ma z definicji świadomość niezafałszowaną (miała jak najbardziej fałszywą
przez większość panowania), będąc "emanacją" proletariatu. Niemniej samo
zjawisko fałszywej świadomości zostało przyswojone przez socjologię wiedzy i
dziś o systematycznych złudzeniach wiemy całkiem sporo, nie musząc przy tym
imputować sobie wszechwiedzy, jak zdarzało się - choć tylko niekiedy - Marksowi.
thomas  - do re.akcji   |05.02.2008 17:03:23
A tak co do pracy u podstaw, to przecież Sierakowski też brał udział w akcjach
oddolnych. Kto organizował pomoc dla Białego Miasteczka? Krasnoludki czy
środowisko Krytyki Politycznej? A może to CK-LA wydawało Kurier Białego
Miasteczka?
araya  - re.akcja i Tolek Banan   |05.02.2008 17:11:02
re.akcja prezentuje typowo pisowski populizm, który chyba skądś znam - czy aby
nie z forum lewica.pl? Natomiast Tolek Banan prezentuje romantyczny XIX wieczny
anarchizm, właściwy narodnikom, tymczasem mamy wiek XXI - trzeba przestawić
sobie laseczkę w głowie. Obaj mają natomiast jedną cechę wspólną - kompletnie
ignorują rzeczywistość. Kto to taki - zwykły, szary człowiek? Czy to może
francuski chłop, który wzniecił rzeź w obronie zabobonu, bo władza próbowała go
troszkę oświecić. Wnosząc z zachwytów re.akcji, wg niego chyba tak. W takim
razie ja wolę takiego "zwykłego, szarego człowieka omijać z daleka.
Tolek,
a jakie, Twoim zdaniem, mogą być "marzenia, potrzeby, oczekiwania i
żądania" praczki z Pcimia? Bo mogą być np takie, żeby sąsiadka złamała nogę.
Albo żeby Żydzi przestali rządzić w Polsce. Albo żeby syn został żołnierzem.
Albo księdzem. Mam się w to wczuwać? Pomagać w realizacji?
Nie ma żadnego
"ludu" ani "szarego człowieka" - są prostu ludzie, na ogół
pazerni, chciwi, zakłamani, podli, bezwzględni. A elity istniały zawsze - po
prostu społeczeństwo charakteryzuje się tym, że dzieli się na klasy. I nic na to
nie poradzimy. Zawsze będą istnieć ludzie mądrzejsi i głupsi. Wrażliwi i
gruboskórni. Raczej dobrzy i raczej źli. Ale przecież nie o tym jest ten
artykuł, tylko o miejscu i kształcie lewicy w dzisiejszym świecie. Jak
jesteście tacy mądrzy, to powiedzcie, jak, nie popadając w protekcjonizm
państwowy, właściwy dzisiaj raczej prawicy i łatwo przeradzający się w
nacjonalizm, bronić praw ludzi pracy, skoro rynek pracy się zglobalizował? Jak
bronić praw Polaka przed "pracodawcą", skoro "pracodawca" może
sprowadzić sobie Chińczyka, który żadnych praw nie potrzebuje i zawsze będzie
tańszy i wydajniejszy?
Jeżeli chcemy dyskutować, nie wolno nam uciekać od
konkretów wyłącznie w świat idei, choćby i najpiękniejszych, bo tak do niczego
nie dojdziemy. Idea, owszem, jest potrzebna i o tym także Sierakowski pisze.
Ale, na Jowisza, nie wolno jej wcielać w życie w oderwaniu od konkretu, bo już
takie próby podejmowano i wiadomo, czym się skończyły.
PS: Jak to bardzo ładnie
ujął Piotrek Ikonowicz, kiedy jeszcze był normalny, "największym marzeniem
proletariusza jest przestać być proletariuszem". Więc - wybaczcie szczerość
- uważam, że największym marzeniem praczki z Pcimia jest mieć własną pralnię i
móc wyzyskiwać inną praczkę. I nie wyruguje się tego w inny sposób, niźli
edukacją, opartą na wiedzy, którą przecież musi ktoś najpierw zebrać a potem
krzewić. I to jest właśnie zadanie dla elity. Bo praczka się sama na Tańcu z
gwiazdami i Big Brotherze nie wyedukuje. Więc, prawdopodobnie, zamiast lewicowej
elity, "wyedukuje" ją ojciec Rydzyk.
re.akcja   |05.02.2008 17:37:41
Thomasie, przeczytaj uważnie mój tekst.

Piszę wprawdzie, że nie mamy poparcia
społecznego i, że "Aby je zdobyć nie wystarczy wydawać książki o
estetyce". Ale zaraz dodaję, że "(nie twierdzę wcale, że KP robi tylko
to)."

W jeszcze innym miejscu piszę właśnie o proteście pielęgniarek:
"Zaangażowanie w protest pielęgniarek było być może błędem z punktu widzenia
taktyki politycznej (ordynatorzy, kierujący protestem chcą prywatyzacji służby
zdrowia) ogólnie było jednak słuszne."

Jeśli coś mi się nie podoba to
nieelegancki atak Sierakowskiego na Smosarskiego. Mogą się ze sobą nie zgadzać w
kwestiach światopoglądowych. Ale na bezpośredniej działalności oddolnej to CK-LA
zęby zjadła. A zatem zarzucanie im, że wspierają pielęgniarki czy górników
wyłącznie "honorową obecnością" jest nierzetelne.
re.akcja   |05.02.2008 17:52:00
Nie tylko nierzetelne, ale wręcz żenujące. Smosarski to jest facet, który od
kilkunastu latach brał udział w kilkuset jeśli nie kilku tysiącach konkretnych
działań, ryzykując utratę pracy, proces sądowy (o tzw. pobicie policjanta w
czasie poprzednich protestów pielęgniarek) i wydatki ze swojej skromnej pensji.
A Sierakowski się strasznie wysilił, bo za szmal z jakiejś fundacji czy z gaży
za teksty w Wyborczej wydał kilka gazetek dla pielęgniarek. W proteście, który
zresztą z lewicowego punktu widzenia był kompletnie absurdalny, ale mniejsza o
to. Nie wymagam, żeby Sierakowski robił wszystko i żeby zamiast pisania
organizował demonstracje, ale żenujące jest gdy ktoś taki wymądrza się na temat
"honorowej obecności" Smosarskiego wśród protestujących. Smosarski
takich gazetek a la KBM wydał kilkadziesiąt razy więcej, a lepsza jest honorowa
obecnośc na protestach pracowniczych niż legitymizowanie swoimi tekstami
neoliberalnych brednio Newsweeka.

Ale mniejsza o to.

Jasne, Thomas,
oczywiście, że istnieją stałe, strukturalne stereotypy i wyobrażenia jednostek i
grup społecznych, często niekorzystne dla nich samych. Ale intelektualiści też
ulegają temu zjawisku, również ci lewicowi, i nie zawsze proponowane przez nich
alternatywy dla owej fałszywej świadomości są lepsze niż ona. Warto być
ostrożnym, mniej zarozumiałym i pewnym siebie - zwłaszcza gdy ponoć pracuje się
na rzecz "ludu" nie zaś własnej kariery.
Tolek Banan  - Awaria?   |05.02.2008 17:53:19
To powyższe napisałem ja, Tolek Banan! Nie wiem czemu wyśiwetliło się jako post
Re-akcji, z którym/któórą nie mam nic wspólnego!!!
re.akcja   |05.02.2008 18:45:00
1."re.akcja prezentuje typowo pisowski populizm, który chyba skądś znam -
czy aby nie z forum lewica.pl?"

Populistą jestem bez dwóch zdań. W końcu
"populus" to po łacinie lud, a ja jestem zwolennikiem ludowładztwa
(czyli demokracji). Ale na PiS nigdy nie głosowałem. I zdziwiłbyś się, ile się
przeciw różnym posunięciom tej partii (zwłaszcza w polityce międzynarodowej)
naprotestowałem. A na forum lewicy.pl też się pojawiam, pod tym damym
nickiem.

2."francuski chłop, który wzniecił rzeź w obronie zabobonu, bo
władza próbowała go troszkę oświecić." A czy wiesz, drogi arayo, jak
wyglądało to oświecanie? Konstytucja Cywilna Kleru zakładała, że duchowni będą
państwowymi urzędnikami i że będą pochodzić z wyborów. Głosować zaś na nich będą
mogli obywatele, niezależnie od
wyznania. Niby wszystko super, taką ustawę
poparłbym w ciemno. Tyle, że w głosowaniu wyznanie nie miało znaczenie,
natomiast majątek - jak najbardziej. Aby móc wybierać proboszcza trzeba było się
załapać na dość wysoki cenzus majątkowy. Doszło więc do sytuacji, w której
bogaci, kalwińscy mieszczanie mieli wybierać duchownych dla ubogich, katolickich
chłopów, pozbawionych prawa głosu. Oczywiście Konstytucja Cywilna Kleru nie była
jedynym powodem wybuchu powstania. Dołożył się do tego centralizm jakobiński,
likwidujący (dość brutalnie) regionalne odmienności prowincji. Jeśli zaś chodzi
o przyczyny ekonomiczne - rewolucja burżuazyjna wprawdzie znosiła władzę herbu
nad chłopem, ale ustanawiała nad nim władzę pieniądza. Wystarczy popatrzeć na
ustawodawstwo Bolivara, czy później Benito Juareza. Przy okazji zabrania
latyfyndiów klerowi (akcja jak najbardziej warta poparcia), niszczyło ono też
chłopskie, indiańskie wspólnoty ziemskie. Przejmowali je szybko latyfundyści.
Rosły zatem szeregi bezrolnego chłopstwa, które wspierało siły antyrewolucyjne
(jak llaneros w czasach Bolivara).

Poza tym, arayo, ja się wcale nie
zachwycam rzeziami. Napisałem, że powstanie w Wandei odciągało siły francuskie
od obrony Republiki przed wrogami zewnętrznymi. Poza tym na wiele lat boleśnie
podzieliło społeczeństwo francuskie. Dlatego uważam, że ludzie winni jego
sprowokowania nie zasługują na pochwały.

3. Ja nie znam myśli każdej
"praczki". Dlatego, inaczej niż ty, nie zakładam, że musi być
antysemitką, dewotką itd. Nie zakładam też że ludzie są "na ogół pazerni,
chciwi, zakłamani, podli, bezwzględni." Nie zakładam też, że są na ogół
mądrzy, dobrzy itd. Po prostu nie mam takiej wiedzy. I wolę się nie wypowiadać
na temat jakiejś abstrakcyjnej i ahistorycznej "natury ludzkiej",
ponieważ, mam wątpliwości czy taki byt istnieje. Przekonanie o nieodwołalnym
skażeniu ludzkiej natury, uzasadniające potrzebę hierarchii i klasowego
panowania jest typowe właśnie dla prawicy (Burke, Donoso Cortes).

Oczywiście
nie neguję faktu, że społeczeństwo jest podzielone na klasy. Pytanie brzmi: czy
cieszymy się z tego faktu i czy chcemy by ten podział się pogłębiał? I czy
rzeczywiście jest on odwieczny, naturalny i niezbędny dla trwania
społeczeństwa?

4. Co do globalizacji i konkretnych rozwiązań. Nie mam
oczywiście w kieszeni żadnego zbioru gotowych reguł na rozwiązanie problemów
globalizacji. Jeśli Ty arayo dysponujesz jakimiś konkretnymi rozwiązaniami, o
które wołasz, to się z nami podziel. Chętnie dowiem się czegoś więcej.

I choć
nie wiem, jak uratować ziemię przed globalizacją, to myślę, że jest parę rzeczy,
które można by zrobić. Np. można walczyć o podniesienie pensji dla budżetówki i
o sprawiedliwsze rozdzielenie owoców wzrostu gospodarczego. Można to robić
chociażby wspierając strajki. Można pracować społecznie, np. jako
wolontariusz-korepetytor na Pradze (całkiem przyjemna robota, polecam
wszystkim). Można pisać teksty, wydawać gazety. To robi "KP" i za to ją
cenię, chociaż z większością jej poglądów się nie zgadzam i uważam, że jest może
zbytnio uwikłana w kontakty z salonem.

Wracając do globalizacji. Fajnie by
było, gdyby można też było głosować na partię, która nie padałaby na kolana
przed globalnym biznesem. Na razie brak na polskiej scenie politycznej liczącej
się partii, która miałaby taki program. Jeśli by się jednak pojawiła to jej
program powinien skupiać się na obronie suwerenności. Nie chodziłoby tu
oczywiście o jakiś szowinizm i zamykanie się we własnym kraju. Skuteczną obronę
suwerenności może zapewnić tylko współpraca między narodami. Popatrzmy na
takiego Chaveza. Chce bronić niepodległości swojego kraju przed międzynarodowym
kapitałem i amerykańskim imperializmem. Nie jest na tyle głupi, żeby zamykać się
w Wenezueli. I choć czasem przesadza z pozowaniem na prezydenta całej Ameryki
Południowej (np. w wypowiedziach o wyborach w Peru) to generalnie ma rację.
Ameryka Łacińska tylko wtedy może przestać być podwórkiem USA, kiedy zacznie
działać w miarę solidarnie. Dlatego Chavez ma rację pożyczając hajs Argentynie,
żeby ją uniezależnić od Banku Światowego, czy próbując zakładać Bank Południa.


Oczywiście, nasza sytuacja jest inna. Chociażby ze względu na geopolitykę
(bliskie sąsiedztwo Rosji), która wpycha nasze rządy w objęcia USA i idiotyczny
wasalizm

5."praczka się sama na Tańcu z gwiazdami i Big Brotherze nie
wyedukuje. Więc, prawdopodobnie, zamiast lewicowej elity, "wyedukuje" ją
ojciec Rydzyk." Ja wolałbym jednak, zeby praczka nie stała przed wyborem:
"słuchać Kingi Dunin" lub "słuchać Ojca Rydzyka". Wolałbym, żeby
praczka słuchała samej siebie.

Może warto byłoby się też zastanowić,
dlaczego przekaz Ojca Rydzyka trafia do praczek, a przekaz lewicy - nie. Nie
wystarczy tłumaczenie się przewagą ekonomiczną imperium Rydzyka. Swoje imperium
zbudował on w dużym stopniu ze składek słuchaczy. Oczywiście, swoje znaczenie
miała tu też socjotechnika (wystarczy zobaczyć jak często w Radiu M. podawane są
numery konta i prośby o wsparcie finansowe), ale to też wszystkiego nie
tłumaczy. Dlaczego Rydzyk potrafił stworzyć język, który trafia do polskich
"wykluczonych" a lewica nie potrafiła? Warto się nad tym poważnie
zastanowić zamiast zwalać wszystko na "naturalną ciemnotę polskiego
ludu"



Coś ewidentnie świruje w systemie. Przed chwilą zalogowało mnie
jako Tolka Banana i nie wysłało mojego tesktu
araya  - re.akcja   |05.02.2008 22:17:00
1. Dobrze wiesz, co oznacza populizm, więc nie żongluj mi tu słówkami.
Szermowanie pustymi hasłami dla własnych korzyści. I takim populistą mi
pachniesz. Dlaczego - o tym w pkcie 4.
2. Po prostu takie były czasy. Twoim
zdaniem bogate mieszczaństwo francuskie, które tyle krwi przelało zamieniając
władzę herbu na władzę pieniądza, miało dysponować XIX-wieczną wrażliwością na
dolę chłopa? Przecież nawet oświeceniowy mąż stanu Thomas Jefferson posiadał
niewolników. Taki był poziom rozwoju świadomości społecznej. A prawa wyborcze
bardzo długo uzależniano od cenzusu majątkowego i to nie tylko we Francji ale
także np. w Anglii czy USA - tym "land of the free".
3. Wiedzę o
ludziach czerpie się z życia i obserwacji ich zachowań. I nie trzeba tu niczego
"zakładać". Świat to dżungla - i każdy o tym wie, tylko nie Ty - wybacz
- molu książkowy.
Dobrze wiesz, że moja praczka to jedynie przykład, więc
Twoja odpowiedź jest nadużyciem. Już kolejnym w tej dyskusji. Ja też nie znam
myśli, nawet jednej praczki, ale mogę spekulować na podstawie zachowań właśnie
"zwykłych, szarych ludzi", zaobserwowanych w otoczeniu.
4. I wszystko
jasne. Jesteś pracownikiem budżetówki. Pewnie nauczycielem, dlatego tak się
rozpisujesz i lubisz olśniewać swoją erudycją. Ja nie jestem erudytą tylko
głupim robolem i dlatego to ja oczekuję odpowiedzi od Ciebie. Tylko może jakichś
ambitniejszych niż propozycje podnoszenia pensji budżetówce, bo to tylko umocni
tę znienawidzoną kastę urzędasów w ich pysze, i podniesie im poziom życia,
wskutek czego łapówki jeszcze wzrosną, bo pani z okienka przyzwyczai się do
droższych perfum.
A poza tym dlaczego tylko w budżetówce?
A Chavez bez tej
całej ropy g… by zrobił.
5. Ależ właśnie dlatego, że praczka "słucha
samej siebie", głosuje na ojca Rydzyka. Analfabeta sam się nie wyedukuje -
jako prawdopodobnie nauczyciel powinieneś o tym wiedzieć najlepiej.
Pytania o
język lewicy od dawna stawia Sierakowski i próbuje na nie odpowiadać - mniej lub
bardziej udanie. Dyskusje o Sasnalu i Żiżku na pewno do praczki nie trafią, ale
Twoje wywody - uwierz mi - również nie. A pozastanawiać się zawsze można,
szczególnie jak się ma dużo wolnego czasu w pracy.
PS Prości ludzie nie
głosowali na PiS, bo miał piękny język, tylko dlatego że zastąpił im lewicę,
która w powszechnym przekonaniu ich zdradziła. Przypomnij sobie wynik SLD z 2001
r. PiS po prostu wraz z chytrym przechwyceniem roli lewicy zaanektował też język
Millera, który w odróżnieniu od posługującej się nim osoby był bardzo skuteczny.
I tyle.
re.akcja   |06.02.2008 06:22:04
Drogi Araio,

"Dobrze wiesz, co oznacza populizm, więc nie żongluj mi tu
słówkami. Szermowanie pustymi hasłami dla własnych korzyści. I takim populistą
mi pachniesz. (…) I wszystko jasne. Jesteś pracownikiem budżetówki. Pewnie
nauczycielem"

Nie jest nauczycielem. W ogóle nie jestem pracownikiem
budżetówki. Studiuję i utrzymuję się za zarobione przez siebie pieniądze.
Pieniądze, zarobione nie na czytaniu książek, ale na pracy w fabryce i w paru
innych miejscach.

Nie mam zatem żadnego "interesu" we wspieraniu
żądań budżetówki. Poza interesem, nazwijmy to, obywatelskim, polegającym na tym,
że np. lepiej opłacanego policjanta trudniej przekupić. A co za tym idzie - ja
jestem bezpieczniejszy. Jak słusznie zauważyłeś, lewicy potrzeba konkretnych,
nowoczesnych rozwiązań. Jednym z takich rozwiązań jest moim zdaniem -
inwestowanie w edukację. A inwestowanie w edukację, to również podnoszenie
pensji nauczycielom (którzy teraz zarabiają psie pieniądze)

"A poza
tym dlaczego tylko w budżetówce? "
Nigdzie nie napisałem, że TYLKO w
budżetówce. Pisząc, że trzeba "walczyć o (…) sprawiedliwsze rozdzielenie
owoców wzrostu gospodarczego." miałem na myśli wszystkie sektory gospodarki,
nie tylko budżetówkę. Być może znów nie wyraziłem się dokładnie


A co do
przyczyn zwycięstwa PiSu, całkowicie się z Tobą zgadzam. Właśnie o to mi chodzi,
że PiS jest silny słabością lewicy. I że za tą słabość odpowiada neoliberalizm
SLD, chociaż nie tylko.

Pozdrawiam i życzę miłego dnia
thomas  - A jeszcze o Smosarskim i innych dziewica   |06.02.2008 10:20:32
Tak dla przypomnienia, to Sierakowski tylko odpowiada Smosarskiemu, którego
zresztą bronił razem z Zandbergiem kiedyś na łamach "Wyborczej", kiedy
Smosarskiego zamknęli. I to jest tym bardziej obrzydliwe - Sierakowski broni
Smosarskiego w GW (co wcale nie jest takie łatwe do uzyskania, bo takie teksty z
trudem przechodzą w prasie ogólnopolskiej), a Smosarski zarzuca Sierakowskiemu,
że ten… publikuje w mediach ogólnopolskich.

Niestety, CK-LA, Smosarski i
inne dziewice polityczne, które jak działają "na dole", mają efekty
zerowe w epoce polityki emitowanej przez TVN24. "Młodzi Socjaliści" w
czasie dużego wiecu PO przeciw PiS-owi zrobili happening, stanęli rządkiem,
pewnie w 20 osób, na Krakowskim, z transparentami czy jakoś tak. Nikt ich nie
zauważył. Ale cnotę zachowali, bo nie napisali o nich w GW ani nie opowiedziało
o nich TVN. I są dzisiaj bardzo liczącym się ugrupowaniem, które ma liczną
reprezentację w samorządach, sejmie i senacie. Oto triumf cnoty nad rozumem.
Tolek Banan   |06.02.2008 12:13:20
Smosarski nie zarzucał Sierakowskiemu, że ten ostatni publikuje w mediach
ogólnopolskich. Zarzucał jemu i całej "Krytyce Politycznej", że
prezentują paternalistyczny, nielewicowy stosunek wobec społeczeństwa i że
lewicowość sprowadzają do zestawu powtarzanych w kółko banałów, które nikomu nie
szkodzą i niczego nie zmieniają.

No właśnie - CK-LA, Młodzi Socjaliści itp.
mają zerowe efekty w polityce. A jakie efekty ma "Krytyka Polityczna"?
Co konkretnego wynika z tych kilku lat ględzenia o potrzebie "zmiany
dyskursu"? Co poza autopromocją i medialnymi karierami autorów ględzenia
udało się ekipie KP osiągnąć? Proszę mi pokazać choć jeden niewielki efekt tego
wysiłku, jakąś lewicową zdobycz dla całego społeczeństwa czy którejś z jego
dużych grup. Tylko proszę mi nie mówić o "zmianie dyskursu" - sto razy
większą moc w tej kwestii niż cała działalność KP miało hasła Leppera
"Balcerowicz musi odejść" lub PiS-owskie o "Polsce solidarnej".
thomas   |06.02.2008 12:51:25
Udało się to osiągnąć, że zmienili program SLD i LiD, który dziś jest mniej
więcej zgodny z Przewodnikiem KP po lewicy. Czy to przełoży się na dalsze
działania, np. przez oddziaływanie grupy poziomek? Pożyjemy, zobaczymy. Ale
wydaje mi się, że raczej zobaczymy.
Tolek Banan   |06.02.2008 14:31:49
To osiągnięcie ma zerową wartość, a już na pewno nie większą niż "działania
uliczne".

I bynajmniej nie mam o to do KP pretensji. W Polsce cała
lewica jest w głębokiej defensywie i nie zmieni tego żadne samochwalstwo czy
kreowanie się na "jedynych słusznych" przez któreś ze środowisk.


Wolę, gdy w Wyborczej czy TVN-ie jest Sierakowski zamiast Orłowskiego czy
Ziemkiewicza, ale szlag mnie trafia gdy Sierakowski uważa swoje występy medialne
za najsłuszniejszą drogę i sądzi, że robiąc za etatową lewicową gadającą głowę
dokonuje niesamowicie ważnej i skutecznej lewicowej roboty w Polsce. Niech każdy
robi co lubi i potrafi, ale po cholerę zadzierać nosa, zwłaszcza w tak
beznadziejnej sytuacji.

Dobra, wracam na mecz :-)
thomas   |06.02.2008 17:54:06
Tolek, ale przecież akcje uliczne CK-LA, np. w obronie lokatorów są równie
polityczne, co pomoc charytatywna Koła Gospodyń Wiejskich. I sorry, ta pomoc,
jaką oferują, nie ma wiele wspólnego z lewicową polityką - najczęściej to
interwencje o charakterze właśnie prywatnej pomocy charytatywnej lub małej
zadymy. A w zakresie pomocy charytatywnej to CK-LA może w tyłek całować nie
tylko Owsiaka i Caritas, lecz większość organizacji pozarządowych.
I niech nikt
mi nie pieprzy, że jak Ikonowicz obronił seks-szopy przed wyburzeniem na rogu
Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, to uczynił coś głęboko lewicowego. Chyba że
wsparcie szemranego pornobiznesu to lewicowa polityka oddolna. Gdyby założył
związek zawodowy prostytutek, to rozumiem, ale tak… To jest żenada, a nie
lewica. Jakie wielkie strajki organizowali? Jakie wielkie manifestacje - choćby
większe niż te same dwieście osób?

Więc jeśli CK-LA czy Smosarski swoimi
"działaniami", które są na poziomie właśnie charytatywnym, przykryją
Owsiaka, będzie miał prawo gadać. Ale jako dodatek do neoliberalizmu, a nie jako
lewica. Sorry.
re.akcja   |08.02.2008 07:20:20
Prosiłbym o trochę pokory. "KP" jest obecnie hegemonem na lewicy, jeśli
chodzi o sferę wydawniczo-intelektualną. Ale to jeszcze nie uprawnia do pisania
o działaniach CK-LA jako o "działaniach" (bo cudzysłów ma zaznaczać
pozorność tej aktywności). Powtórzę też, że nie wydaje mi się, że obecność
działaczy CK-LA wśród pokrzywdzonych jest tylko "honorowa". Pisałeś o
Białym Miasteczku. Smosarski właśnie został skazany za rzekomy atak na
policjanta w czasie protestu pielęgniarek. Można uważać, że to działalność na
zbyt małą skalę (choć ja również mógłbym spytać o to jaką wielotysięczną
manifestację zorganizowała "KP"). Można uważać nie zgadzać się z ich
taktyką. Ale traktowanie ich z wyższością, jako hobbystów niegroźnych dla
neoliberalizmu, jest nieuczciwe.

Co do "zmiany programu LiD" -
ostrzegałbym przed hurraoptymizmem. Życzę "poziomkom" jak najlepiej. Ale
Borowski już zaznaczył, że na żadne "lewactwo" w LiD nie ma miejsca. A i
koalicjanci z PD zapewniają, że będą bronić liberalizmu jak niepodległości. SLD
póki co ogranicza się do efekciarskiego antyklerykalizmu, nie słyszałem o żadnej
zmianie programu gospodarczego. "Poziomki" słusznie to piętnują.
Ostrzegam tylko przed tym, żeby "KP" nie sprzedawała jeszcze
Niderlandów. Niewiele będzie kosztowało LiD wrzucenie do programu kilku
socjalnych obietnic (robił to wszak PRZED wygranymi wyborami zarówno SLD, jak i
PiS a nawet PO). Ale jeśli po wyborach nie będzie zorganizowanego i świadomego
nacisku na rząd (chociażby przez związki zawodowe i protesty uliczne) to
niewiele się zmieni.

Bardzo dobrze, że "KP" próbuje wywierać wpływ
na LiD. Dobrze jest mieć jakieś przełożenie na strefę polityki partyjnej. Ale,
jak słusznie powiadam Marks "ludy nie rozwijają się na rozkaz
królewski". Ani na rozkaz partyjny, dodajmy. Abramowski (na którego
powoływał się kiedyś Syska) ujął to podobnie: "(…) to tylko staje się
faktem historycznym, rzeczywistością życia społecznego, co przejdzie jako idea
przez świadomość mas ludowych(…) Dlatego też polityka socjalistyczna odrzuca
działanie (…) idące z góry i wszelką reformę, którą może wymóc na sferach
rządzących, usiłuje przeobrazić na świadomą zdobycz proletariatu; jeśli więc
stawia sobie jakieś zadanie prawodawczej natury, jak np. głosowanie powszechne
itp., to zamiast uzyskiwać to za pomocą dyplomatycznego wpływu na koła rządzące,
wyciąga swoje żądania na ulicę, rzuca jako hasła dla zbiorowej akcji, ażeby
powróciły stamtąd dopominać sie swego urzeczywistnienia już jako idea mas
ludowych (…)"

Nie chodzi o to, by wyrzec sie wpływu na partie, w imię
jakiejś czystości. Chodzi o to, że nie wystarczy "wychowanie
wychowawców" i elity, która zmodernizuje Polskę. Nie wydaje mi się by
traktowanie roboty ulicznej i akcji na mniejszą skalę (np. obrony lokatorów) z
pogardą było dobrą drogą. Oczywiści nie jest to tak efektowne jak wielka
polityka na szczeblu wiceprzewodniczących LiD (przypomnę, ze ta partia ma
obecnie ok. 3% poparcia). Rodziny uratowane przed eksmisją będą z pewnością
bardziej chętne do poparcia lewicowej polityki mieszkaniowej. Gdyby jeszcze
sprawę obrony lokatorów (niekoniecznie przez CK-LA) zechciała nagłośnić jakaś
gazeta (np. "KP") i poprzeć jakaś partia, to może oddziaływanie byłoby
szersze. Przypomnijmy, że Ikon na promocji medialnej obrony lokatorów zbił
początkowo całkiem niezły kapitał polityczny. Jeszcze raz powtórzę - mniej
pogardy dla działań na niższym szczeblu i na małą skalę.
thomas   |08.02.2008 10:20:21
Re.akcjo, chyba zapominasz, że Abramowski żył w czasach, kiedy nie było
telewizji. Jeszcze na początku lat 90. można było wygrać wybory, organizując
spotkania lokalne (vide autobus Kwaśniewskiego, a potem Krzaklewskiego). Dziś
jest inaczej - nie wygra się wyborów bez TVN24, bo żyjemy w cyrku medialnym.
Dlatego w świadomości większości Polaków nie istnieje ani PPP, ani CK-LA, ani
Smosarski, a niektórzy już mogą wiedzieć, że istnieje Sierakowski. O taką
właśnie hegemonię medialną chodzi, o to, żeby była lewica w mediach - w
przeciwnym razie neoliberalizm będzie sączył się zewsząd. Samymi działaniami
oddolnymi nic nie zrobisz, kiedy ludzie oglądają TV zamiast iść na spotkanie
wyborcze. Bo i po co, skoro politycy są w TV? Tak myślą wyborcy, a to wystarcza
za uzasadnienie strategii politycznej.
"KP" współorganizowała kilka
rzeczy z Sierpniem’80 i PPP, ale i CK-LA przychodziło, więc kto ma większy wpływ
- orzec trudniej ;)

Pamiętaj też, że ten tekst powyżej to odpowiedź na
zarzuty "dziewic ideowych", które brzydzą się TVN-em i mają za złe
Sierakowskiemu, że ten tam się pojawia. Ja to określam jako zwykłą zazdrość i
zawiść. Jeśli ktoś chce mieć wpływ na szerszą politykę, musi się wiele nauczyć -
nie wystarczy krzyczeć piskliwie jak Cisza, bo to raczej do niego zraża…
wojnier   |26.02.2008 12:51:44
Powyższa dyskusja poprawiła mi nastrój, "lud" przeczytawszy to lub
podobne dywagacje zaraz przełączy się na YouTube nic nie zrozumiawszy. Żegnaj
młoda lewico, dzięki.
Tolek Banan   |28.02.2008 05:28:48
Warto przeczytać opinie pod tym tekstem na lewica.pl
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 03.02.2008 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.30951 Seconds